19 sierpnia 2017

The Virgin Suicides (Przekleństwa niewinności). Tajemnica, której nie było.

          W swoim debiutanckim obrazie Przekleństwa niewinności Sofia Coppola mierzy się z zagadką samobójczej śmierci pięciu sióstr Lisbon, mieszkających na przedmieściach Detroit po opieką pary religijnych rodziców. Dla chłopców z sąsiedztwa siostry Lisbon były zjawiskowymi stworzeniami, bezcielesnymi wręcz istotami o niebiańskiej proweniencji. Ich nieprzystępna i niezgłębiona przez oddanych adoratorów aura przełożyła się na niezrozumienie i niepogodzenie się z ich nagłym odejściem, tak jakby w oczach rozkochanych w nich nastolatków eteryczne siostry rozpłynęły się pewnego dnia w powietrzu. Nam, jako widzom, Sofia Coppola daje jednak wgląd w codzienne życie katolickiej rodziny Lisbon. I wtedy to właśnie śmierć pięciu niewinnych dziewcząt w bardzo poetycki sposób odarta zostaje z wszelkiej tajemnicy.


          Sofia Coppola miała znakomity start jako reżyserka. Zachwycona bestsellerową powieścią Jeffrey’a Eugenidesa pod tytułem The Virgin Suicides (1993) postanowiła na jej podstawie napisać własny scenariusz. Efekt był na tyle udany, że dostała zielone światło na realizację swojego pierwszego autorskiego projektu. Bycie córką Francisa Forda Coppoli z pewnością nie przeszkodziło w pozyskaniu funduszy na debiutancki film i w pokazaniu go premierowo od razu na festiwalu w Cannes w maju 1999 roku. Coppola udowodniła jednak, że nie jest tylko córką swojego tatusia i że drzemie w niej prawdziwy reżyserski talent. Świetne Przekleństwa niewinności otworzyły Coppoli drogę do bardzo udanej kariery, a każdy jej kolejny film stanowi nie byle wydarzenie w filmowym świecie.


          Przekleństwa niewinności przenoszą nas do połowy lat 70-tych XX wieku na przedmieścia Detroit w stanie Michigan, gdzie w Grosse Pointe małżeństwo Lisbon (w tych rolach James Woods i Kathleen Turner) wychowuje piątkę nastoletnich córek w wieku od 13 do 17 lat. On jest nauczycielem matematyki w pobliskiej szkole, ona zajmuje się domem. Siostry Lisbon otrzymują katolickie wychowanie od swoich nadopiekuńczych rodziców, którzy w trosce o bezpieczeństwo swoich pociech trzymają je przez większą część czasu zamknięte w domu. Tragiczna historia samobójczej śmierci pięciu sióstr opowiedziana zostaje przez zewnętrznego narratora, którym w tym wypadku jest grupa dorastających chłopców z sąsiedztwa, zafascynowanych urodą i niedostępnością dziewcząt.


          Dramat Coppoli rozpoczyna się od nieudanej samobójczej próby najmłodszej z pięciu sióstr, 13-letniej Cecilii (Hanna Hall). Grany przez Danny’ego DeVito psychiatra pyta się w szpitalu dziewczyny, co ona właściwie tu robi i że jest o wiele za młoda, aby mieć pojęcie, jak nieznośne może stać się jeszcze życie. Zdaniem doktora Cecilia potrzebuje więcej towarzyskich interakcji z rówieśnikami, dlatego rodzice sióstr Lisbon zaczynają zapraszać pod swój dach kolegów córek, a nawet organizują przyjęcie w garażu, na które przychodzi śmietanka okolicznej męskiej młodzieży. W trakcie domówki Cecilia dokonuje kolejnej, tym razem udanej samobójczej próby, rzucając się z okna i nabijając na przydomowe ogrodzenie. Od tego momentu życie w domu rodziców zaczyna się stawać prawdziwym piekłem dla czterech pozostałych przy życiu sióstr. Therese, Mary, Bonnie oraz Lux chcą żyć, spotykać się z chłopakami, umawiać na randki, bywać na imprezach. Girls Just Want to Have Fun! - śpiewała Cyndi Lauper i miała całkowitą rację. Grana przez Kathleen Turner pani Lisbon miała jednak bardzo restrykcyjne koncepcje wychowawcze, podporządkowując sobie całkowicie pod tym względem swojego nieobecnego myślami męża. Kiedy najbardziej buntownicza z sióstr, 14-letnia Lux (Kirsten Dunst), nie wraca po szkolnym balu na noc do domu, pani Lisbon zamienia swój dom w więzienie, nie posyłając córek nawet do szkoły. Wierząc w naprawczą moc dyscypliny i przykładną karę dla niepokornych pociech, matka przypieczętowuje tym samym los swoich dzieci.


          Aura niezgłębionej tajemnicy towarzyszy od początku debiutowi Sofii Coppoli. Reżyserka nie chce podsuwać nam gotowych odpowiedzi, oskarżać lub robić propagandowej agitki. Przekleństwa niewinności nie są w jej wykonaniu wyzwaniem rzuconym katolickiej moralności ani też towarzyskiemu konwenansowi klasy średniej z przedmieścia. Jako widzowie możemy wyczuwać unoszący się w powietrzu toksyczny opar religijnych zasad przyzwoitości i dobrego prowadzenia się, jest to jednak swąd niewyczuwalny przez bohaterów tej opowieści, z pewnością zaś nie przez młodych kawalerów z sąsiedztwa sióstr Lisbon, odurzonych już wystarczająco miłosnymi oparami. Opowiedzenie historii z perspektywy niedojrzałych, niedoświadczonych i nie mających pojęcia o życiu nastolatków to bardzo szczwany zabieg, wykorzystany tak w powieści, jak i w jej adaptacji. Przebiegłość w kreacji świata przedstawionego uczyniła z The Virgin Suicides film niezwykle subtelny i poetycki, w którym nie ma ani cienia depresji. Sofia Coppola z lekkością i dużym humorem opowiada o ogromnej tragedii, która w oczach zafascynowanych nią nastolatków urasta do rangi mitu. Siostry Lisbon i ich samobójcza śmierć stały się mityczne, a przez to podatne na różne interpretacje oraz odczytania. Im starszy jest mit, tym trudniejsze jego zrozumienie. I tak los pięciu sióstr z przedmieścia Detroit stał się trudną do pojęcia tajemnicą, jaką był od samego początku dla matki tragicznie zmarłych córek. Czasami porównuje się Przekleństwa niewinności Coppoli do Pikniku pod Wiszącą Skałą (Picnic at Hanging Rock, 1975) Petera Weira. Rzeczywiście, oba filmy budzą silne skojarzenia pod kątem stylistyki, zdjęć i ogólnej aury niedopowiedzenia. O ile jednak kultowy film Petera Weira traktuje o frapującej i nigdy nie wyjaśnionej zagadce, o tyle Przekleństwa niewinności ocierają się jedynie o tajemnicę, której nigdy tak naprawdę nie było.


12 sierpnia 2017

Green Room. Zielona pułapka.

          Green Room nokautuje poziomem grozy i napięcia. Podwyższa stężenie adrenaliny we krwi tak, że jeszcze długo po zakończeniu filmu nie sposób zasnąć lub skupić się na czymkolwiek innym. Zdjęcia, montaż i przede wszystkim sam klimat filmu są tak sugestywne, że razem z bohaterami obrazu czujemy wzbierające przerażenie wraz z coraz bardziej duszącą klaustrofobią. Green Room spełnia wszelkie kryteria doskonałego thrillera, oferując nam najwyższej klasy rozrywkę i zarazem mały traktat o ludzkim okrucieństwie oraz bezwzględności, zestawionych z równie człowieczym instynktem samozachowawczym i wolą przetrwania.


          Green Room to kolejny artystyczny sukces reżysera Jeremy’ego Saulniera po wybitnym thrillerze Blue Ruin z 2013 roku. To też jego trzecia z kolei kolaboracja z aktorem Macon’em Blair’em, który w tym filmie zagrał jedną z drugoplanowych ról. Saulnier znów napisał scenariusz i wyreżyserował to rewelacyjne połączenie thrillera i horroru, pokazując Green Room premierowo na Cannes Film Festival w maju 2015 roku, a następnie parę miesięcy później na festiwalu w Toronto. Świetny odbiór krytyki szybko potwierdził status filmu jako jednego z najlepszych niezależnych thrillerów w historii amerykańskiego kina.


          Im mniej wiemy na temat fabuły tego obrazu, tym lepiej. Wystarczy napomknąć, że w Green Room  śledzimy losy punk-rockowego zespołu, który miał pecha być świadkiem morderstwa w neonazistowskim klubie krótko po swoim koncercie. Członkowie kapeli znaleźli się w niewłaściwym miejscu o niewłaściwym czasie, a ceną tego niefortunnego zdarzenia jest prawdziwa walka o przetrwanie.


          W poprzednim filmie reżysera, Blue Ruin, zbrodnia przybrała niebieski odcień. W Green Room, jak sam tytuł wskazuje, zło nabiera zielonkawego koloru. Akcja obrazu przebiega w neonazistowskim barze zlokalizowanym pośrodku leśnej głuszy na północno-zachodnim krańcu Stanów Zjednoczonych (okolice Portland). Właścicielem baru jest niejaki Darcy (demoniczny Patrick Stewart), który, jak się później okaże, prowadzi jeszcze kilka innych biznesów w okolicy. Postać grana przez Stewarta to jedna z najbardziej mrożących krew w żyłach figur, jakie kiedykolwiek pojawiły się na filmowej taśmie. Warto przy tym zwrócić uwagę, że filmowy Darcy wcale nie chce przerażać, on już po prostu taki ma charakter… Do jego klubu zjeżdża młody punkowy zespół, któremu nieformalnie przewodzi Pat (jedna z ostatnich ról Antona Yelchina, zmarłego tragicznie w 2016 roku). Po ostrym koncercie zespół trafia do tytułowego zielonego pokoju, aby zabrać swoje rzeczy i ruszyć w dalszą trasę. W zielonym pokoju sprawy przybierają dla członków zespołu bardzo niekorzystny obrót, zmuszając ich do brutalnej walki o być albo nie być.


          Jeremy Saulnier zdementował pewnego razu sugestię, że robi swoje thrillery według ‘kolorystycznego’ klucza. Za zbieg okoliczności raczej należy uznać fakt, że w tytułach obu jego najsłynniejszych dotychczas filmów pojawiają się nazwy kolorów. Ale choć Saulnier nie myśli o tworzeniu filmów wychodząc od jakiegoś konkretnego koloru w wyobraźni, to ewidentnie zdjęcia do jego obrazów mają niezaprzeczalną kolorystyczną dominantę. W Blue Ruin ton nadawały wszystkie odcienie błękitu, w Green Room w wysmakowanych i niezwykle precyzyjnych kadrach dominuje oczywiście zieleń. Można nawet powiedzieć, że w poprzednim filmie zemsta i mściwość mieniły się u Saulniera błękitem, natomiast w Green Room zieleń jest kolorem okrucieństwa, bezwzględności oraz walki o przeżycie. Zielony to w końcu kolor nadziei, dość ironicznie zestawiony w filmie z odczuwanym przez bohaterów w tytułowym zielonym pokoju poczuciem kompletnej beznadziei. Zielony pokój staje się bowiem w filmie pułapką bez wyjścia. Pomysł filmu zrodził się w głowie reżysera jako thriller zlokalizowany właśnie w zielonym pokoju. Być może więc zieleń osładza klaustrofobię zamknięcia i uczucie beznadziei w Green Room, tak jak błękit przydawał melancholii krwawej wendecie w Blue Ruin? Pytanie do filozofów. Jednego wszakże można być pewnym: plakat reklamujący film czerpał inspirację z okładki płyty London Calling punkowego zespołu The Clash, przy czym w Green Room punkowa grupa zmuszona jest zamienić gitarę na maczetę…


5 sierpnia 2017

Blue Ruin. Zemsta amatora.

          Obrazy Davida Lyncha, Quentina Tarantino oraz braci Coen obfitują w postaci zabójców-partaczy, płatnych morderców o bardzo niskim IQ, którzy urządzają w filmach tych reżyserów prawdziwie krwawą łaźnię z winy własnej głupoty tudzież niekompetencji. Szybkie, ciche i efektywne zabójstwo staje się w rękach tych ‘profesjonalistów’ brzemienną w najgorsze możliwe konsekwencje ludzką jatką. Kto widział Pulp Fiction, Fargo lub Mulholland Drive ten wie, o czym mowa. Bohaterem thrillera Blue Ruin jest zabójca-amator, który z racji swojego niedoświadczenia i braku planu urządza na naszych oczach niezgorszą rzeź, której w swoim filmie nie powstydziłby się nawet sam Tarantino. W tym morderczym szaleństwie jest jednak metoda, a właściwie motyw, który uruchamia tę spiralę zbrodni. Pragnienie zemsty, które popycha protagonistę Blue Ruin do działania, być może nie uświęca środków, ale z całą pewnością nakręca archetypiczną niemalże opowieść o zwaśnionych rodach, które nie spoczną dopóki nie unicestwią swoich adwersarzy.


          Jeremy Saulnier napisał scenariusz i wyreżyserował ten kryminalny thriller, który jest artystycznie spełnionym dowodem jego fascynacji tym filmowym gatunkiem. Blue Ruin jest drugim po Murder Party (2007) pełnometrażowym dziełem Saulniera. Pieniądze na realizację Blue Ruin reżyser zebrał w wyniku udanej kampanii na Kickstarterze. Obraz debiutował na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Cannes w maju 2013 roku w sekcji Directors’ Fortnight, w ramach to której otrzymał nagrodę FIPRESCI.


          Protagonistą Blue Ruin jest Dwight (w tej roli Macon Blair), którego poznajemy jako bezdomnego włóczęgę, mieszkającego w niebieskim, zrujnowanym Pontiaku, od którego to właśnie film bierze swój tytuł. Dwight snuje się bez życia po ulicach, wygrzebując jedzenie z porzuconych na śmietniku resztek i włamując się do pustych mieszkań w celu zażycia kąpieli. Wszystko zmienia się dla Dwighta w momencie, gdy uprzejma policjantka informuje go, że z więzienia wychodzi morderca jego rodziców. Bohater wyrusza więc z powrotem do rodzinnej Wirginii z żelaznym postanowieniem pomszczenia tej zbrodni sprzed lat. Dwight nie jest jednak urodzonym mordercą, nie posiada nawet broni. Jedyne, co trzyma go przy życiu i popycha do działania, to imperatyw zemsty.


          Oglądając Blue Ruin ma się nieodparte poczucie, że reżyser filmu uczył się swojego rzemiosła od najlepszych. Jeremy Saulnier perfekcyjnie buduje napięcie i przez cały seans trzyma nas na krawędzi fotela. To, co odróżnia Blue Ruin od innych współczesnych mu thrillerów to osoba protagonisty, któremu jak najdalej do postaci mścicieli-profesjonalistów, mistrzów sztuk walki obznajomionych z każdym rodzajem broni. Zemsta filmowego Dwighta jest spontaniczna, zupełnie niezaplanowana i przez to tym bardziej nieprzewidywalna, trzymająca w ciągłej niepewności. Macon Blair znakomicie buduje charakter pogrążonego w letargu i może nawet depresji człowieka, który budzi się nagle do działania na wieść o wypuszczeniu z więzienia mordercy rodziców. Pragnienie zemsty jest silniejsze od tego ewidentnie słabego mężczyzny. Szybko pojmujemy, że pomszczenie śmierci rodzicieli jest jedynym (i ostatnim) w życiu celem, jaki stawia przed sobą Dwight. Jego siostra Sam (Amy Hargreaves) mówi do niego w pewnym momencie, że wybaczyłaby mu jego czyny, gdyby był szalony, ale nie może tego zrobić, ponieważ nie jest wariatem, jest tylko słaby. To właśnie słabość charakteru Dwighta, który wciąż nie może pozbierać się po rodzinnej tragedii, uruchamia w Blue Ruin spiralę przemocy, czyniąc ją tym bardziej dziką i nieposkromioną. Tytuł filmu, nawiązując dosłownie do rozgruchotanego niebieskiego Pontiaka, którym przemieszcza się w filmie Dwight, jest też metaforycznym określeniem tragedii. Maestria wykonania, świetne zdjęcia (z wieloma odcieniami błękitu) oraz centralna w filmie historia konfliktu dwóch rodzin wznosi Blue Ruin na poziom antycznej tragedii, w której z powodu zakazanej miłości rodziców zginąć muszą wszystkie dzieci.


          Jeremy Saulnier i Macon Blair to dwaj starzy kumple, którzy zawsze chcieli robić razem filmy. Blue Ruin stał się pierwszym całkowicie spełnionym artystycznie dzieckiem ich młodzieńczej fascynacji. Jako w pełni niezależny projekt obraz ten budzi zachwyt prostotą wykonania i szczerością w budowie charakterów swoich postaci. Od początku do samego końca seansu czuje się wyraźnie, że ten film poczęty został w trzewiach, a nie w mózgu. Saulnier mógł się inspirować klasycznymi już dziełami Lyncha, Tarantino lub braci Coen, ale o mocy jego filmu przesądza autorskie wyczucie tragedii jako machiny opowieści. Najbardziej podstawowe instynkty popychają do działania bohaterów Blue Ruin, fatum ciąży nad ich decyzjami. Główny bohater jest bezwolnym narzędziem, mścicielem-amatorem, kierowanym naprzód przez imperatyw zemsty. Można na ten film popatrzeć jak na przypowieść o współczesnej Ameryce, obfitującej w lokalne strzelaniny, vendetty i porachunki gangsterskich rodów. W Blue Ruin nie brakuje przecież najrozmaitszych rodzajów broni, dostępnej na każdym kroku i za każdym rogiem. A już z pewnością nie brakuje w filmie przemocy. W swoim rdzeniu Blue Ruin jest jednak nie tyle filmem o zbrodni i zemście w Ameryce, co obrazem o krwawej i mściwej naturze człowieka.


22 lipca 2017

Bernie. Gdy nie potrafisz powiedzieć ‘nie’.

          Bernie Tiede (fantastyczny Jack Black) był pupilkiem lokalnej społeczności Carthage we wschodnim Teksasie. Przedsiębiorca pogrzebowy z zawodu, filantrop i dusza towarzystwa z powołania. Uwielbiany przez wszystkich, potrafił skruszyć nawet najtwardsze i najbardziej oporne na altruizm serca. Właścicielką takiego serca z kamienia była w Carthage ponad 80-letnia wdowa-milionerka Marjorie Nugent (Shirley MacLaine). Po śmierci jej męża 39-letni Bernie stał się jej jedynym w miasteczku przyjacielem i najbliższym powiernikiem, do czasu kiedy to strzelił do niej czterokrotnie z wiatrówki… Czarna komedia Richarda Linklatera w konwencji fałszywego dokumentu (mockumentary) opowiada prawdziwą historię zbrodni, która wstrząsnęła społecznością małego miasta we wschodnim Teksasie. Fenomenalnie sportretowana przez Jacka Blacka postać Bernie’go Tiede’a to społeczny i psychologiczny majstersztyk, którego nie wymyśliłby na papierze nawet najbardziej utalentowany scenarzysta. Po raz kolejny zatem życie przebiło fikcję.


          Nikomu chyba nie trzeba przedstawiać reżysera filmu i współautora jego scenariusza, Richarda Linklatera, który jest obecnie jednym z najwybitniejszych amerykańskich twórców kina niezależnego i autorem wielu kultowych już filmowych dzieł w rodzaju wczesnych indie klejnotów takich jak Slacker (1991) czy Dazed and Confused (Uczniowska balanga, 1993), aż po ostatnie niezależne sukcesy w postaci obrazów Boyhood (2014) oraz Everybody Wants Some!! (Każdy by chciał!!, 2016). Bernie jest jednym z mniej znanych dzieł tego wszechstronnego filmowca, pokazanym premierowo w czerwcu 2011 roku na Los Angeles Film Festival. Linklater napisał scenariusz do filmu wspólnie ze Skip’em Hollandsworth’em, na podstawie artykułu tego ostatniego, który ukazał się w 1998 roku w czasopiśmie Texas Monthly. Artykuł ten (pod tytułem Midnight in the Garden of East Texas) opisuje prawdziwą historię morderstwa, dokonanego w 1996 roku na 81-letniej wdowie-milionerce Marjorie Nugent przez jej bliskiego przyjaciela i zaufanego, pracownika lokalnego zakładu pogrzebowego. W tytułową postać tego ostatniego wciela się w filmie znany głównie z komediowych ról aktor Jack Black, dla którego kreacja Bernie’go Tiede’a okazała się być najlepszą i najciekawszą w jego dotychczasowej aktorskiej karierze. Umiejętnie zniuansowany performance Blacka zapewnił mu nominację do Złotego Globu za 2012 rok w kategorii najlepszy aktor w komedii/musicalu.


          Bernhardt ‘Bernie’ Tiede to niezwykle frapująca postać, bohater i zarazem morderca z małego miasteczka w Teksasie, gotowy materiał na nietuzinkowy film. Bernie był nie tylko świetnym w swoim fachu przedsiębiorcą pogrzebowym w Carthage, ale przede wszystkim udzielającym się wszechstronnie (artystycznie i nie tylko) filarem lokalnej społeczności, cenionym i uwielbianym właściwie przez wszystkich. Punktem zwrotnym w jego życiu było zaprzyjaźnienie się z powszechnie znienawidzoną w miasteczku bogatą wdową, Marjorie Nugent (w tej roli świetna Shirley MacLaine). Marjorie uczyniła z Bernie’go swojego powiernika i najbliższego zaufanego, wydając fortunę po mężu na wspólne z Bernie’m zagraniczne wycieczki i wizyty w centrach spa. Przykry, zaborczy i niezwykle kontrolujący charakter ponad 80-letniej kobiety szybko uczynił z dobrodusznego Bernie’go praktycznie niewolnika wymagającej staruszki. Bernie w końcu zrzucił swoje ciężkie jarzmo, czterokrotnie strzelając w  plecy kobiety z domowej wiatrówki, a następnie ukrywając ciało w jej garażowej zamrażarce.


          W filmowej opowieści Richarda Linklatera poznajemy nie tylko historię nietypowej relacji Bernie’go i Marjorie, ale również to, co stało się po tragicznej śmierci staruszki. Śledzimy więc proces Bernie’go oraz nie lada wysiłki lokalnego prokuratora, Danny’ego Bucka (znakomita rola Matthew McConaughey’ego), aby uzyskać od ławy przysięgłych wyrok skazujący dla grabarza-mordercy. Tak się bowiem dla Bernie’go pomyślnie składało, że nikt w rodzinnym mieście Marjorie Nugent (może poza jej najbliższą rodziną) nie żałował specjalnie zastrzelonej kobiety, wszyscy natomiast współczuli jej oprawcy, nie posiadając się z oburzenia na wieść o jego aresztowaniu, a nawet przyznaniu się do winy. Bernie zapewnił sobie dozgonną wdzięczność oraz bezinteresowną sympatię mieszkańców tego małego teksańskiego miasteczka, będąc zawsze dla nich życzliwy i niezmiernie hojny (to ostatnie głównie za pieniądze zastrzelonej wdowy, za które kupował kompulsywnie prezenty dla biedniejszych obywateli Carthage oraz wspierał finansowo rozliczne miejscowe projekty). Prokurator Danny Buck musiał więc wystąpić do sądu o przeniesienie procesu Bernie’go do innego hrabstwa, słusznie się obawiając, że na miejscu w Carthage lokalna ława przysięgłych uniewinni mordercę, nawet przy jego własnym przyznaniu się do zbrodni. Pikanterii dodają obrazowi Richarda Linklatera paradokumentalne fragmenty, w których prawdziwi i fikcyjni mieszkańcy Carthage opowiadają o bohaterach tej historii, nie szczędząc przy tym ostrych słów pod adresem wrednej oraz niebywale skąpej Marjorie Nugent, a jednocześnie rozpływając się w podziwie i pochwałach pod adresem ‘biednego’ Bernie’go. Zastosowana przez Linklatera konwencja udawanego dokumentu (angielskie określenie mockumentary) bardzo dobrze wygrywa komediową stronę całej opowieści. Wśród udających rodowitych obywateli Carthage aktorów, znajdują się też sfilmowane wypowiedzi prawdziwych świadków tej historii, którzy z tym swoim teksańskim akcentem bezlitośnie komentują charaktery pary głównych bohaterów, jak i istotę łączącej ich dziwnej relacji.


           Richard Linklater urodził się w Houston we wschodniej części Teksasu i bardzo dobrze zna ten stan, podobnie jak żyjących tam ludzi. Ten aspekt zdecydowanie wychodzi filmowi na dobre, ponieważ nikt tak jak Linklater właśnie nie potrafi w niezależnym amerykańskim kinie uchwycić mentalności i poczucia humoru mieszkających w tym stanie ludzi (o lokalnym akcencie już nie wspominając). Reżyser podjął też trafioną decyzję, obsadzając w głównej roli Jacka Blacka, z którym współpracował już wcześniej na planie swojego filmu Szkoła rocka (The School of Rock) z 2003 roku. Komediowe emploi Jacka Blacka znakomicie sprawdza się również w roli zniewieściałego, małomiasteczkowego przedsiębiorcy pogrzebowego, co do którego homoseksualnej orientacji mało kto ma wątpliwości, ale która dla nikogo w konserwatywnym oraz maczystowskim Carthage nie stanowi problemu, o ile tylko Bernie jest przykładnym chrześcijaninem i żyjącym w celibacie gejem… Sam charakter i niepospolita osobowość bohatera tej historii to wprost wymarzony materiał na niezależny film (i to nawet bez kryminalnego wątku). Jack Black w swojej zapadającej w pamięć tragikomicznej kreacji potrafił perfekcyjnie oddać tę wielowymiarowość i jednocześnie skomplikowanie osobowości swojego bohatera, który, kochany przez wszystkich, napytał sobie biedy tylko dlatego, że nie potrafił powiedzieć ‘nie’ doprowadzającej wszystkich do furii, podłej, nieznośnej i zaborczej staruszce.



8 lipca 2017

Krisha. Wściekłość, wrzask i karma.

           Krisha to kobieta, która zdążyła już w swoim życiu stanąć nad krawędzią, stoczyć się z niej i upaść na samo dno, po czym z trudem wygramoliła się z powrotem na powierzchnię, aby móc przyjechać do dawno nie widzianej rodziny na Dzień Dziękczynienia i pokazać jej członkom, że wreszcie stanęła na nogi. Krisha szybko jednak zrozumie, że przeszłości nie da się tak łatwo odkupić, a straconego czasu tak szybko nadrobić. Dawne demony wcale nie wyparowały, przyczaiły się tylko w ciemnych zakamarkach, czekając na odpowiedni moment do skoku. Fenomenalny dramat Krisha w reżyserii Trey’a Edwarda Shultsa to mistrzowskie studium przetrąconego nałogiem charakteru, próbującego desperacko utrzymać się na powierzchni życia. Napięcie w tym filmie jest tak duże, że z niemałym lękiem będziemy śledzić proces przygotowywania przez Krishę świątecznego indyka, modląc się w duchu, aby udało mu się cało i bezpiecznie trafić na rodzinny stół.


          Trey Edward Shults to filmowy żółtodziób, którego talent objawił się już wraz z debiutanckim obrazem, jakim jest właśnie Krisha. Shults stworzył najpierw w 2014 roku krótkometrażowy film pod tym samym tytułem, a po jego świetnym przyjęciu napisał scenariusz i wyreżyserował pełnometrażową wersję swojego projektu, zdobywając zań Nagrodę Jury i jednocześnie Nagrodę Publiczności na South by Southwest (SXSW) Film Festival w marcu 2015 roku. Krisha była również później wyświetlana na festiwalu w Cannes, gdzie miała swoją międzynarodową premierę. Zrealizowana za niewielkie pieniądze, pochodzące głównie z crowdfundingu (kampania na Kickstarterze), Krisha to kameralna psychodrama, którą autor sfilmował w całości w domu swoich rodziców w Houston w Teksasie, a w roli aktorów wystąpili rozmaici krewni i kuzyni Shultsa, z główną rolą Krishy w rewelacyjnej interpretacji ciotki samego reżysera, aktorki Krishy Fairchild. Do swojej produkcji Trey Edward Shults zatrudnił tylko dwóch profesjonalnych aktorów, z którymi nie był w żaden sposób spokrewniony lub zaprzyjaźniony… Sukces całkowicie niezależnej Krishy pozwolił jej reżyserowi rozwinąć skrzydła i w 2017 roku nakręcić bardzo dobrze przyjęty thriller/horror It Comes at Night (To przychodzi po zmroku), który w odróżnieniu od Krishy może liczyć na międzynarodową promocję i wprowadzenie do kin w większości państw świata, w tym również w Polsce.


          Heroina filmowego debiutu Shultsa, tytułowa Krisha (w tej roli Krisha Fairchild, prywatnie ciotka reżysera), przybywa do swojej dawno nie widzianej rodziny w Teksasie, aby przyrządzić indyka na Święto Dziękczynienia i odbudować mocno nadszarpnięte więzi z najbliższymi członkami swojej familii, w tym z własnym synem Trey’em (granym tu przez samego reżysera). Krisha przez lata zmagała się z ciężkim uzależnieniem od alkoholu i prochów, stąd jej własny syn wychowany został głównie przez jej młodszą siostrę Robyn (Robyn Fairchild) i jej męża lekarza (Chris Doubek). Przyjazd na Dzień Dziękczynienia to dla Krishy ważny test: kobieta chce udowodnić swojej rodzinie, że definitywnie zerwała z nałogiem i może bezpiecznie powrócić na rodzinne łono. Przeszłość czyni jednak otoczenie Krishy nieufnym, jej własny syn trzyma duży dystans i nie chce się otworzyć. W miarę upływu dnia napięcie rośnie i jasne się staje, że coraz bardziej oddalamy się od wizji szczęśliwego zakończenia.


          Jako widzowie niewiele dowiadujemy się o przeszłości głównej bohaterki i jej minionych grzechach. Widzimy ją ciepło witaną przez wszystkich członków rodziny, zestresowaną, podenerwowaną, ale uśmiechniętą i przyjazną. Krisha chce wypaść jak najlepiej, zależy jej przede wszystkim na odbudowaniu relacji z synem. To ostatnie jednak okazuje się niełatwe, jeden dzień nie wystarczy aby przełamać lata dystansu i oddalenia. Niepowodzenia na tym froncie czynią Krishę jeszcze bardziej podminowaną, kobieta szuka jakiegoś oparcia i go nie znajduje, wszędzie widzi tylko obcy sobie świat i zabarykadowanego za murem swojej nieufności syna. Bohaterce nie pomagają też pozornie niewinne i humorystyczne pogawędki przy papierosie ze swoim szczerym do bólu szwagrem Doyle’m (w tej roli Bill Wise). W pewnym momencie Doyle nazywa Krishę ‘wcielonym rozczarowaniem’, a także ‘tą, która porzuca’, co doskonale streszcza negatywną percepcję Krishy wśród członków jej najbliższej familii. Krisha przygotowuje więc świątecznego indyka, obserwując często z ukrycia to, co dzieje się wokół niej, coraz bardziej niepewna i roztrzęsiona, nie mogąca w ogóle liczyć na wsparcie tych, na których jej najbardziej zależy. Zła karma z przeszłości dochodzi do głosu i przejmuje kontrolę nad sytuacją, dowodząc jasno, że nie da się uniknąć zapłaty za przeszłe błędy. Porzucenie i zerwane więzi owocują dystansem oraz brakiem zaufania, tłumione negatywne emocje zamieniają się we wściekłość i wrzask, a świąteczne zgromadzenie rodziny staje się preludium katastrofy.


          Krisha może być postrzegana jako synonim i zarazem kwintesencja niezależnego kina. Nakręcony za tak zwane psie pieniądze (ledwie 30 tys. dolarów), z czego połowa to fundusze zebrane na Kickstarterze, debiut Trey’a Edwarda Shultsa z pewnością zaoszczędził na lokalizacji oraz obsadzie. Młody reżyser sfilmował swój projekt w przeciągu dziewięciu dni w domu swoich rodziców w amerykańskim Houston, w charakterze obsady zatrudniając swoją najbliższą rodzinę, krewnych oraz przyjaciół. Tylko dwóch aktorów w filmie (Bill Wise i Chris Doubek) to profesjonaliści nie mający nic wspólnego z rodziną reżysera. Wcielająca się w tytułową postać Krisha Fairchild jest co prawda aktorką z zawodu (i ciotką twórcy filmu), ale nie jest szerzej znana i dotychczas pracowała głównie podkładając głos. Jej kreacja jednak tętni życiem jak mało która, czyniąc z debiutu Shultsa film niezwykle wciągający i wbijający w fotel swoim realistycznym ujęciem wewnątrzrodzinnych relacji. Jak wszystkie wybitne osiągnięcia amerykańskiego kina niezależnego, Krisha nie osładza nam brutalnej rzeczywistości rodzinnego piekła, w którym smażyć musimy się wszyscy, i to bez względu na nasze przewinienia tudzież dobre intencje. W końcu dom jest zawsze tam, gdzie boli.



24 czerwca 2017

Indignation (Wzburzenie). Adaptacja Philipa Rotha, która się udała.

          Proza Philipa Rotha nie miała dotychczas szczęścia do filmowych ekranizacji. Prawie wszystkie okazywały się albo całkowicie nieudane, albo mocno wybrakowane. Dopiero adaptacja Wzburzenia, 29-tej powieści Philipa Rotha z 2008 roku, okazała się dziełem całkowicie spełnionym. Reżyser tego obrazu i zarazem autor scenariusza na podstawie powieści, James Schamus, postawił w swojej adaptacji na wierność słowu i dialogom Rotha, przez co jego film wyróżnia się nie tylko na tle innych ekranizacji prozy tego pisarza, ale również w porównaniu do wszystkiego, co robi się obecnie w amerykańskim kinie, z kinem niezależnym włącznie. Indignation posiada bowiem niezaprzeczalny, oldskulowy wręcz urok filmu, w którym naprawdę liczy się to, co mówią jego bohaterowie i jeszcze jak to mówią. James Schamus zachował w swojej filmowej wersji Wzburzenia znakomite dialogi Rotha i przyoblekł obraz w typową dla lat 50-tych XX wieku aurę utraconej niewinności oraz skrzywdzonego piękna. Ten film warto chociażby obejrzeć dla jednej jedynej sceny, w której główny bohater (grany przez Logana Lermana Marcus Messner) musi się zmierzyć z towarzyską presją, religijną opresją i seksualną represją w jednej osobie dziekana uniwersytetu, na którym przyszło mu studiować. Wymiana zdań i argumentów w dyskusji między Marcusem a dziekanem Dean’em Caudwell’em (w tej roli Tracy Letts) trzyma w napięciu większym niż niejeden rasowy thriller.


          Indignation jest debiutem reżyserskim producenta i scenarzysty Jamesa Schamusa, znanego głównie ze współpracy z wybitnym reżyserem Ang’iem Lee. Schamus napisał scenariusz m.in. do Burzy lodowej (The Ice Storm) z 1997 roku oraz do Ostrożnie, pożądanie (Se, jie) z 2007 roku, które to filmy wyreżyserował Ang Lee właśnie. Schamus był też producentem innego głośnego obrazu Lee, Tajemnicy Brokeback Mountain (Brokeback Mountain) z 2005 roku. James Schamus wyprodukował też wiele wybitnych niezależnych filmów (choćby dla reżyserów tej klasy co: Todd Haynes, Todd Solondz, Hal Hartley oraz Edward Burns) zanim sam postanowił stanąć wreszcie za kamerą i to z pełnym sukcesem. Pokazany premierowo w 2016 roku na Sundance Film Festival dramat Wzburzenie został świetnie przyjęty przez krytykę i publiczność, stanowiąc intrygujący kontrast w stosunku do reszty festiwalowej oferty.


          Protagonistą Wzburzenia jest Marcus Messner (bardzo dobra rola Logana Lermana), młodzieniec pochodzący z żydowskiej rodziny z Newark w New Jersey, który w 1951 roku przenosi się ze swojego rodzinnego miasta na studia do Winesburg w Ohio. Marcus jest ateistą, a pomniejszy college w Ohio, gdzie zaczyna swoją naukę, ma wyraźnie konserwatywno-religijny profil, co szybko zaczyna dla naszego bohatera stanowić problem. Na uniwersytecie Marcus poznaje uroczą Olivię Hutton (w tej roli Sarah Gadon), piękną i inteligentną dziewczynę z historią poważnych problemów nerwowych w przeszłości. Marcus i Olivia przypadają sobie do gustu, jednakże nad ich związkiem zbierają się ciemne chmury: lata 50-te XX wieku z wojną koreańską w tle oraz konserwatywna presja rodziny i otoczenia stają się dla dryfującej miłości tej pary prawdziwą górą lodową na horyzoncie.


          Indignation to jedna z siedmiu zrealizowanych dotychczas adaptacji prozy Philipa Rotha. Bez wątpienia jest to też najlepsza ekranizacja powieści tego pisarza. Pozostałe sześć filmów to dzieła albo przeciętne, albo ewidentnie nieudane, w tym do tych ostatnich należy zaliczyć Amerykańską sielankę (American Pastoral) z 2016 roku w reżyserii Ewana McGregora, która miała swoją premierę kinową ledwie kilka miesięcy po wejściu na ekrany Wzburzenia. Stosunkowo najlepiej z literackim materiałem Rotha poradziła sobie wcześniej katalońska reżyserka Isabel Coixet, która w 2008 roku wprowadziła do kin Elegię (Elegy) z Benem Kingsley’em i Penelope Cruz, będącą z kolei adaptacją Konającego zwierzęcia (The Dying Animal), krótkiej powieści Rotha z 2001 roku. Coixet zrobiła jednak bardziej autorski dramat na motywach prozy pisarza z Newark niż film, który wprowadziłby nas w charakterystyczny literacki świat tego artysty. Ta sztuka udała się dopiero Jamesowi Schamus’owi i jego adaptacji Wzburzenia. Co zatem posiada Indignation, a czego nie mają inne filmowe ekranizacje dzieł Rotha? Przede wszystkim są to wiernie odtworzone i zachowane dialogi tego pisarza, tryskające dowcipem i bystrością obserwacji, pełne szczerych deklaracji oraz ciętych ripost. Schamus w swoim reżyserskim debiucie potrafił także wskrzesić ducha epoki, tj. początku lat 50-tych XX wieku z toczącą się w tle wojną koreańską. Starannie zakomponowane kadry, znakomite zdjęcia oraz świetna muzyka przydają filmowi intensywnie nostalgiczny rys, dzięki któremu obraz jawi się jako bardzo odległe wspomnienie przełomowych w życiu bohatera wydarzeń. We Wzburzeniu Roth odmalował początek swoich studiów uniwersyteckich, dając literacką formę swoim młodzieńczym doświadczeniom i napotykanym wtedy przeszkodom. Marcus Messner stanowi w powieści i filmie alter ego samego pisarza, przeżywającego swoją seksualną inicjację i jednocześnie spotykającego się z niezrozumieniem oraz niechęcią konserwatywnego środowiska college’u. Tytuł powieści to dominujące u Marcusa odczucie, które tylko się potęguje w miarę kolejnych konfrontacji z kolegami i przełożonymi na uniwersytecie.


          Aparycja Logana Lermana, wcielającego się w filmie w postać Marcusa Messnera, idealnie harmonizuje z charakterem granego przez niego bohatera, który wydaje się być żywym wcieleniem szczerej i czystej niewinności. Messner jest wzorowym studentem,  ateistą i wolnomyślicielem, z pamięci cytującym esej filozofa i Noblisty Bertranda Russella. Jest ponadto pracowity, pilny, oddany swoim rodzicom. Trudno się więc dziwić, że Marcus nawiązuje relację z bystrą i nieprzeciętną Olivią Hutton (Sarah Gadon), tak samo jak on zupełnie niepasującą do sztywnej i do bólu konwencjonalnej rzeszy studenckiej w Winesburg w Ohio. Ich prawdziwe oraz głębokie uczucie nie ma jednak racji bytu w społeczeństwie zbudowanym na bigoterii i konwenansie, tak samo jak psychiczne problemy Olivii czynią z niej automatycznie femme fatale oraz łatwe narzędzie do manipulacji, a ona sama staje się w filmie symbolem skrzywdzonego i zniszczonego przez otoczenie piękna. Kluczowa dla zrozumienia całego filmu, jak i czasów, w których się on rozgrywa, jest scena wizyty Marcusa Messnera u dziekana uniwersytetu Deana Caudwella, znakomicie sportretowanego przez Tracy’ego Letts’a. W scenie tej fenomenalny jest dialog między Marcusem a dziekanem, który reprezentuje tu purytańskiego ducha czasu, próbującego skłonić naszego bohatera do lepszej integracji z resztą studenckiej braci. Dziekan nie jest w tej opowieści szwarccharakterem, ma też jak najlepsze intencje w stosunku do młodego Marcusa, którego docenia za inteligencję, pracowitość oraz zdolności. Problemem dziekana jest jednak jego emanujący poczuciem moralnej wyższości autorytet, z którego wyżyn próbuje on sprowadzić coraz bardziej wzburzonego Marcusa na tak zwaną ‘właściwą drogę’ pokory i współpracy w grupie. Jako Żyd i ateista Marcus buntuje się przeciwko obowiązkowi cotygodniowego uczestnictwa w modlitwie na zaliczenie roku akademickiego, co w Winesburg jest wymagane od każdego studenta, bez względu na wyznanie lub jego brak. Messner jest również oburzony indagacjami dziekana na temat jego życia osobistego oraz relacji towarzyskich z dziewczętami. W miarę zaogniania się sporu Marcusa z dziekanem jasne się staje, że choć nasz bohater dostaniem się na studia uniknął poboru do wojska i wysyłki na wojnę w Korei, to jego pobyt w Winesburg można potraktować jak upadek z deszczu pod rynnę.


10 czerwca 2017

Certain Women (Kobiecy świat). To, co niewypowiedziane.

          Certain Women jest cichą opowieścią o czterech kobietach. To, co łączy bohaterki tego filmu to miejsce zamieszkania: Montana. Bardziej nawet niż przez bliskość geograficzną ich życia splatają się za pośrednictwem tego wewnętrznego stanu ducha, który jest prostą konsekwencją egzystencji w miejscu takim jak Montana. Rozległe, szare i puste przestrzenie tego stanu muszą odcisnąć swoje piętno na charakterach jego mieszkańców. Certain Women emanuje wrażeniem pustki oraz melancholii, zatopionych w niosącej ukryte znaczenia ciszy. To, co w tym filmie najważniejsze i najpiękniejsze nigdy nie zostaje ubrane w słowa. Życia bohaterek obrazu definiowane są nie przez to, co mówią, ale właśnie dzięki temu, czego nie mówią i co na zawsze pozostanie w domenie tego, co niewypowiedziane.


          Certain Women jest dziełem Kelly Reichardt, reżyserki i scenarzystki od dawna uznawanej za jedną z najciekawszych autorek amerykańskiego kina niezależnego. Reichardt debiutowała na Sundance Film Festival już w 1994 roku wraz z filmem River of Grass. Dramat Certain Women jest już jej siódmym pełnometrażowym obrazem, również pokazanym premierowo na Sundance z początkiem 2016 roku. Reżyserka napisała scenariusz filmu na podstawie trzech opowiadań amerykańskiej pisarki Maile Meloy, pochodzących z jej dwóch zbiorów: Half in Love z 2002 roku oraz Both Ways Is the Only Way I Want It z 2009 roku. Meloy urodziła się i wychowała w stanie Montana i tam też umiejscowiona jest akcja wszystkich trzech opowiadań, które posłużyły za podstawę scenariusza do Certain Women. Pokazywany na Sundance i w Toronto film Reichardt zdobył główną nagrodę dla najlepszego filmu na London Film Festival w październiku 2016 roku. Certain Women to też największy dotychczasowy komercyjny sukces reżyserki w jej rodzimych Stanach. Ten ostatni fakt należy przypisać przede wszystkim znanej obsadzie z aktorkami Laurą Dern, Michelle Williams i Kristen Stewart na czele.


         Certain Women podzielony jest na trzy mniej więcej równej długości części, opowiadające historię trzech kobiet mieszkających w Montanie. Bohaterką pierwszego segmentu jest Laura (Laura Dern), prawniczka zmagająca się w pracy z dość męczącym klientem w postaci Fullera (Jared Harris), fizycznego pracownika, który domaga się od swojego pracodawcy odszkodowania za uszczerbek na zdrowiu. Laura ma romans z Ryan’em (James Le Gros), mężem Giny (Michelle Williams), która z kolei jest protagonistką drugiej w filmie opowieści. Gina buduje wraz z mężem od podstaw dom, para ma też dorastającą córkę, ale, jak już dobrze wiemy z poprzedniego segmentu filmu, małżeństwo Giny i Ryana nie opiera się na mocnych fundamentach. Ryan ma romans z graną przez Dern Laurą. Najlepsza jest w filmie ostatnia historia, której heroiną jest Jamie (w tej roli debiutantka Lily Gladstone), pracująca w charakterze pomocy na rancho w Montanie. Jamie opiekuje się na rancho końmi, a samotność na odległej od osiedli ludzkich farmie zaczyna jej mocno doskwierać. Pewnego dnia całkiem przypadkowo Jamie spotyka Elizabeth (Kristen Stewart), która dość niespodziewanie wyrywa ją z dotychczasowego letargu.


          Kelly Reichardt opowiada w Certain Women bardzo zwyczajne historie z bardzo zwyczajnymi bohaterkami, które łączy właściwie jedna rzecz: miejsce zamieszkania. Sugestywnie sfotografowana Montana nadaje temu filmowi specyficzny nastrój, którym jest niepowtarzalne połączenie samotności człowieka i trywialności jego problemów z ogromem przestrzeni oraz pustką krajobrazu. W tym kontekście Certain Women budzi nieodparte skojarzenia z innym niezależnym filmem amerykańskim, a mianowicie obrazem Northfork (2003) w reżyserii Michaela Polish’a. Zdjęcia do obu tych dzieł powstawały w Montanie, co na obu filmach odcisnęło niezatarte piętno krajobrazu. Bohaterowie tych obrazów wydają się wpisani w przestrzenny bezmiar tego stanu, stanowiąc tylko indywidualne wcielenia lokalnego stanu ducha, któremu najbliżej chyba do poczucia melancholii. Świetna w tym kontekście jest scena otwierająca Certain Women, kiedy widzimy pociąg wjeżdżający w kłębach dymu na stację, a w tle ogromne szare niebo i majaczące na horyzoncie góry z ośnieżonymi wierzchołkami. Równie malarskie są ujęcia rancho, na którym pracuje Jamie (Lily Gladstone), bohaterka ostatniego w filmie segmentu. Pustka krajobrazu otaczającego samotną na farmie (nie licząc zwierząt) Jamie mówi też dużo o jej wewnętrznej samotności i wyizolowaniu.


          Certain Women to przede wszystkim film o kobietach, opowiedziany przez kobietę i z czysto kobiecej perspektywy. W obrazie tym aktywne oraz silne kobiety zmagają się z przeciwnościami nałożonymi na nie przez androcentryczny świat. Grana przez Laurę Dern bohaterka spotyka się z niedowierzaniem swojego klienta, który nie ufa jej poradzie prawnej tylko dlatego, że jest kobietą. Tę samą argumentację jej klient musi usłyszeć od mężczyzny, żeby zaakceptować niekorzystny dla siebie stan rzeczy. Z kolei Gina (Michelle Williams) ma problemy z uzyskaniem takiego samego stopnia respektu jak jej mąż. W rozmowie ze starszym człowiekiem, od którego chce odkupić piaskowiec na budowę swojego domu, to mąż Giny staje się adresatem wszystkich odpowiedzi oraz pytań staruszka, ona sama zaś nie jest traktowana jako równorzędna partnerka dyskusji.  Najbardziej wzruszająca w filmie historia to opowieść o uczuciu młodej i osamotnionej dziewczyny do innej kobiety. Debiutująca w tym filmie Lily Gladstone doczekała się za swoją rolę pełnego uznania ze strony krytyków, zdobywając nawet kilka nagród za swoją kreację. Jej postać to wcielenie powściągliwości i nieśmiałości, co zresztą bardzo dobrze koresponduje z wykonywaną przez nią pracą: Jamie samotnie zajmuje się końmi na oddalonym od miasta rancho. Przypadkowe spotkanie Elizabeth (Kristen Stewart) jest dla Jamie jak przebudzenie z głębokiego snu na tej pogrążonej w letargu amerykańskiej prowincji. Bohaterki Certain Women często powstrzymują się przed wyrażeniem swoich uczuć, dla siebie zachowując rozczarowanie, ból lub nadzieję. Nie boją się jednak swoich emocji oraz odczuć i dają im pełny wyraz poprzez działanie. To, co przez nie wprost nie wypowiedziane, staje się dla nas całkowicie jasne, albowiem najsilniejsze uczucia często nie potrzebują słów.


27 maja 2017

Christine. Jest krew, jest czołówka.

           ‘If it bleeds, it leads’ (jest krew, jest czołówka) to stare redakcyjne powiedzenie, które krótko i zwięźle oddaje zamiłowanie mediów do przemocy i taniej sensacji. 15 lipca 1974 roku reporterka amerykańskiej stacji telewizyjnej WXLT Christine Chubbuck dała ostateczny wyraz swojej frustracji tym popularnym sloganem, strzelając sobie na wizji w tył głowy rewolwerem o kalibrze 38. W swoich ostatnich słowach przed udaną próbą samobójczą Christine Chubbuck odniosła się ironicznie do polityki własnej stacji, oferując widzom jej jak najbardziej dosłowną emanację: samobójstwo na żywo i w kolorze. Film Antonio Camposa Christine przedstawia ostatnie miesiące życia dziennikarki w formie pogłębionego studium charakteru. W zmagającą się z ciężką depresją, szalenie ambitną i inteligentną reporterkę wciela się znakomicie Rebecca Hall, dla której jest to niewątpliwie najlepsza dotychczasowa kinowa kreacja. Dzięki odważnej grze Hall oraz wnikliwemu scenariuszowi Craiga Shilowicha mamy możliwość wejścia w depresyjny świat Christine i zrozumienia uczuć oraz wydarzeń, które bezpośrednio poprzedziły jej tragiczną śmierć.


          Christine debiutowała na festiwalu Sundance w styczniu 2016 roku, będąc jednym z dwóch filmów poświęconych postaci Christine Chubbuck, które swoją premierę miały na tej samej imprezie. Drugim obrazem był dokument Kate Plays Christine w reżyserii Roberta Greene’a, w którym ukazano przygotowania aktorki Kate Lyn Sheil do odegrania roli Chubbuck. Reżyserem Christine jest Antonio Campos, dla którego to już czwarty pełnometrażowy obraz, ale pierwszy, który mógł liczyć na większy rozgłos. Scenariusz filmu napisał Craig Shilowich (nominacja do Independent Spirit Award w kategorii najlepszy pierwszy scenariusz). Shilowicha zainspirowała w szczególności historia postępującej depresji tytułowej bohaterki. On sam długo borykał się z tą samą chorobą, więc do historii Christine Chubbuck miał bardzo osobisty i pełen zrozumienia stosunek.


          Dramat biograficzny Antonio Camposa ukazuje ostatnie miesiące życia swojej bohaterki, reporterki telewizyjnej stacji WXLT w mieście Sarasota na Florydzie. Christine Chubbuck (Rebecca Hall) jest niezwykle ambitną i inteligentną kobietą, żądną zawodowego sukcesu. Jej dziennikarska robota jest solidna i bez zarzutu, Chubbuck interesują złożone problemy lokalnej społeczności, o których przygotowuje wyczerpujące i skłaniające do myślenia reportaże. Tak się jednak składa, że jej stacja ma bardzo niskie słupki oglądalności, w związku z czym jej przełożony, Michael (Tracy Letts), domaga się od swoich podwładnych bardziej ‘soczystych historii’, zgodnie z utartą formułą ‘if it bleeds, it leads’. Sfrustrowana takim podejściem Christine próbuje sprostać oczekiwaniom szefa, bardzo jej bowiem zależy na zawodowym awansie i przenosinach do bardziej prestiżowej stacji w Baltimore. Stres i presja nakładają się na pogłębiającą się u kobiety depresję oraz rozczarowanie swoim życiem osobistym (a raczej jego brakiem). Pasmo większych i mniejszych niepowodzeń prowadzi do pamiętnego 15 lipca 1974 roku, kiedy to w trakcie prowadzenia na żywo programu Suncoast Digest Christine serwuje swojej rodzinie, kolegom z pracy i publiczności przed telewizorami udaną próbę samobójczą.


          Chociaż oglądamy Christine znając dobrze finał filmu (a przynajmniej historię, która go zainspirowała), to w żaden sposób nie ujmuje mu to napięcia i intensywności. Ten paradoks jest owocem solidnej pracy twórców i aktorów, którzy z pasją oraz ogromnym zaangażowaniem opowiedzieli tragiczną historię Christine Chubbuck. W lipcu 1974 roku Christine zbliżała się do swoich 30-tych urodzin, ale jak wielokrotnie skarżyła się swojej rodzinie i przyjaciołom, wciąż była dziewicą. Jej nieudane życie romantyczne stanowiło ważny czynnik nasilającej się u niej depresji. W obrazie Antonio Camposa nasza bohaterka czuje ewidentny pociąg do swojego kolegi z pracy, George’a (w tej roli Michael C. Hall), który w stacji WXLT pracował jako główny prezenter wiadomości. Jej uczucie było jednak nieodwzajemnione, co jeszcze mocniej spychało Christine w stronę myśli samobójczych. W filmie pochylono się również uważnie nad relacjami dziennikarki z jej matką Peg (zagraną przez gwiazdę serialu Rectify J. Smith-Cameron), z którą Christine mieszkała i która równocześnie była jej najbliższą przyjaciółką. Silne i bliskie relacje z matką odbiły się negatywnie na życiu Christine w momencie, gdy jej rodzicielka znalazła sobie nowego życiowego partnera, ku ewidentnej zazdrości i gniewowi córki. Wcielająca się w reporterkę Rebecca Hall zyskała jednogłośne uznanie krytyków i branży za swój subtelny oraz wielowymiarowy portret Chubbuck. Niepowodzenia w życiu osobistym Christine dają się łatwo wytłumaczyć jej nieprzystępnym i wybuchowym (na granicy choroby dwubiegunowej często) charakterem. Rebecca Hall znakomicie uchwyciła w swojej grze ten odstręczający aspekt osobowości swojej bohaterki, marnującej swoją inteligencję w nieustannym dziele krytykowania siebie i najbliższych sobie ludzi. Rozczarowana brakiem własnych sukcesów, Christine nie potrafi docenić przyjaźni i wsparcia ani ze strony kochającej ją matki, ani bliskiej przyjaciółki z pracy Jean (Maria Dizzia). Reporterka nie ustaje także w atakach na swojego szefa, Michaela (Tracy Letts), z którym ściera się w temacie swojej dziennikarskiej roboty.


           W udramatyzowanej wersji ostatnich miesięcy życia Christine Chubbuck najbardziej dominującą siłą, popychającą bohaterkę do działania, wydaje się być jej nieprzeciętna ambicja. W filmie Antonio Camposa ambicja przyćmiewa depresję, każąc dziennikarce zawalczyć za wszelką cenę o awans w pracy. Aby to uczynić przełożony Christine radzi swojej podwładnej szukać bardziej sensacyjnych, szokujących publiczność tematów. W tym segmencie Christine staje się satyrą na ówczesne i współczesne także media, niezmordowane w pogoni za krwawym oraz soczystym newsem. W swojej reporterskiej pracy Chubbuck skupia się na złożonych i pozytywnych aspektach życia lokalnej społeczności w kurortowej Sarasocie, położonej na Florydzie nad Zatoką Meksykańską. Dogłębnie potraktowane lokalne problemy nie podwyższą jednak cudownie słupków oglądalności, stąd naciski szefa w kierunku bardziej atrakcyjnych reportaży frustrują niebywale dziennikarkę, która nie potrafi im sprostać. Sarasota to przecież nie Nowy Jork, Chicago lub Los Angeles, to nawet nie Baltimore, a samej Chubbuck daleko do dziennikarskiej hieny. Podejście szefa stacji budzi w Christine pogardę, w pewnym momencie z drwiną pyta wprost przełożonego, czy jeśli dostarczy mu nagranie płonących w wypadku samochodowym otyłych ludzi, to z miejsca uzyska zawodowy awans… W finale Christine Chubbuck nie zabiła jednak niezaspokojona ambicja, brak sukcesów w pracy czy uczuciowe rozczarowanie. Reporterka nie padła też ofiarą nastawionych na sensację oraz lejącą się obficie posokę mediów. Jej zabójca był cichy i mało medialny, ale za to nieubłagany. Depresja Christine żywiła się wszystkimi jej małymi i dużymi niepowodzeniami, romantycznymi oraz zawodowymi rozczarowaniami, aż w końcu poczuła się dostatecznie silna, aby przyłożyć jej rewolwer do głowy.