23 grudnia 2017

Marjorie Prime. Samotność hologramów.

          Spójrz, moje oczy to tylko hologramy / Popatrz, przez twoją miłość mam takie blade dłonie – śpiewa Tanita Tikaram w swojej najbardziej znanej piosence, Twist in My Sobriety. W swoim enigmatycznym przeboju z 1988 roku brytyjska wokalistka (z zadziwiającą, jak na jej wtedy bardzo młody wiek, dozą goryczy) śpiewa o miłosnym doświadczeniu, które upodabnia nas do cieni, albo wręcz hologramów samych siebie. Miłość i sztuczna inteligencja to temat Marjorie Prime, najnowszego filmu amerykańskiego reżysera Michaela Almereydy. Ten wybitny dramat sci-fi przenosi nas do nie tak dalekiej przyszłości, w której miejsce naszych zmarłych bliskich zajmują hologramy, a właściwie programy komputerowe, których zadaniem jest pomóc ludziom w radzeniu sobie ze stratą, tęsknotą, a nawet stopniową utratą pamięci. W niezwykle poruszającym Marjorie Prime sztuczna inteligencja uczy się o nas i naszych zmarłych od nas samych, aby potem skutecznie zająć pozostawione przez ludzi miejsce. Jeśli to pamięć w pierwszej kolejności konstytuuje naszą tożsamość, co nam zatem pozostanie, gdy w tej dziedzinie przegramy na całej linii z najnowszą technologią? Pytanie dobre dla filozofów przyszłości.


          Michael Almereyda jest znanym i bardzo lubiącym eksperymenty niezależnym amerykańskim reżyserem, tworzącym swoje niełatwe w odbiorze filmy już od końca lat 80-tych XX wieku. Jego najbardziej znanym dotychczas filmem był zrealizowany w 2000 roku uwspółcześniony Hamlet z Ethanem Hawke’m w tytułowej roli. Marjorie Prime jest najnowszym dziełem Almereydy, chyba najbardziej przystępnym ze wszystkich jego filmów. Obraz pokazany został premierowo na Sundance Film Festival w styczniu 2017 roku, gdzie też otrzymał Alfred P. Sloan Feature Film Prize. Pierwowzorem scenariusza do Marjorie Prime jest nominowana do Nagrody Pulitzera w dziedzinie dramatu sztuka teatralna z 2014 roku autorstwa Jordana Harrisona, wystawiana już dwukrotnie w teatrze przed jej filmową ekranizacją. We wszystkich tych trzech jej adaptacjach w rolę tytułowej Marjorie wcieliła się aktorka Lois Smith.


          Mamy 2050 rok. Marjorie (znakomita Lois Smith) jest ponad 80-letnią staruszką z pierwszymi objawami demencji starczej. W pięknym domu w pobliżu plaży na Long Island Marjorie towarzyszy jej zmarły przed 15 laty mąż, Walter (Jon Hamm)… Walter, a właściwie Walter Prime, to komputerowy program, który wygląda i zachowuje się jak jego zmarły pierwowzór, tyle że jest dużo młodszy (około czterdziestki) i o swoim ludzkim prototypie uczy się od samej Marjorie, która najwyraźniej lubi rozmawiać z hologramem swojego zmarłego męża. Program zamówił dla Marjorie jej zięć, Jon (Tim Robbins), dla którego jest to dobry sposób na przeciwdziałanie utracie pamięci przez Marjorie. Sceptycznie do hologramu własnego ojca odnosi się natomiast Tess (Geena Davis), córka Marjorie i żona Jona. Marjorie Prime jest bardzo kameralnym dramatem science-fiction, w którym pod pozorem prostej historii o koegzystencji ludzi i sztucznej inteligencji padają filozoficzne pytania najcięższego kalibru. Jednocześnie jest Marjorie Prime filmem niezwykle intymnym, w którym reżysera interesuje nie akcja, ale dialogi oraz relacje między poszczególnymi postaciami. W tym sensie obraz Michaela Almereydy, będący w końcu adaptacją sztuki teatralnej, budzi żywe skojarzenia ze sceniczną twórczością wybitnego rosyjskiego dramaturga, Antoniego Czechowa.


          Marjorie Prime najbliżej chyba do filmu Her (Ona) Spike’a Jonze’a. W obu obrazach mamy skomputeryzowane wizje przyszłości, w których sztuczna inteligencja sukcesywnie zajmuje miejsce człowieka, zapewniając ludziom poczucie komfortu i bezpieczeństwa. Programy komputerowe mają bowiem tę przewagę nad człowiekiem, że mogą pozwolić sobie na luksus doskonałości, całkowicie poza zasięgiem ułomnej ludzkiej kondycji. Sztuczna inteligencja w Marjorie Prime jest w swojej wiedzy zależna od człowieka. To w końcu człowiek jest jedynym źródłem wspomnień dla maszyny. Ale pamięć to rzecz względna, łatwa w manipulacji i podatna na całkowitą utratę. W filmie Almereydy główna bohaterka cierpi na starczą demencję, przez co bardzo powoli, dzień po dniu, jej tożsamość ulega rozmyciu. Kolejne wspomnienia giną bezpowrotnie, a ich jedynym depozytariuszem (poza oczywiście najbliższą rodziną) staje się Walter, hologram nieżyjącego męża. Nietrudno przewidzieć, że nadejdzie taki dzień, w którym to program komputerowy przewyższy człowieka, wiedząc o nim znacznie więcej, niż on sam jest sobie w stanie przypomnieć. Być może jest to najlepszy sposób na ludzką nieśmiertelność: przetrwać nie w pamięci potomnych (śmiertelnych też w końcu), ale właśnie w pamięci komputerowego programu, sztucznej inteligencji, która ma o wiele większe szanse na przetrwanie niż śmiesznie krucha ludzkość. Wizja konwersujących ze sobą hologramów nas samych nie wydaje się wcale odległa ani szokująca.


          Poza Her do głowy przychodzą też skojarzenia z Zakochanym bez pamięci (Eternal Sunshine of the Spotless Mind) Michela Gondry oraz niedawną Ex Machiną w reżyserii Alexa Garlanda z 2014 roku z Alicią Vikander oraz Oscarem Isaac’iem. Tak jak Zakochany Michela Gondry, jest Marjorie Prime filmem o pamięci, która kształtuje naszą tożsamość. Bez wspomnień nie jesteśmy już tymi samymi osobami, jesteśmy nikim. Ich utrata równoznaczna jest z postradaniem własnej tożsamości. Gesty, tiki, a nawet anatomiczne szczegóły można modyfikować bez większych konsekwencji, są drugorzędne w rozwoju i ewolucji naszej osobowości. Wspomnienia jednak to już zupełnie inna bajka. Pamięć jest dla nas tak ważna, a jednocześnie może być tak instrumentalna i podatna na zmianę. Jest w Marjorie Prime coś z tej perwersyjnej tendencji ludzkiego mózgu do ciągłego modyfikowania przeszłych wspomnień, ich upiększania lub wręcz wypierania ze świadomości. Tak jakbyśmy chcieli stworzyć w naszym umyśle lepszą wersję nas samych i naszego przeszłego życia. Perwersyjne jest także być może tworzenie hologramów naszych nieżyjących bliskich i uczenie ich tego, kim były i jak się zachowywały ich ludzkie pierwowzory. W ten sposób nie tworzymy bowiem wiernej kopii naszych zmarłych ukochanych, ale ich ulepszone wersje, wolne od wad i niedociągnięć oryginałów. Tylko czy doskonałość może być wystarczającym pocieszeniem?


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz