14 lipca 2019

Her Smell. Studium kryzysu w pięciu aktach.

          W Her Smell jedyna w swoim rodzaju Elisabeth Moss wciela się w postać Becky Something, wokalistki i liderki punk rockowego zespołu o nazwie Something She. Opowiedziany w pięciu długich scenach, dramat przedstawia kryzysowe momenty w życiu głównej bohaterki, która zmaga się ze zmierzchem popularności swojego zespołu, uzależnieniem od alkoholu i narkotyków, a także napiętymi relacjami z eks-mężem, matką, koleżankami z zespołu oraz menedżerem. Koncertowo zagrana przez fenomenalną jak zawsze Moss Becky Something jest wielką antybohaterką tego filmu, która swoje największe życiowe osiągnięcia konsekwentnie doprowadza na skraj upadku. I nie chodzi tu tylko o zespół i jego karierę, ale przede wszystkim o relacje z najbliższymi ludźmi oraz przyjaciółmi. Autodestrukcyjna Becky w swoim szaleństwie i upadku gotowa jest pociągnąć ich wszystkich za sobą.


          Dramat Her Smell jest ostatnim autorskim dziełem niezależnego reżysera i scenarzysty, Alexa Rossa Perry’ego, który we współpracy z aktorką Elisabeth Moss stworzył wcześniej takie obrazy jak Listen Up Philip (Do ciebie, Philipie) oraz Queen of Earth (Królowa Ziemi) z 2015 roku. Tandem Perry i Moss znakomicie się wzajemnie rozumie, dzięki czemu w ich trzeciej wspólnej kolaboracji dostajemy fascynujące studium kobiecego antybohatera, będące jednocześnie przykładem niewyczerpanych aktorskich możliwości Elisabeth Moss, która swoją kreacją wznosi cały film na jeszcze wyższy poziom. W swoim oryginalnym scenariuszu Alex Ross Perry stworzył kolejną ciekawą kobiecą postać, której magnetyczna moc oddziaływania z ekranu jest nie do podważenia. Her Smell miał premierę na Toronto International Film Festival (TIFF) we wrześniu 2018 roku.


          Becky Something (Elisabeth Moss) zawodzi wszystkich po kolei. Niegdyś bardzo popularna liderka i wokalistka punk rockowego zespołu, teraz staczająca się w odmęty uzależnienia oraz twórczego wypalenia kobieta na skraju nerwowego załamania. Becky konsekwentnie obraża, zraża i doprowadza do wściekłości swoje koleżanki z zespołu, Mari (Agyness Deyn) oraz Ali (Gayle Rankin), a także próbujących przemówić jej do rozsądku eks-męża i ojca jej małej córki, Danny’ego (Dan Stevens), menedżera Howarda (zagranego przez Erica Stoltza) oraz matkę, Anię (świetna Virginia Madsen). W pięciu długich scenach z życia mamy możliwość przyjrzeć się studium autodestrukcji w czystej postaci.


          W wywiadach Alex Ross Perry przyznał, że do stworzenia postaci Becky Something zainspirowała go biografia Axla Rose’a, wokalisty i frontmana zespołu Guns N’ Roses, ale większość widzów będzie mieć zapewne silne skojarzenia z postacią Courtney Love i jej zespołem Hole. Zespół Something She, z Becky Something na czele, świetnie nawiązuje do popularności tego typu punkowo rockowych kobiecych składów w latach 90-tych ubiegłego wieku. Kariery tych zespołów były niezmiennie intensywne i krótkie zarazem, ciężar sławy, oczekiwań i twórczej ewolucji w połączeniu z końskimi dawkami alkoholu i narkotyków szybko kładł kres ich egzystencji. W Her Smell ta powtarzająca się historia zostaje opowiedziana w bardzo intymny sposób, z pełną koncentracją na centralnej postaci chaotycznej oraz nieprzewidywalnej Becky. Elisabeth Moss po raz kolejny odwala tu kawał dobrej roboty. Po telewizyjnych kreacjach w takich kultowych serialach jak Mad Men, Tajemnice Laketop (Top of the Lake) czy Opowieść podręcznej (The Handmaid’s Tale), wydawałoby się, że Moss pokazała nam już cały arsenał swoich dramatycznych możliwości. A jednak, aktorka wciąż zaskakuje, i to na gruncie amerykańskiego kina niezależnego, po raz trzeci tworząc skomplikowaną i pełnokrwistą postać w filmie Perry’ego. To, że artystka potrafi doskonale wejść w psychotyczne charaktery, Moss pokazała nam już wcześniej na gruncie poprzedniej kolaboracji z tym samym reżyserem, czyli wyjątkowo mrocznego dramatu/thrillera Królowa Ziemi. W Her Smell aktorka idzie o wiele dalej, portretując kobietę zupełnie do sukcesu i popularności nieprzygotowaną, dla której niespodziewana sława oraz uwielbienie tłumów stają się szybko trampoliną dla psychofizycznej degrengolady.


          W filmografii Alexa Rossa Perry’ego Her Smell to mimo wszystko jeden z bardziej optymistycznych filmów. Jak widzimy w dwóch ostatnich scenach grana przez Moss Becky ma szansę na odbicie się od dna i wyjście na prostą. Jakkolwiek jej muzyczna kariera jest skończona, jej życie osobiste oraz relacje z matką, byłym partnerem i córką to wciąż otwarta karta. Najbardziej porywająca w filmie scena to chyba ta, w której Becky zasiada w domu do fortepianu i wykonuje dla córki cover Heaven z repertuaru Bryana Adamsa. W tym wyjątkowo intymnym momencie widzimy zupełnie inną Becky, jakiej jeszcze nie znaliśmy i chyba nawet nie podejrzewaliśmy zupełnie jej istnienia. Zamiast rockowej i drapieżnej femme fatale objawia się przed nami wrażliwa oraz skromna dziewczyna, która w głębi duszy pragnie prostych rzeczy i prostego życia, które jakimś tragicznym splotem okoliczności nie zostało jej nigdy dane. Ten kameralny moment pokazuje, że jest jeszcze nadzieja, a Becky zrzuci dotychczasową skórę i przepoczwarzy się w coś zupełnie nowego.


1 lipca 2019

Egg. Macierzyństwo i outsourcing.

          Zderzenie liberalizmu z tradycjonalizmem i patriarchatu z feminizmem to świetny punkt wyjścia dla komedii traktującej w pierwszej kolejności o problemie macierzyństwa. Film Egg w reżyserii szkockiej twórczyni polskiego pochodzenia, Marianny Palki, oferuje nam przebogatą paletę światopoglądowych i czysto ludzkich utarczek, w których bycie matką we współczesnym świecie staje się zarazem tłem, jak i pierwszoplanowym bohaterem tego obrazu. Egg rozgrywa szalenie ciekawą dynamikę relacji między dwiema przyjaciółkami ze studiów, Tiną (Alysia Reiner) i Karen (Christina Hendricks), oraz ich życiowymi partnerami, którzy spotykają się pewnego popołudnia, aby odnowić dawną, bardzo zażyłą przyjaźń. Zaawansowana ciąża Karen staje się dla Tiny prawdziwym zapalnikiem konfliktu, w którym zamiast noży i maczet w ruch pójdą głęboko zakorzenione przekonania oraz poglądy na temat nowoczesnej rodziny, macierzyństwa i społecznej roli kobiety w dobie feminizmu.


          Urodzona i wychowana w Glasgow Marianna Bronisława Palka jest szkocką aktorką i reżyserką, której polskiego pochodzenia raczej nikomu nie trzeba udowadniać. W wieku 17 lat Palka przeprowadziła się z Glasgow do Nowego Jorku, gdzie podjęła artystyczne studia i gdzie też osiadła na stałe. W 2008 roku zrobiła swój pierwszy niezależny film, Good Dick, w którym partnerował jej Jason Ritter, jej ówczesny chłopak. Palka obraz wyreżyserowała i zagrała w nim główną rolę, prezentując go premierowo w konkursie dramatycznym na festiwalu Sundance. Od tego czasu reżyserka rozwinęła swój feministyczny warsztat i nakręciła w sumie pięć niezależnych produkcji, z których ostatnią Egg można uznać za najdojrzalszą w jej repertuarze. Egg pokazano po raz pierwszy w kwietniu 2018 roku na Tribeca Film Festival w Nowym Jorku. Kameralny obraz przeszedł w Stanach Zjednoczonych bez większego echa, zapewniam jednak solennie, że zupełnie niezasłużenie.


          Tina (Alysia Reiner) i Wayne (Gbenga Akinnagbe) mieszkają na nowojorskim Brooklynie, w obszernym postindustrialnym lofcie. Pewnego popołudnia przyjeżdża do nich w odwiedziny z dalekich przedmieść małżeństwo Karen (Christina Hendricks) i Dona (David Alan Basche). Karen jest w ósmym miesiącu ciąży, co w mającej bardzo zdecydowane poglądy na macierzyństwo i rolę kobiety we współczesnym świecie Tinie uderza w bardzo czułą strunę. Tina i Karen były kiedyś w trakcie swoich artystycznych studiów bardzo sobie bliskie, teraz jednak wydają się być po przeciwnych stronach spektrum: liberalna Tina jest spełnioną artystką konceptualną, feministką wrogą tradycyjnym rolom przypisywanym przez społeczeństwo kobietom, Karen zaś ma burżujskiego męża-dewelopera nieruchomości, dom na przedmieściach i dziecko w drodze, które ewidentnie jest teraz najważniejszą rzeczą w jej życiu. Konflikt życiowych postaw i priorytetów zagwarantowany.


          Egg jest filmem zrobionym przez kobiety i o kobietach. Za kamerą stanęła znana ze swoich feministycznych produkcji Marianna Palka, a cięty scenariusz napisała Risa Mickenberg, dla której jest to scenopisarski debiut. Grająca jedną z głównych ról aktorka Alysia Reiner (znana między innymi z serialu Orange Is the New Black) obraz wyprodukowała, wcielając się jednocześnie w jedną z najagresywniejszych feministycznych postaci, jaką wydało w ostatnich latach amerykańskie kino niezależne. Jej Tina mówi co myśli, trzyma swojego męża pod butem, a zaawansowaną ciążę przyjaciółki traktuje jak frontalny atak patriarchatu na swoje liberalno-feministyczne przekonania. Oczywiście z miejsca wyczuwa się nienawiść między Tiną a Donem, dobrze sytuowanym mężem Karen, który postrzega Tinę jako współczesną wiedźmę, władczą i zupełnie poza męską kontrolą. Żeby było jeszcze śmieszniej Tina obwieszcza gościom nowinę, że ona również oczekuje dziecka, tyle tylko że urodzić je ma surogatka Kiki (Anna Camp), w której rośnie jajo Tiny zapłodnione przez Wayne’a… Wroga tradycyjnej wersji macierzyństwa Tina postanowiła swoją ciążę outsourcingować, wynajmując surogatkę, znajomą swojego męża, a sama skupiła się na swojej twórczej pracy, przygotowując projekt nowej wystawy dla galerii, obracający się - a jakże - wokół tematu macierzyństwa i noszący tytuł Egg (Jajo) właśnie. Dla bardziej tradycyjnie nastawionych do życia Dona i Karen to już trochę za wiele ekscentryczności jak na jeden wieczór, atmosfera spotkania gęstnieje, po to aby osiągnąć swój szczyt w momencie pojawienia się w mieszkaniu Kiki, wzmiankowanej już surogatki dla Tiny i Wayne’a.


          Obraz Marianny Palki dzieli się zasadniczo na trzy części, nazwane od imion głównych bohaterek. Pierwszy akt należy w całości do ekspansywnej Tiny, ale w drugiej części lepiej poznajemy świetnie zagraną przez Christinę Hendricks (Mad Men) Karen. Jej postać to nie tylko miła i ociężała matczyna figura, grająca na antagonizmach z władczą i bezpardonową Tiną, ale również kobieta pełna osobistych lęków i nie taka znów święta, jakby mogło się wydawać na pierwszy rzut oka. Pojawienie się w nowojorskim mieszkaniu Kiki (Anna Kamp), noszącej ciążę Tiny i Wayne’a, to początek trzeciego aktu komedii i jednocześnie kulminacja napięcia między bohaterami, bo w finale starcia feminizmu z patriarchatem żadna ze stron jeńców brać nie będzie. Rozgrywający się głównie w zamkniętych pomieszczeniach Egg mógłby być równie dobrze sztuką teatralną i tak jak sztuka teatralna jest też ten film skonstruowany. W centrum zainteresowania twórczyń tego obrazu nie leży bowiem akcja i jej ciągłe zwroty, ale raczej kobiety - silne bądź słabe, zależne lub niezależne od mężczyzn, nowoczesne albo tradycyjne - i to, co mają do powiedzenia o sobie i swoim wyobrażeniu na temat tak kluczowego dla kobiecości problemu macierzyństwa.

16 czerwca 2019

Ben Is Back (Powrót Bena). O miłości, nadziei i uzależnieniu.

          Nie ma to jak niespodziewany powrót marnotrawnego syna. W Ben Is Back brawurowo zagrana przez Julię Roberts Holly Burns musi zmierzyć się w wigilijny poranek z nieoczekiwanym pojawieniem się na święta uzależnionego od narkotyków 19-letniego syna - znakomicie zagranego przez Lucasa Hedgesa tytułowego Bena. Syn twierdzi, że został wypuszczony z kliniki dla narkomanów za zgodą i przy zachęcie sponsora, matka ma jednak tysiąc powodów, żeby mu nie ufać. Wyraz twarzy Julii Roberts, kiedy po raz pierwszy widzi na podjeździe domu syna, oddaje jednocześnie tak wiele stanów emocjonalnych szarpiących ją od środka, że nie sposób wprost nie zachwycić się tą aktorką i jej niebagatelnymi aktorskimi umiejętnościami. Zaskoczenie, przerażenie, strach, radość i nadzieja to tylko niektóre z uczuć, które manifestują się niemalże jednocześnie na twarzy tej kobiety, siedzącej w osłupieniu w samochodzie na widok zakapturzonego syna w zimowy świąteczny poranek. Wigilia będzie dla tej matki decydującą próbą jej matczynej miłości i zarazem testem wiedzy na znajomość pierworodnego syna.


           Powrót Bena napisany i wyreżyserowany został przez Petera Hedgesa, autora wcześniejszej Wizyty u April z 2003 roku. Hedges, na specjalną prośbę Julii Roberts, obsadził w tytułowej roli własnego syna, Lucasa, którego aktorska kariera na przestrzeni ostatnich kilku lat rozwinęła się w iście zawrotnym tempie. Lucas Hedges zagrał ostatnio w tak wybitnych produkcjach jak: Manchester by the Sea, Trzy billboardy za Ebbing, Missouri czy Lady Bird. Julia Roberts miała świetną intuicję w odniesieniu do młodego Hedgesa, albowiem ich aktorski duet w Powrocie Bena jest tym, co naprawdę najlepsze w filmie. Ben Is Back pokazano premierowo na TIFF (Toronto International Film Festival) we wrześniu 2018 roku i wprowadzono do amerykańskich kin bardzo adekwatnie na krótko przed świętami Bożego Narodzenia.


          Holly Burns (fenomenalna Julia Roberts) przygotowuje się intensywnie do świąt Bożego Narodzenia w rodzinnym gronie. Jest Wigilia na przysypanych śniegiem przedmieściach Nowego Jorku i przedświąteczną gorączkę przerywa albo wręcz podbija pojawienie się tytułowego Bena (świetny Lucas Hedges), pierworodnego syna Holly, który powinien znajdować się w klinice odwykowej, walcząc za swoim uzależnieniem od narkotyków. Według Bena pozwolono mu opuścić odwyk na czas świąt, Holly decyduje się w to uwierzyć, ale pozwala synowi pozostać tylko na 24 godziny i tylko pod warunkiem, że nie zniknie jej z pola widzenia choćby na chwilę. Holly postanawia poddać Bena pełnej kontroli i czuwać nad ewentualnymi pokusami sięgnięcia po narkotyki. Mąż Holly, Neal (Courtney B. Vance), oraz jej córka i rodzona siostra Bena, Ivy (Kathryn Newton), nie są tak pobłażliwi względem chłopaka i przeczuwają nadciągające kłopoty. I rzeczywiście, druga część dramatu przeistacza się w rasowy thriller, w którym matka pożałuje jeszcze swojej decyzji przyjęcia syna, poznając na dodatek wszystkie ciemne sprawki i zakamarki swojego sąsiedztwa.


          Peter Hedges zaczynał swoją reżyserską karierę od niskobudżetowego kina niezależnego w postaci obrazu Wizyta u April (Pieces of April), w którym śmiesznie mały budżet rekompensowały ciekawy scenariusz Hedgesa i znakomita aktorska obsada z Katie Holmes, Patricią Clarkson i Oliverem Platt’em na czele. To, co łączy reżyserki debiut Hedgesa z jego ostatnim filmem to fakt, że cała historia rozgrywa się wokół świątecznego spotkania rodziny. W Pieces of April było to święto Dziękczynienia, w Ben Is Back jest to Boże Narodzenie. I nie tylko na tym polegają podobieństwa. Tak samo jak w Wizycie u April Powrót Bena niosą przede wszystkim znakomite kreacje aktorskie, właściwie film nie istniałby bez zapierającego dech w piersiach duetu Julii Roberts i Lucasa Hedgesa. Scenariusz Hedgesa-ojca pozwala zabłysnąć Hedgesowi-synowi i partnerującej mu Roberts, do której aktorskiej maestrii nikogo tu chyba nie muszę przekonywać. Rola matki uzależnionego nastolatka to jedna z najlepszych kreacji w dorobku Julii Roberts, która w Powrocie Bena manifestuje całą paletę emocji samą tylko mimiką mięśni twarzy, jak choćby w kluczowej dla całej akcji filmu scenie niespodziewanego pojawienia się Bena na podjeździe domu rodziny Burns’ów. Sama będąc w realnym życiu matką trójki dzieci, Roberts z podziwu godnym wyczuciem wciela się w postać matki, która musi znaleźć jakąś formę kompromisu pomiędzy miłością do uzależnionego i notorycznie kłamiącego syna a bezpieczeństwem pozostałej części rodziny, w skład której wchodzi jej drugi mąż, Neal (bardzo dobry Courtney B. Vance), ich dwójka małych dzieci oraz starsza córka Ivy (świetna Kathryn Newton), rodzona siostra Bena. Ta ostatnia jest głosem zdrowego rozsądku w rodzinie, słusznie nie ufając bratu i spodziewając się nie lada problemów w związku z jego nieoczekiwanym pojawieniem się w rodzinnym domu. Sceptyczny w stosunku do Bena jest również ojczym, czarnoskóry Neal, który w pewnym momencie słusznie zauważa, że gdyby Ben był czarny, siedziałby już dawno w więzieniu za swoje rozliczne narkotykowe wybryki. Grana przez Julię Roberts Holly Burns daje synowi jeszcze jedną szansę, wbrew zdaniu córki i męża, bo w końcu mamy Wigilię, a Ben twierdzi, że od miesięcy jest czysty od narkotyków.

  
          Powrót Bena dzieli się dość równo na dwie części, sceny dzienne (pierwsza połowa filmu) to klasyczny dramat rodzinny o powrocie zbłąkanej owcy w domowe pielesze. Druga połowa obrazu, dziejąca się już w Wigilię po zmroku, to z kolei trzymający w napięciu thriller z udziałem różnych szemranych typów z sąsiedztwa rodziny Bena. Jak każdy łatwo zauważy, w drugiej części film przeistacza się w coś zupełnie innego, ale dalej niesiony jest do przodu przez wybitny duet Roberts i Hedgesa, którzy do samego końca nie tracą ani trochę ze swojej ekranowej chemii. Druga połowa Powrotu Bena hojnie okraszona jest akcją i jej licznymi zwrotami, a my wraz z bohaterami zagłębiamy się w ten groźny narkotykowy światek, który istnieje potencjalnie na każdym amerykańskim przedmieściu, na każdej prowincji, wystarczy tylko znać odpowiednich ludzi. Upstrzona akcją w iście amerykańskim stylu druga połowa Powrotu Bena pozwala docenić jeszcze bardziej osadzoną głównie na dialogach pierwszą, statyczniejszą część filmu, kiedy to zwyczajna wycieczka do centrum handlowego po zakupy, spotkanie innych uzależnionych od narkotyków w grupie wsparcia czy choćby przypadkowe natknięcie się na dotkniętego demencją byłego lekarza rodzinnego (brawa dla niesamowitej Julii Roberts raz jeszcze) to fenomenalne okazje do bliższego spojrzenia na naszych bohaterów i poznania ich wewnętrznych demonów.


3 czerwca 2019

Can You Ever Forgive Me?. Oryginalna kopia.

          Frustracja pisarza może mieć wiele twarzy. W Can You Ever Forgive Me? ma ona oblicze 51-letniej zjadliwej i sarkastycznej kobiety, która nie ufa nikomu i nie potrafi stworzyć trwałej więzi z drugim człowiekiem, kobietą czy mężczyzną. Tą zdesperowaną pisarką w średnim wieku jest Lee Israel (znakomicie obsadzona Melissa McCarthy), amerykańska autorka poczytnych biografii sławnych ludzi, którą w 1991 roku w Nowym Jorku dopadł finansowy kryzys, zagrażający jej utratą dachu nad głową. Jakkolwiek chłodna emocjonalnie i nietowarzyska, Lee Israel była też sprytna oraz pomysłowa. Jak na twardą kobietę przystało nie skapitulowała, tylko przekuła swój literacki talent na oszukańczy proceder, podrabiając styl innych sławnych pisarzy i komponując w ten sposób fałszywe listy, które zaczęła sprzedawać księgarniom oraz kolekcjonerom literackich memorabiliów za grube pieniądze. Lee Israel odkryła w ten sposób swój prawdziwy talent do imitowania innych twórców, produkując tak przekonujące ‘oryginalne’ kopie ich listów, że niemalże zatarła tę cienką granicę między oryginałem a falsyfikatem.


          Can You Ever Forgive Me? jest fascynującym połączeniem biografii, dramatu, komedii oraz kryminału. Film wyreżyserowała Marielle Heller (twórczyni znakomitych Wyznań nastolatki z 2015 roku) do scenariusza autorstwa Nicole Holofcener i Jeffa Whitty’ego na podstawie wspomnieniowej książki samej Lee Israel pod tym samym tytułem. Nicole Holofcener miała pierwotnie być reżyserką tego projektu z Julianne Moore w głównej roli, ale ostatecznie przekazała pałeczkę innej niezależnej autorce, i to ze znakomitym efektem. Film debiutował na Telluride Film Festival z początkiem września 2018 roku i od razu przykuł uwagę filmowej krytyki. Obraz chwalono przede wszystkim za świetny scenariusz oraz fenomenalne kreacje aktorskie Melissy McCarthy i Richarda E. Granta, którzy zgarnęli wszystkie liczące się nominacje do aktorskich nagród, włącznie z Oscarami i Złotymi Globami. Film ostatecznie dostał trzy nominacje do Oscara: za najlepszy scenariusz adaptowany, najlepszą pierwszoplanową rolę kobiecą dla McCarthy oraz najlepszą drugoplanową rolę męską dla Richarda E. Granta.

        
          Lee Israel (Melissa McCarthy) nie jest w stanie wyżyć ze swojego pisarstwa w Nowym Jorku anno Domini 1991. Jej literacka agentka, Marjorie (świetna Jane Curtin), nie pozostawia jej żadnych złudzeń i każe sobie szukać innego zajęcia. Zdesperowana finansowo Lee, ekspertka od biografii sławnych ludzi, postanawia wykorzystać swoją dogłębną znajomość stylów pisarskich i biografii innych mistrzów pióra, produkując masowo fałszywe listy o dowcipnym charakterze i podpisując je nazwiskami nieżyjących sław. W nielegalnym obrocie fałszywymi artefaktami Lee wykorzystuje swojego jedynego przyjaciela, bezdomnego geja o nazwisku Jack Hock (rewelacyjny Richard E. Grant), który poza wspólnictwem w tym kryminalnym procederze może jej też zaoferować swoje nieodłączne towarzystwo przy drinku. FBI szybko znajduje się na tropie Lee i jej fałszerstw, przedwcześnie kończąc tę nietypową literacką karierę autorki perfekcyjnych epistolarnych podróbek.


          Istnieje ogólny konsensus, że Can You Ever Forgive Me? zawdzięcza swój artystyczny sukces scenariuszowi i przede wszystkim znakomitej obsadzie Melissy McCarthy oraz Richarda E. Granta w dwóch kluczowych dla filmu rolach. Znana głównie z komediowych ról McCarthy odstawia w filmie Marielle Heller pierwszorzędną dramatyczną kreację, jak najbardziej godną Oscarowej nominacji. Aktorka stapia się całkowicie z postacią Lee Israel, której charakterystyczna zgryźliwość i cięty język współgrają naturalnie z komediową duszą samej McCarthy. Israel była lesbijką, ale niespecjalnie radziła sobie z międzyludzkimi relacjami. W filmie możemy zobaczyć jej niemrawe i skazane na porażkę próby nawiązania jakiejś głębszej więzi z właścicielką księgarni/antykwariatu o imieniu Anna (w tej roli Dolly Wells). Kostyczna, nietowarzyska, nieufna i chłodna emocjonalnie Lee jest całkowicie świadoma tego, że z takim nastawieniem nie ma szans na udany związek z drugą kobietą, jak zresztą potwierdzają to jej przeszłe doświadczenia. Poza tym, że była niepoprawną mizantropką, Lee Israel miała również problem alkoholowy i potrafiła też być wyjątkowo wredną suką, nie szczędzącą zjadliwości swoim znajomym i jedynemu właściwie przyjacielowi w osobie Jacka Hocka, który w interpretacji Richarda E. Granta przywołuje żywo postać Withnaila z kultowego już angielskiego filmu Withnail i ja (Withnail and I, 1987 rok) w reżyserii Bruce’a Robinsona. Była to pierwsza właściwie rola Granta i jego katapulta do aktorskiej kariery. W Can You Ever Forgive Me? Marielle Heller wielokrotnie nawiązuje do tego brytyjskiego komediodramatu za sprawą kreacji Granta, którego Jack Hock staje się niejako starszą, bardziej samoświadomą i seksualnie zdefiniowaną wersją Withnaila. Jack Hock jest charakterologicznym przeciwieństwem Lee Israel. Jest ekstrawagancki, ekspresywny, towarzyski i otwarcie homoseksualny, podczas gdy Lee swoje preferencje seksualne ukrywa pod maską źle ubranej, kąśliwej zołzy, do której bez kija nie podchodź. Tak jak Jack kocha młodych chłopców, tak Lee kocha swojego kota. To, co ich jednak łączy najbardziej, to poczucie humoru i słabość do drinka.


          Ulubionym zajęciem Lee i Jacka jest przesiadywanie w barze i wymienianie zjadliwych docinków, pod powierzchnią jednak jest to najbardziej ludzka i ciepła relacja, jakiej oboje doświadczyli od lat. W pewnym sensie ten bezdomny gej handlujący kokainą i ta autorka biografii fałszująca cudze listy są na siebie skazani w tym dość szarym i ponurym jeszcze Nowym Jorku 1991 roku. Ten obliczony na przetrwanie w niesprzyjającym środowisku nietypowy kryminalny sojusz lesbijki i geja napędza całą fabułę Can You Ever Forgive Me?. Niemożliwym jest właściwie wyobrażenie sobie teraz kogoś innego w rolach Lee Israel i Jacka Hocka, choć oryginalnie odtwórcami głównych ról mieli być Julianne Moore i Sam Rockwell (względnie Chris O’Dowd). Melissa McCarthy oraz Richard E. Grant tworzą perfekcyjny filmowy duet, wyczuwa się ich ekranową chemię, a przyjaźń ich filmowych bohaterów jest tym, co przesądza o sukcesie i zwyczajnym ludzkim wymiarze Can You Ever Forgive Me?. Podsumowując: filmowi naprawdę niczego nie trzeba wybaczać.


22 maja 2019

If Beale Street Could Talk (Gdyby ulica Beale umiała mówić). Miłość przez szkło.

           „Mam nadzieję, że nikt nigdy nie musiał patrzeć na ukochaną osobę poprzez szkło” – te słowa wypowiada Tish Rivers (KiKi Layne), bohaterka Gdyby ulica Beale umiała mówić. Jej ukochany, Alonzo ‘Fonny’ Hunt (Stephan James), siedzi w nowojorskim więzieniu na podstawie fałszywego oskarżenia. Tish spodziewa się ich wspólnego dziecka, odwiedza kochanka w areszcie, ale zamiast go dotknąć i przytulić, może jedynie przyłożyć dłoń do rozdzielającej ich szyby, licząc na choćby symboliczną namiastkę fizycznego kontaktu z ukochanym. If Beale Street Could Talk jest miłosnym dramatem Barry’ego Jenkinsa, twórcy i reżysera słynnego Moonlight, w którym przez pryzmat romansu pary bardzo młodych ludzi krytyce poddana zostaje społeczna niesprawiedliwość i elementarny rasizm, które niewinnego czarnoskórego 22-latka zaprowadziły wprost za kratki. A wystarczył tylko splot niesprzyjających okoliczności oraz jak najbardziej sprzyjający rasowym uprzedzeniom klimat.


          Barry Jenkins zasłynął nakręconym w 2016 roku filmem Moonlight, który na Oscarowej gali w 2017 roku zdobył nagrodę dla najlepszego filmu. Gdyby ulica Beale umiała mówić to kolejne dzieło tego utalentowanego reżysera, do którego scenariusz Jenkins napisał na podstawie powieści pod tym samym tytułem autorstwa Jamesa Baldwina. Obraz pokazany został premierowo na festiwalu w Toronto we wrześniu 2018 roku. Doceniono go przede wszystkim za zdjęcia, scenariusz samego Jenkinsa, muzykę Nicholasa Britella oraz drugoplanową rolę Reginy King, która za swój zjawiskowy performans otrzymała zarówno Złotego Globa, jak i Oscara dla najlepszej aktorki drugiego planu. Poza Oscarem dla Reginy King oraz nominacjami do tejże nagrody za muzykę i najlepszy scenariusz adaptowany, If Beale Street Could Talk zebrał również nominację do Złotego Globu dla najlepszego dramatu. Warto również nadmienić, że obraz triumfował na Film Independent Spirit Awards, zbierając laury dla najlepszego filmu, za najlepszą reżyserię i oczywiście za aktorską kreację dla fenomenalnej Reginy King.


          Akcja Gdyby ulica Beale umiała mówić ma miejsce w Nowym Jorku w latach 70-tych ubiegłego wieku. W dzielnicy Harlem czarne chmury zbierają się nad parą zakochanych w sobie ludzi. Tish (KiKi Layne) i Fonny (Stephan James) mają zaledwie odpowiednio 19 i 22 lata, ale ich rozkwitające uczucie zostaje brutalnie przerwane przez wymiar sprawiedliwości, który wtrąca Fonny’ego do więzienia na podstawie oskarżenia o gwałt na kobiecie. Oczekującą ich wspólnego dziecka Tish wspierają jej rodzice (grani przez Reginę King i Colmana Domingo) oraz starsza siostra (Teyonah Parris), którzy gotowi są zrobić wszystko, co w ich mocy, aby dowieść niewinności Fonny’ego i doprowadzić do ponownego połączenia rozdzielonych kochanków.


          Największą zaletą Gdyby ulica Beale umiała mówić jest jego filmowa poetyckość. Tak samo jak wcześniej w Moonlight Barry Jenkins osnuł swoją opowieść na fundamencie romansu. To miłość i wszelkie towarzyszące jej przeszkody są osią dramatu w If Beale Street Could Talk. Historia uczucia Fonny’ego i Tish opowiedziana zostaje nielinearnie, z licznymi przeskokami w czasie od teraźniejszości i spotkań w więzieniu po dwóch stronach rozdzielającej ich szyby w pokoju widzeń, do przeszłości z jej genezą romansu oraz świetlanymi perspektywami wspólnego życia w wynajmowanym apartamencie. Nominowana do Oscara muzyka Nicholasa Britella oraz zdjęcia Jamesa Laxtona świetnie współgrają z poetycką wizją reżysera filmu, czyniąc z obrazu prawdziwy pean ku czci miłości na przekór wszelkim niepowodzeniom i kaprysom losu.


          Nieprzypadkowo sceny z największym wydźwiękiem w filmie i jednocześnie z najmocniejszym emocjonalnym ładunkiem to te z udziałem Reginy King. Jakkolwiek drugoplanowa jest jej postać, Sharon Rivers, matki granej przez KiKi Layne Tish, Regina King włożyła w tę rolę kwintesencję swojego aktorskiego talentu i całkiem zasłużenie nagrodzona została za nią Oscarem. Większość scen z filmu może nam ulecieć z pamięci, ale te, które ostaną się najdłużej i być może do samego końca, to właśnie te z kreacją Reginy King w centrum. Jak choćby scena spotkania rodzin Tish i Fonny’ego, w trakcie którego podana zostaje do powszechnej wiadomości kontrowersyjna nowina o ciąży Tish. Starcie dwóch matek, granej przez King Sharon Rivers i równie charyzmatycznej Aunjanue Ellis w roli pani Hunt, matki Fonny’ego, jest zderzeniem się dwóch zupełnie różnych wzorów macierzyństwa i jednocześnie szkół życia. Wyrozumiała oraz opiekuńcza pani Rivers (King) jest godną antagonistką pryncypialnej i wynoszącej się pani Hunt (Ellis), która gotowa jest przekląć własnego wnuka tylko dlatego, że poczęty został poza małżeństwem. Grana przez King Sharon Rivers nie tylko nie ma żadnego problemu z akceptacją niespodziewanej ciąży 19-letniej zaledwie córki, ale gotowa jest polecieć samotnie do Puerto Rico, aby tam odnaleźć będącą ofiarą gwałtu kobietę i przekonać ją do zmiany niekorzystnych dla Fonny’ego zeznań. A wszystko to po to, aby uwolnić od fałszywego oskarżenia ojca swojego przyszłego wnuka i zapewnić mu dzieciństwo w towarzystwie obojga rodziców. Scena z peruką przed lustrem w hotelowym pokoju w Puerto Rico jest aktorskim majstersztykiem w wykonaniu Reginy King i niczym w pigułce pokazuje determinację, jaką trzeba umieć w sobie znaleźć, aby przezwyciężyć rasowe oraz klasowe uprzedzenia, jakie nosi w sobie każdy z nas.


5 maja 2019

BlacKkKlansman (Czarne bractwo. BlacKkKlansman). Infiltrując nienawiść.

          W opartym na prawdziwych zdarzeniach Czarnym bractwie (BlacKkKlansman) znany i uznany amerykański czarnoskóry reżyser Spike Lee po raz kolejny mierzy się z największą bolączką swojego kraju. Nienawiść w tym filmie przywdziewa maskę rasizmu i zakłada biały kaptur członka Ku Klux Klanu. Ron Stallworth (John David Washington), pierwszy czarnoskóry detektyw policji w Colorado Springs w latach 70-tych ubiegłego wieku, podejmuje ryzykowną grę mającą na celu przeniknięcie do szeregów Ku Klux Klanu i udaremnienie ich ewentualnej terrorystycznej działalności. Korzystając z pomocy swojego białego partnera, Philipa 'Flipa' Zimmermana (Adam Driver), Ron Stallworth z powodzeniem infiltruje organizację, której nazwa od dziesiątków lat jest synonimem rasizmu, nienawiści i wiary w białą supremację.


          Spike’a Lee chyba nikomu nie trzeba przedstawiać. Jeden z najbardziej oryginalnych afroamerykańskich twórców filmowych ostatnich ponad 30 lat znany jest przede wszystkim ze swojego politycznego zaangażowania, braku lęku przed zapuszczaniem się w kontrowersyjne kwestie i z podejmowania w swoich filmach tematu napięć rasowych w Ameryce. Nie inaczej też mają się sprawy w jego ostatnim dziele – BlacKkKlansman zadebiutował w maju 2018 roku na festiwalu w Cannes, zdobywając tam Grand Prix, czyli drugą najważniejszą nagrodę imprezy. Pomimo kontrowersji i bardzo aktualnego tematu Czarne bractwo zostało powszechnie docenione za swoją filmową maestrię przez krytyków oraz filmowców, zdobywając aż sześć nominacji do Oscara, w tym dla najlepszego filmu, za reżyserię dla Spike’a Lee, za najlepszą drugoplanową rolę dla Adama Drivera, za najlepszy montaż i za najlepszą oryginalną ścieżkę dźwiękową dla Terence’a Blancharda. Obraz ostatecznie wywalczył Oscara za najlepszy scenariusz adaptowany (dla Spike’a Lee, Charliego Wachtela, Davida Rabinowitza oraz Kevina Willmotta). Pierwowzorem opowieści była książka o wydarzeniach autorstwa samego Rona Stallwortha.


          Kiedy Ron Stallworth (nominacja do Złotego Globu dla Johna Davida Washingtona, syna Denzela Washingtona) zostaje przyjęty w szeregi policji w Colorado Springs i staje się tam pierwszym czarnoskórym detektywem, postanawia wybić się nietuzinkowym przedsięwzięciem. W ścisłej współpracy ze swoim białym partnerem w policji, Flipem Zimmermanem (bardzo dobry Adam Driver), Ron postanawia infiltrować oddział Ku Klux Klanu w Colorado Springs. Ron kontaktuje się z organizacją i ustala spotkania telefonicznie, podczas gdy Flip jest jego białym alter ego, odpowiedzialnym za kontakty twarzą w twarz z członkami KKK. W teorii rzecz nie powinna się była udać, w praktyce jednak Ron i Flip stworzyli konspiracyjny duet, który wprowadził w błąd samego Davida Duke’a (w tej roli świetny Topher Grace), Wielkiego Mistrza Ku Klux Klanu.


          Kto zna twórczość Spike’a Lee, wie, że ten reżyser ma skłonność do portretowania międzyrasowych napięć i problemu amerykańskiego rasizmu. Czarne bractwo niesie ze sobą podwójny, a nawet potrójny ładunek polityczny, wymuszając swoją wymową i przesłaniem ogólnonarodową dyskusję w Ameryce. Obok filmu nie sposób przejść obojętnie, tym bardziej że poza walorami dramatyczno-kryminalnymi obraz ten potrafi być też niezwykle zabawny, chociaż niejednokrotnie gromki śmiech w trakcie seansu więźnie w gardle pod wpływem przerażających implikacji, jakie stają się dopustem głównych bohaterów. Warto w tym miejscu zaznaczyć, że BlacKkKlansman nie jest wierną adaptacją wspomnień głównego bohatera opowieści, detektywa Rona Stallwortha. Twórcy filmu przenieśli akcję prawdziwych wydarzeń z 1979 do 1972 roku, przy okazji też dramatyzując wydarzenia i wprowadzając fikcyjne postaci, jak choćby figurę czarnej aktywistki, Patrice Dumas (Laura Harrier), którą Ron Stallworth uwodzi, jednocześnie też infiltrując jej aktywistyczny krąg przyjaciół i znajomych. Spike Lee postanowił też mocno udramatyzować postać granego przez Adama Drivera Flipa Zimmermana, który podawał się za Rona Stallwortha w trakcie spotkań w cztery oczy z członkami Ku Klux Klanu, a którego prawdziwa tożsamość do dnia dzisiejszego pozostaje nieznana. Lee przydał partnerowi Stallwortha żydowskie pochodzenie, a jak wiemy KKK nie należał do szczególnych wielbicieli Żydów… Spike Lee wygrywa w swoim filmie nie tylko więc rasizm tej organizacji, ale także jej jadowity antysemityzm. Najlepiej widać tę maskę zapiekłej nienawiści na twarzy Felixa (Jasper Pääkkönen), który słusznie podejrzewa granego przez Drivera Flipa o semickie korzenie i gotów jest przyłożyć Flipowi broń do skroni, aby dowiedzieć się od niego całej prawdy. Pod wpływem antysemityzmu członków KKK Flip zaczyna zastanawiać się nad swoimi żydowskimi korzeniami, chociaż sam za Żyda się nie uważa i nigdy też nie wychowywano go w zgodzie z żydowską tradycją.


          Na Czarne bractwo spadło też sporo krytyki za podrasowywanie rzeczywistych faktów, wprowadzanie fikcyjnych postaci oraz zdarzeń (wątek zamachu bombowego), a także (i może przede wszystkim) za kreowanie paraleli ze współczesnymi czasami, w których rasizm w Ameryce wciąż ma się bardzo dobrze. Poglądy rodem z Ku Klux Klanu to, zdaje się mówić Spike Lee, bynajmniej nie przeszłość i zamierzchłe lata 70-te XX wieku. W finale swojego filmu reżyser umieścił nagranie z wydarzeń w Charlottesville w Wirginii w sierpniu 2017 roku, kiedy to w tłum protestujących przeciwko rasistowskiemu zgrupowaniu i manifestacji skrajnej prawicy w tym mieście uderzył samochód, taranując pokojowo manifestujących i zabijając jedną z kobiet, Heather Heyer, której zresztą Spike Lee zadedykował cały film. BlacKkKlansman jest dramatem kryminalnym, który od początku do końca trzyma w skrajnym napięciu, konfrontując nas z wykrzywioną rasistowsko-antysemickim grymasem gębą białej Ameryki. Najbardziej zatrważające w tym wszystkim jest to, że ta gęba może przybrać postać uśmiechniętej, ogolonej i pogodnej twarzy Davida Duke’a (w filmie Topher Grace), Wielkiego Mistrza Ku Klux Klanu. Jak na rasowego polityka przystało, David Duke potrafi sprzedać swym wyborcom nienawiść do czarnych i Żydów, zbijając potężny kapitał na idei białej supremacji. Jak słusznie zauważa Spike Lee, tak jak kultowy film Narodziny narodu (The Birth of a Nation) D.W. Griffitha z 1915 roku przyczynił się do odrodzenia w Ameryce Ku Klux Klanu, tak tolerowanie białej supremacji oraz działalności polityków w rodzaju Davida Duke’a będzie prowadzić do aktów wewnętrznego terroru w Stanach, takich właśnie jak ten z Charlottesville.


21 kwietnia 2019

Blindspotting (Zaślepieni). Rasizm, przywileje i gentryfikacja.

          Być czarnym w Ameryce łatwo nie jest. Nie od dziś już to wiemy. Uprzywilejowana pozycja białych w USA wciąż jest faktem niepodważalnym. Trudno z tym polemizować. A gentryfikacja nie zawsze musi być zjawiskiem pozytywnym, choć pokrewny jej termin 'rewitalizacja' brzmi zachęcająco. W wielkim skrócie to z tymi problemami w skali mikro mierzy się znakomity obraz Zaślepieni w reżyserii Carlosa Lópeza Estrady. Owa mikro skala to miasto Oakland w Kalifornii, gdzie mieszkają i pracują dwaj najlepsi przyjaciele: Collin (Daveed Diggs) oraz Miles (Rafael Casal). Collin jest czarny i ma wyrok w zawiasach, do końca okresu sądowego dozoru (probacji) zostały mu już tylko trzy dni. Miles jest biały i niezwykle impulsywny. Jego wybuchowy temperament może wpakować Collina w niezłe tarapaty, a te z kolei mogą zaprowadzić go wprost do więzienia. Zestresowany podbramkową sytuacją Collin przeżywa najgorsze dni w swoim życiu, a w tle wiadomo: amerykański rasizm, przywileje białych i gentryfikacja Oakland.


          Blindspotting powstał jako autorski projekt dwojga starych przyjaciół: Daveeda Diggsa i Rafaela Casala, którzy znając się od dzieciństwa postanowili wspólnie napisać scenariusz o życiu w Oakland w Kalifornii, wplatając w fabułę rozliczne społeczne bolączki trawiące to miasto i okolice. Autorzy scenariusza wcielili się też jednocześnie w napisane przez siebie postaci, które zagrali nie tylko przekonująco, ale wręcz fenomenalnie. Reżyserem Zaślepionych jest Carlos López Estrada, dla którego film jest pełnometrażowym debiutem. Obraz wystartował w głównym konkursie dramatycznym festiwalu Sundance w styczniu 2018 roku, zbierając znakomite recenzje i dostając nominację do Film Independent Spirit Awards w kategorii najlepsza pierwszoplanowa rola męska dla Daveeda Diggsa.


          Collin (fantastyczny Daveed Diggs) po bójce w barze dostał wyrok w zawiasach. Okres sądowego dozoru kończy się za trzy dni, a tutaj z każdej strony na sympatycznego Collina czyhają niebezpieczeństwa. Mężczyzna staje się świadkiem zastrzelenia innego czarnoskórego przez białego policjanta, a jego najlepszy przyjaciel i współpracownik, Miles (Rafael Casal), w ogóle nie przejmuje się delikatną sytuacją kolegi, kupując w jego towarzystwie broń, i to nielegalnie… Miles korzysta z dobrodziejstw uprzywilejowania białych w Ameryce, jemu po prostu wolno więcej. Collin jest świadom słabości swojej pozycji, dlatego nękany przez surrealistyczne koszmary za wszelką cenę stara się nie dać Milesowi wpakować w żadne kłopoty.


           Zaślepieni są wyjątkowo udanym komediodramatem, który w bardzo atrakcyjnej formie porusza poważne społeczne problemy. Pod przykrywką kumpelskiej komedii zilustrowane zostają różnice i napięcia rasowe w Ameryce. Collin i Miles traktują siebie jak równych, Miles jest dodatkowo zafascynowany czarną kulturą i sposobem bycia oraz noszenia się czarnoskórych, dlatego nieświadomi tego Afroamerykanie mogą pomylić jego postawę z kulturowym zawłaszczeniem, co raz mu się nawet w filmie przydarza… Państwo oraz prawo nie traktują jednak Collina i Milesa jak równych. Bójka w barze, w której obaj przyjaciele wzięli udział, zakończyła się wyrokiem tylko dla czarnego Collina, Miles wyszedł z niej bez szwanku. Miles nie widzi też problemu w szpanowaniu nielegalnie zakupioną bronią, narażając kompana na rozliczne reperkusje z tym związane. Wiadomo, broń w rękach białego służy samoobronie, w posiadaniu czarnego natomiast to potencjalne narzędzie zbrodni... Trudno zatem nie przyznać racji Val (Janina Gavankar), dziewczynie Collina, która sugeruje mu zerwanie znajomości z wyjątkowo impulsywnym Milesem, który może mu w przyszłości jeszcze napytać biedy swoim niekontrolowanym zachowaniem. W istocie, bezmyślność i zadziorność Milesa zagraża nie tylko Collinowi, ale także najbliższym samego Milesa, w tym jego dziewczynie, Ashley (Jasmine Cephas Jones), oraz ich kilkuletniemu synowi. Zakupiona przez Milesa w pierwszym akcie broń funkcjonuje jak strzelba u Czechowa, powróci jeszcze w filmie nie raz, siejąc strach i przerażenie.


          Collin i Miles pracują w Oakland w firmie transportowej specjalizującej się w przeprowadzkach. Co ciekawe, w filmie zajmują się tylko wyprowadzkami z centrum Oakland, nikogo tak naprawdę tam nie wprowadzając. Jest to efekt uboczny społecznej oraz ekonomicznej gentryfikacji Oakland, która zmusza biednych mieszkańców centralnych dzielnic do opuszczenia zaniedbanych domostw i kamienic. Na ich miejsce wprowadzą się bogatsi przedstawiciele klasy średniej, może jacyś hipsterzy, a może bankowcy i maklerzy giełdowi. Collin i Miles nie ukrywają swojej niechęci wobec procesu rewitalizacji ich miasta, który de facto wymusza społeczne przetasowanie, wypychając biedniejszych z coraz bardziej atrakcyjnego centrum miasta, a zastępując ich lepiej prosperującą klasą, która odnowi zniszczone budynki, postawi zupełnie nowe oraz upodobni Oakland do innych amerykańskich metropolii z pokazowym centrum i drapaczami chmur. Blindspotting stanowi ciekawą paralelę z filmem Przepraszam, że przeszkadzam (Sorry to Bother You). Oba filmy kręcono w tym samym czasie w Oakland i oba przedstawiają dwie różne wersje tego kalifornijskiego miasta. Boots Riley, reżyser Sorry to Bother You, poszedł w stronę surrealizmu, nadając temu miastu po trosze absurdalno-baśniowy posmak. W Zaślepionych trzymamy się bardziej realistycznej interpretacji panujących tam społecznych stosunków. Główny bohater Blindspotting prześladowany jest jednak przez surrealistyczne koszmary, które manifestują jego strach przed pułapkami rzeczywistości. Społeczny komentarz w tym filmie wybrzmiewa niezwykle mocno oraz dosadnie, a rap, absurd i surrealizm stają się w Zaślepionych odpowiedzią na rasizm, przemoc oraz wykluczenie.


6 kwietnia 2019

Wildlife (Kraina wielkiego nieba). Pożar w rodzinie.

           W Krainie wielkiego nieba Paula Dano przenosimy się do Great Falls w Montanie na samym początku lat 60-tych. Rewolucja obyczajowa jest już tuż za rogiem, a powolny rozpad rodziny oraz tradycyjnie przypisanych kobiecie i mężczyźnie ról społecznych widzimy oczami 14-letniego Joe (Ed Oxenbould), którego młodzi rodzice dryfują w życiu w przeciwnych kierunkach. Jerry Brinson (Jake Gyllenhaal) traci pracę i zamiast szukać nowego zajęcia w mieście, postanawia przyłączyć się do brygady zwalczającej pożary w górskich lasach, de facto porzucając żonę, Jeanette (Carey Mulligan), oraz nastoletniego syna, który poza śledzeniem w telewizji doniesień o niekontrolowanych pożarach w okolicznych lasach, jest świadkiem spustoszeń, jakich w życiu jego rodziny dokonuje niedobranie rodziców. Wildlife, reżyserski debiut aktora Paula Dano, zaskakuje dystansem, stonowaniem i cichą medytacją nad upadkiem tradycyjnej amerykańskiej rodziny.  

     
          Krainę wielkiego nieba Paul Dano zaprezentował światu po raz pierwszy w głównym konkursie dramatycznym festiwalu Sundance na początku 2018 roku. Doceniony przez krytykę film pojawił się jeszcze na wielu innych filmowych imprezach, w tym w Cannes i w Toronto, zbierając też trzy nominacje do Film Independent Spirit Awards (za najlepszy debiut reżyserski, zdjęcia Diego Garcíi i za pierwszoplanową rolę kobiecą dla znakomitej jak zawsze Carey Mulligan). Paul Dano napisał scenariusz do Wildlife we współpracy ze swoją partnerką (i też jednocześnie aktorką) Zoe Kazan. Podstawą fabuły filmu jest powieść Richarda Forda z 1990 roku pod tym samym tytułem.


          Jerry i Jeanette Brinson nie są dobraną parą. Pobrali się w bardzo młodym wieku jeszcze w latach 40-tych i teraz mają już 14-letniego syna, Joe (świetny Ed Oxenbould), który potrafi dostrzec pogłębiające się pęknięcia w relacji swoich rodzicieli. Jerry traci pracę w golfowym klubie i unosząc się męską dumą nie przyjmuje jej z powrotem. Zamiast tego wyjeżdża z miasta, żeby walczyć z dzikimi pożarami w okolicznych górskich lasach stanu Montana. Pozostawiona sama sobie Jeanette (w punkt zagrana przez Carey Mulligan) nie załamuje jednak rąk. Jest 1960 rok i czuć już pierwszy powiew nadchodzących zmian. Opuszczona przez męża żona szybko znajduje sobie pracę oraz nowego kochanka. Zszokowany obrotem spraw nastoletni Joe staje się biernym świadkiem końca rodziny, jaką dotąd znał.


          Wildlife jest klasycznie sfilmowanym rodzinnym dramatem, w którym największy ciężar spada na barki utalentowanych aktorów, Carey Mulligan i Jake’a Gyllenhaala. Paul Dano wykazał się aktorskim węchem w doborze obsady do swojego reżyserskiego debiutu i w istocie strzelił w dziesiątkę, obsadzając w głównych rolach tę wyjątkową aktorską parę, od których poziomem nie odstaje wcale młody Ed Oxenbould, którego oczami obserwujemy właściwie degrengoladę związku jego rodziców. Bez zniuansowanych performansów Mulligan i Gyllenhaala Kraina wielkiego nieba popadłaby zapewne w sztampę amerykańskiego dramatu o dysfunkcyjnej rodzinie. Sztampy ani kliszy nie ma, jest za to niezależna klasyka z pięknymi zdjęciami krajobrazów Montany autorstwa Diego Garcíi i zapadającymi w pamięć aktorskimi kreacjami. Szczególnie Carey Mulligan daje w filmie popis swoich umiejętności, wcielając się w postać kobiety, która opuszczona przez chwiejnego męża musi na nowo zorganizować sobie własne życie. I robi to z myślą o sobie i swoich potrzebach przede wszystkim, z trudem oraz oporami szukając dróg wybicia się na niezależność. Jeanette Brinson nie do końca jeszcze świadomie, ale jednak konsekwentnie podejmuje się redefinicji tradycyjnej roli kobiety w rodzinie. Zamiast budować gmach szczęścia i spełnienia wokół mężczyzny, Jeanette zaczyna traktować drugą płeć instrumentalnie, szukając w kochanku (Bill Camp) chwilowego zapomnienia oraz rozrywki, ale także okazji do wyrwania się z nieciekawej finansowo sytuacji.


          W filmie Paula Dano na śmiałe poczynania ambitnej Jeanette patrzymy oczami zgorszonego i przerażonego rozwojem spraw Joe, jej ledwie 14-letniego syna. Nastolatek zdumiony obserwuje romans rodzicielki i to, jak kobieta z matki przeistacza się w kogoś, kogo nigdy nie znał, a kim matka musiała być jako dwudziestoletnia dziewczyna, zanim wyszła za jego ojca i go urodziła. W pewnym momencie Jeanette zwierza się synowi, że „to prawdopodobnie miłe wiedzieć, że twoi rodzice kiedyś nimi nie byli”. Być może jest to w istocie miłe, ale po uprzednim wyjściu z szoku, w jakim znajduje się dojrzewający Joe, który nie ponosi najmniejszej winy i nie ma też żadnego udziału w rozpadzie związku własnych rodziców. Jeanette Brinson w zniuansowanej kreacji Carey Mulligan budzi się powoli do własnego życia, nie dyktowanego już z góry przez męża oraz potrzeby dziecka. Paul Dano nie demonizuje w swoim filmie ani postaci ciągle szukającego siebie i swojego prawdziwego powołania ojca, ani figury emancypującej się powoli matki. Punkt widzenia dziecka oddaje sprawiedliwość obojgu rodzicom. Są takie pożary, których gasić się nie powinno, a które przynoszą zupełnie nowy początek.


23 marca 2019

We the Animals (My, zwierzęta). Dzikość dziecka.

          Niełatwo jest trafić na film, który w poetycki i innowacyjny sposób potrafiłby opowiedzieć historię przyspieszonego dorastania w dysfunkcyjnej rodzinie. To właśnie robi obraz My, zwierzęta, fabularny debiut Jeremiah Zagar’y. W centrum uwagi reżysera jest trójka dorastających braci, którzy mając wybuchowych i całkowicie do rodzicielstwa nieprzygotowanych rodziców muszą liczyć przede wszystkim na siebie. W We the Animals podążamy za chybotliwym okiem kamery, która wciąga nas w wiry i zakola dzieciństwa chaotycznej braterskiej trójki, nad którą nikt tak naprawdę nie potrafi do końca zapanować. Dzikość i nieokiełznanie trzech braci jest w My, zwierzęta pierwotnym stanem dorastania.


          Jeremiah Zagar zanim zrobił swój fabularny debiut kręcił filmy dokumentalne, co pozostawiło też swój odcisk na obrazie We the Animals, nakręconym po trosze w konwencji onirycznego dokumentu. Dramat jest adaptacją debiutanckiej powieści na motywach autobiograficznych autorstwa Justina Torresa, który też aktywnie uczestniczył w procesie powstawania filmu. Scenariusz My, zwierzęta jest wspólnym dziełem Zagar’y i Daniela Kitrossera. Obraz miał premierę na Sundance Film Festival w styczniu 2018 roku, zdobywając na nim wyróżnienie NEXT Innovator Award. Obraz dostał również w sumie aż pięć nominacji do Film Independent Spirit Awards, w tym za najlepszy debiut, zdjęcia, montaż oraz za najlepszą drugoplanową rolę męską dla Raúla Castillo.


          My, zwierzęta opowiada rwaną oraz mocno skondensowaną w czasie historię dorastania trzech braci: Jonah (Evan Rosado), Joela (Josiah Gabriel) i Manny’ego (Isaiah Kristian). Głównym bohaterem filmu jest najmłodszy z tej trójki, 10-letni Jonah. Chłopcy mieszkają w wiejskim regionie stanu Nowy Jork z dwójką nieprzewidywalnych rodziców: porywczym i namiętnym zarazem ojcem, granym przez Raúla Castillo (znanym choćby z serialu HBO Spojrzenia) oraz równie zmienną nastrojowo matką, w którą wciela się Sheila Vand (aktorka zasłynęła z głównej roli w horrorze o wampirach O dziewczynie, która wraca nocą sama do domu w reżyserii Any Lily Amirpour). Rodzice trójki braci mają wyjątkowo wybuchowe charaktery, oscylujące od przemocy do intensywnej namiętności względem siebie, co dla ich potomstwa skutkuje dzieciństwem pełnym chaosu, nieprzewidywalności oraz skrajnych emocji.


           To, co wyróżnia We the Animals na tle innych niezależnych produkcji ostatnich lat to impresjonistyczny sposób opowiedzenia historii o dorastaniu, który to motyw był już wielokrotnie przerabiany w kinie offowym. Film nie jest spójną całością, ale raczej ciągiem na pół onirycznych sekwencji, z których wysnuwamy powoli zrozumienie rodzinnej dynamiki i sytuacji, w jakiej znajdują się dorastający chłopcy. Dom oraz najbliższe otoczenie, na które składają się głównie pola, lasy oraz rzeka, widzimy oczami i z poziomu tej trójki niepilnowanych przez nikogo braci. Centralne miejsce zajmuje tutaj najmłodszy z tej czeredy, 10-letni Jonah (znakomity Evan Rosado), który wzbierające w nim emocje i dziecięce frustracje przelewa kredkami o wściekłych kolorach do swojego notatnika. Rysunki Jonah stają się podstawą do kilku animowanych sekwencji w filmie, potraktowanych w konwencji realizmu magicznego. Rysunki chłopca i będące ich pochodną animacje są wyrazem transcendencji w My, zwierzęta, stanowią próbę przekroczenia i wyrwania się z często niewesołej sytuacji w rodzinnym domu. Gdy między rodzicami chłopców nastaje czas wściekłości i wrzasku, bracia grasują po okolicy, kradnąc jedzenie ze sklepu lub pola, szalejąc dziko po lesie bądź rzucając kamieniami w przejeżdżające samochody…


          My, zwierzęta jest adaptacją debiutanckiej powieści pod tym samym tytułem Justina Torresa, młodego amerykańskiego pisarza o portorykańskich korzeniach. Torres (urodzony w 1980 roku) wychował się w latach 80-tych na prowincji w stanie Nowy Jork i tam też umieścił akcję swojego literackiego debiutu. Chociaż We the Animals nie jest sensu stricto autobiografią, to główne fakty z powieści oraz filmu zgadzają się z tymi z życia samego Torresa. Jako najmłodszy spośród trzech braci swoich impulsywnych rodziców, Torres zawarł w swojej książce kronikę dorastania widzianą oczami małego dziecka, dla którego świat i ludzkie sprawy mają jeszcze bardzo wiele z tajemnicy. Ducha literackiego pierwowzoru udało się reżyserowi Jeremiah Zagarze przełożyć na filmowe medium i to w imponujący sposób. My, zwierzęta hipnotyzuje swoją impresją o dorastaniu w taki sam sposób, jak robią to filmy Terrence’a Malicka (w szczególności The Tree of Life) oraz niedawny Moonlight Barry’ego Jenkinsa. We the Animals to spełnione filmowe dzieło, w twórczy i innowacyjny sposób przekładające nieprzekładalne właściwie doświadczenie dorastającego dziecka.