22 kwietnia 2018

The Meyerowitz Stories (New and Selected). Jesień patriarchy.

          Kino niezależne patologią się żywi i z patologii żyje. Opowieści o rodzinie Meyerowitz (utwory wybrane) Noah Baumbacha to kolejny wybitny niezależny amerykański obraz z dysfunkcyjną rodzinką w centrum zainteresowania. Tytułowa familia Meyerowitz to Żydzi z nowojorskiego Manhattanu z iście Woody Allen’owską skłonnością do nadmiernej konwersacji. Klanowi przewodzi szacowny patriarcha w osobie Harolda Meyerowitza (znakomity Dustin Hoffman), nie do końca spełniony rzeźbiarz i wykładowca na emeryturze, który z czterech nieudanych małżeństw ma w sumie trójkę dzieci, każde na swój sposób skrzywione przez ojca i jego ewidentny brak zainteresowania spłodzonym już potomstwem. Gdy patriarcha niedomaga, do Nowego Jorku ściąga w komplecie trójka jego pociech, a że są to Żydzi, na dodatek pyskaci i z artystycznymi inklinacjami, to na brak humoru oraz osobliwego ekscentryzmu narzekać nie możemy.


          The Meyerowitz Stories (New and Selected) powstał w całości jako oryginalna produkcja dla Netflixa, internetowej platformy streamingowej, która ze zwykłej wypożyczalni płyt DVD w sieci wyewoluowała w ostatnich latach w telewizyjnego giganta, producenta wielu oryginalnych i wybitnych seriali, ale także i filmów. Opowieści o rodzinie Meyerowitz (utwory wybrane) to właśnie przykład takiej niezależnej filmowej produkcji Netflixa, która poziomem i jakością nie ustępuje światowej czołówce. Nie powinno zatem dziwić, że ten komediodramat, napisany i wyreżyserowany przez Noah Baumbacha, walczył w maju 2017 roku o Złotą Palmę na festiwalu w Cannes, gdzie też odbyła się jego światowa premiera. Jako produkcja Netflixa The Meyerowitz Stories (New and Selected) nie był w ogóle wyświetlany w kinach po premierze, trafił natomiast do międzynarodowej dystrybucji w formie streamingu w połowie października 2017 roku, co oznacza, że tego samego dnia można go było obejrzeć w każdym kraju świata, w którym Netflix ma swoją internetową platformę. W polskim Netflixie film można znaleźć pod tytułem Opowieści o rodzinie Meyerowitz (utwory wybrane).


          Harold Meyerowitz (świetnie obsadzony Dustin Hoffman) jest emerytowanym artystą-rzeźbiarzem, mieszkającym na nowojorskim Manhattanie wraz ze swoją czwartą już żoną, Maureen (znakomita jak zawsze Emma Thompson). W filmie poznajemy trójkę jego dzieci z poprzednich małżeństw: Danny’ego (Adam Sandler), Matthew (Ben Stiller) oraz Jean (Elizabeth Marvel). Każde z nich ma do ojca pretensje i czuje się przez niego w jakiś sposób skrzywdzone. Danny i Jean byli przez rodziciela zaniedbywani po jego rozwodzie z ich matką, cała uwaga i nadzieje Harolda skupiły się natomiast na osobie Matthew, owocu jego kolejnego nieudanego związku. Nadmiar uwagi może być jednak równie niszczący co jej niedobór. Trójka rodzeństwa zbliża się do siebie po latach w chwili rodzinnego kryzysu, w momencie gdy senior rodu trafia do szpitala. Choroba patriarchy pozwala wypłynąć wszystkim traumom i zatargom z przeszłości, czyniąc z filmu Baumbacha słodko-gorzki portret dysfunkcyjnej rodziny.


          Jednym z największych pozytywnych zaskoczeń tego filmu jest rewelacyjna kreacja Adama Sandlera jako Danny’ego, starszego syna Harolda Meyerowitza. Adam Sandler znany jest przede wszystkich z przygłupich wysokobudżetowych komedii, w których wciela się zazwyczaj w faceta wyposażonego w mózg niedojrzałego dzieciaka. Postać Danny’ego jest dla Adama Sandlera nie byle odskocznią od ról zidiociałych delikwentów i stanowi koronny dowód na jego pierwszorzędny aktorski kunszt. Jego Danny jest utalentowanym muzykiem, który dawno temu porzucił grę na fortepianie ze względu na silny stres towarzyszący mu podczas publicznych wystąpień. Brak kariery Danny rekompensuje sobie bardzo dobrymi relacjami z córką, Elizą (Grace Van Patten), która również posiada artystyczne skłonności, w tym wypadku w kierunku sztuki filmowej. Danny nie ma jednak dobrych kontaktów z ojcem, który zawsze ignorował i deprecjonował go oraz jego rodzoną siostrę Jean na korzyść ich młodszego przyrodniego brata, Matthew (Ben Stiller). Matthew jako jedyny w rodzinie nie ma żadnych artystycznych zadatków, zrobił natomiast imponującą karierę w finansach. On jednak również ma niemało pretensji do ojca, co prawda z zupełnie innych niż rodzeństwo pobudek. Obraz patologicznej rodzinki dopełnia z silnym komicznym wydźwiękiem Emma Thompson w roli Maureen, nieustannie się alkoholizującej czwartej i bezdzietnej żony Harolda. Noah Baumbach po raz kolejny stworzył kipiący od inteligentnych dialogów scenariusz w stylu Woody’ego Allena, a umieszczenie akcji filmu wśród żydowskiej rodziny na Manhattanie jeszcze bardziej upodabnia obraz Baumbacha (w końcu też Żyda z Nowego Jorku) do najlepszych Allenowskich produkcji.


          Oglądając Opowieści o rodzinie Meyerowitz poza Woody’m Allenem do głowy przychodzi też Wes Anderson, w szczególności jego Genialny klan (The Royal Tenenbaums) z 2001 roku, gdzie również w centrum zdarzeń mamy ekscentryczną i mocno dysfunkcyjną familię. Podczas gdy Wes Anderson sprzedaje patologię z kamienną twarzą oraz wzmocnioną dawką komicznego ekscentryzmu i zdziwaczenia, Noah Baumbach robi to całkiem na serio, a humor w jego filmach wynika ze skomplikowanych międzyludzkich relacji jego bohaterów, miotających się najczęściej między niespełnieniem w prywatnym i zawodowym życiu a poczuciem zasługiwania na coś o wiele lepszego. Ten dysonans pomiędzy wybrakowaną rzeczywistością a przekonaniem o byciu wartym czegoś więcej pojawia się i w Walce żywiołów (The Squid and the Whale), i w Greenbergu, a nawet we Frances Ha, Mistress America i Tej naszej młodości (While We’re Young). Harold Meyerowitz jako patriarcha rodu cierpi właśnie na tę chorobę wiecznego niespełnienia i niedowartościowania (a może po prostu bycia niedocenionym), która jest praźródłem wszystkich pozostałych patologii w rodzinie. Niczym zakompleksiony dyktator swoje państwo tak Harold terroryzuje swoje potomstwo brakiem miłości i ignorancją (casus Danny’ego i Jean) lub wygórowanymi oczekiwaniami wobec przyszłości oraz kariery (przypadek Matthew). Wszystko to bierze się z jego własnych rozczarowań jako mało znanego artysty-rzeźbiarza, który na końcu życiowej drogi nie jest pewien wartości swojej sztuki.


8 kwietnia 2018

The Family Fang (Rodzina Fangów). Sztuka to czy żart?

           Annie i Baxter Fang (grani przez Nicole Kidman i Jasona Batemana) to artystycznie uzdolnione rodzeństwo. Ona jest wypaloną aktorką, on wypalonym pisarzem. Oboje zaczynają robić dość nieodpowiedzialne rzeczy w swoim życiu, które krok po kroku zaczyna zamieniać się w chaos. Jakby tego było mało, pewnego dnia bez śladu znikają ich rodzice, Caleb i Camille Fang (w których wcielają się Christopher Walken i Maryann Plunkett). Już od pierwszej w filmie sceny wiemy, że to właśnie rodzice są praprzyczyną wszelkiego chaosu i dysfunkcji w życiu dwojga swoich dzieci. Camille i Caleb Fang to para performersów, specjalizujących się w sztuce konceptualnej. W swoich kontrowersyjnych performansach i happeningach wykorzystywali w przeszłości dwójkę swoich małych dzieci, które teraz jako dorośli nie mogą im tego wybaczyć i obarczają ich winą za wszelkie swoje życiowe problemy. Tajemnicze zniknięcie rodzicieli jest szansą dla Annie i Baxtera na uwolnienie się spod ich destrukcyjnego wpływu. Ale może to tylko kolejny żart w ich wydaniu?


          Rodzina Fangów wyreżyserowana została przez aktora Jasona Batemana, który jednocześnie zagrał jedną z dwóch głównych ról w filmie. Komediodramat jest adaptacją powieści pod tym samym tytułem autorstwa Kevina Wilsona (scenariusz napisał David Lindsay-Abaire). The Family Fang miał swoją światową premierę na TIFF (Toronto International Film Festival) we wrześniu 2015 roku. Obraz doceniono przede wszystkim za frapujący portret dysfunkcyjnej rodziny i znakomite aktorstwo, w szczególności w wykonaniu Nicole Kidman i Christophera Walkena.


          Camille i Caleb Fang byli znani i szeroko dyskutowani w latach 60-tych i 70-tych XX wieku, kiedy to powstała większość ich performerskich happeningów. W swojej sztuce, obliczonej na wywołanie zaskoczenia, a nawet zgorszenia wśród niespodziewającej się niczego przypadkowej publiczności, para wykorzystywała dwójkę swoich małych dzieci, nazywanych dla potrzeb spektaklu Dzieckiem A (Annie) i Dzieckiem B (Baxter). Kathryn Hahn i Jason Butler Harner wcielają się w młodsze wersje kontrowersyjnych rodziców. Christopher Walken i Maryann Plunkett natomiast odtwarzają ich współczesne wcielenia. Pomimo zaawansowanego wieku para nie porzuciła jednak swojej sztuki, teraz działają już bez pomocy dzieci, które chcą mieć z nimi jak najmniej wspólnego. Gdy pewnego dnia seniorzy znikają, Annie i Baxter nie wierzą w policyjne teorie o ich uprowadzeniu bądź śmierci. Są przekonani, że to kolejny rodzicielski żart pod pozorem sztuki i rozpoczynają swoje własne prywatne śledztwo z zamiarem ich odnalezienia.


          Nie bój się. Zapanuj nad sytuacją. Jeśli utrzymasz kontrolę, chaos przydarzy się wokół ciebie, a nie tobie – te słowa niczym mantrę powtarzają sobie w kryzysowych chwilach Annie i Baxter. Kiedyś tę technikę autokontroli sprzedał im ich ojciec, teraz to jedna z niewielu związanych z nim bezpośrednio rzeczy, o których rodzeństwo chce pamiętać. W dzieciństwie Annie i Baxter nie mieli wyboru, uczestniczyli więc aktywnie jako aktorzy w dość kontrowersyjnych, przekraczających granice normalności performansach rodziców. Większość z tych zaaranżowanych spektakli wykraczała poza ogólnie przyjęte normy społeczne, polemizowała z tabu, prowokowała i szokowała niczego nieświadomych przechodniów. Kilka takich performansów widzimy w filmie w formie retrospekcji i doskonale rozumiemy, dlaczego niektóre z nich mogły pozostawić traumy w psychice naszych małych bohaterów (wystarczy zobaczyć choćby scenę kazirodczego pocałunku Annie i Baxtera w szkolnej inscenizacji Romeo i Julii czy happening w banku…). Współcześnie dorosła Annie (znakomita jak zawsze Nicole Kidman, jednocześnie producentka filmu) chętnie sięga po alkohol, sypia z facetami, z którymi sypiać nie powinna (choćby dlatego, że przed chwilą udzielała im wywiadu), wreszcie jej aktorska kariera zmierza donikąd, a ona sama dla podbicia popularności decyduje się na upokarzającą scenę topless. Jej brat natomiast utknął w miejscu ze swoją trzecią książką, po tym jak druga okazała się całkowitym niewypałem. Grany przez Jasona Batemana (jednocześnie reżysera i producenta obrazu) Baxter robi jeszcze głupsze rzeczy, w końcu na początku filmu trafia do szpitala ciężko raniony wystrzelonym z bliskiej odległości ziemniakiem…


          Po zniknięciu rodziców, które policja bierze całkiem na serio i podejrzewa morderstwo, Annie i Baxter łączą siły, aby udowodnić, że niesforni rodziciele znowu sobie z wszystkich zakpili. W ramach prywatnego śledztwa oglądają stare zapisy video różnych performansów z własnym udziałem, szukając w nich wskazówek co do miejsca przebywania Fangów. Zamiast tego uzmysławiają sobie skalę eksploatacji, jakiej byli poddawani przez rodziców w dzieciństwie. The Family Fang jest komediodramatem, który w lekki i nostalgiczny wręcz sposób traktuje tak poważne tematy jak rodzinna dysfunkcja czy psychologiczna przemoc. Caleb i Camille Fang nie powinni byli mieć dzieci. Skoro jednak już je spłodzili, to nie mieli prawa inkorporować ich jako aktorów do swoich happeningów. Christopher Walken jako Caleb Fang jest bardzo przekonujący i też trochę przerażający w roli ojca, który bardziej ceni swoją ‘artystyczną spuściznę’ niż dobrostan i zdrowie psychiczne własnych dzieci. Caleb od początku traktował potomstwo tylko jako środek do celu, którym dla niego od zawsze była konceptualna sztuka. Poza tym jest zdania, że wszyscy rodzice w jakimś sensie niszczą własne dzieci, ale co z tego? W końcu ten proceder trwa z pokolenia na pokolenie od zarania ludzkości właściwie… Nie mogąc zmienić rodziców, Baxter i Annie mogą jedynie spróbować naprawić samych siebie. Ale czy jest to w ogóle możliwe? Baxter uważa, że tak i w scenie wykładu, w którym opowiada o byciu pisarzem, podaje swoją receptę na chaos w sobie i na zewnątrz. Otóż to właśnie pisanie jest dla Baxtera formą zapanowania nad wszechogarniającym chaosem: w swojej sztuce ma on całkowitą kontrolę nad tym, co dzieje się w jej obrębie. To kontrola twórcy nad własną kreacją daje mu nadzieję na triumf wobec postępującego chaosu tego świata.


25 marca 2018

I, Tonya (Jestem najlepsza. Ja, Tonya). Zostawiona na lodzie.

          Nie brakuje ostatnio w USA wybitnych niezależnych filmów, w których w centrum zainteresowania twórców pozostają trudne relacje między matką i córką. Myślę tutaj przede wszystkim o obrazach takich jak Patti Cake$ czy Lady Bird. I, Tonya w reżyserii Craiga Gillespie’go jest najbardziej mrocznym dziełem spośród tych trzech niezależnych pereł. Na początku 1994 roku historią łyżwiarki figurowej Tonyi Harding żyła cała Ameryka, zanim jeszcze zaczęła żyć historią O.J. Simpsona. W biograficznym komediodramacie o karierze i upadku słynnej amerykańskiej łyżwiarki czarnym charakterem nie jest jednak sama Tonya Harding (grana przez Margot Robbie), ale jej matka z piekła rodem, LaVona Golden (Oscarowa rola Allison Janney). Margot Robbie i Allison Janney stworzyły wspólnie wybuchowy aktorski duet, który czyni z I, Tonya agresywną czarną komedię, nieustannie prowokującą do śmiechu przez łzy.


          Jestem najlepsza. Ja, Tonya jest ciekawym gatunkowym mariażem. To jednocześnie film biograficzny i czarna komedia w konwencji mockumentary, czyli fałszywego dokumentu. Rzadko kiedy w kinematografii opowiada się tragiczne życiowe historie w kostiumie czarnej komedii i z przymrużeniem oka. W I, Tonya ten zabieg zdaje jednak egzamin, i to na najwyższą ocenę. Film w reżyserii Craiga Gillespie’go do scenariusza Stevena Rogersa pokazano po raz pierwszy na Toronto International Film Festival we wrześniu 2017 roku. Doceniono w nim w szczególności aktorskie kreacje Allison Janney i Margot Robbie. Obie aktorki otrzymały nominację do Oscara, przy czym Allison Janney zdobyła statuetkę Akademii w swojej kategorii jako najlepsza aktorka drugoplanowa (zdobywając wcześniej również Złotego Globa i nagrodę BAFTA). I, Tonya zdobył również trzecią Oscarową nominację w kategorii najlepszy montaż (dla Tatiany S. Riegel). Warto również przypomnieć, że reżyser filmu, Craig Gillespie, zrobił całą dekadę wcześniej znakomitą Miłość Larsa (Lars and the Real Girl) z Ryanem Gosling'iem w głównej roli.


          Tonya Harding (godna wszelkich pochwał kreacja Margot Robbie) nie miała łatwo. Bycie zawodową łyżwiarką figurową to ciężki kawałek chleba, szczególnie jeśli nie posiada się urody księżniczki z bajki. Niskie pochodzenie społeczne i brak ogłady nie były jednak największym problemem bohaterki I, Tonya. Jej przekleństwem stali się jej najbliżsi: w pierwszej kolejności jej demoniczna wręcz matka, LaVona Golden (Oscarowa rola Allison Janney), a następnie pierwszy mąż, Jeff Gillooly (świetny Sebastian Stan). To z ich rąk nasza bohaterka doświadczyła niemało fizycznej i psychicznej przemocy. Jeff Gillooly był też tym, który bezpośrednio przyczynił się do zrujnowania jej łyżwiarskiej kariery. I, Tonya w dość niekonwencjonalnej formie prezentuje biografię jednej z najbardziej znienawidzonych w swoim czasie kobiet w Ameryce.


          Nie jest żadną tajemnicą, że I, Tonya rehabilituje w pewnym sensie swoją bohaterkę. Atak na jej największą rywalkę, Nancy Kerrigan, i jej uwikłanie w tę sprawę uczyniło z Tonyi Harding przedmiot powszechnej medialnej nagonki w 1994 roku. Incydent doprowadził do pozbawienia Harding wszystkich jej łyżwiarskich tytułów i sądowego wyrzucenia z zawodu. Jeden skandal skutkował całkowitą ruiną i końcem jej kariery. Tonya Harding była przez moment kochana, po czym została znienawidzona i wreszcie zapomniana. Jej filmowa biografia w konwencji fałszywego dokumentu, z zainscenizowanymi wywiadami z jej odgrywanymi przez aktorów bliskimi, ukazuje kobietę skazaną na porażkę, i to właściwie od samego początku. Niekochająca jej, bijąca ją i znęcająca się nad nią psychicznie matka to już wystarczający powód, aby usprawiedliwić niejeden grzech na sumieniu Tonyi Harding. Równie toksyczna i nacechowana domową przemocą relacja z pierwszym mężem popycha nas jeszcze mocniej w stronę współczucia dla heroiny filmu. Tonya nie miała wykształcenia ani dobrych manier. Była prostą i biedną amerykańską dziewczyną z Portland w Oregonie, redneck’iem po amerykańsku, wieśniarą po polsku. Jej niskie klasowe pochodzenie odejmowało jej automatycznie punkty na konkursach łyżwiarskich, daleka od klasycznej urody twarz również nie przysparzała popularności. Czy w świetle takiej biografii można mieć jeszcze pretensje, że Tonya Harding staje się w filmie ofiarą?


          Czarny humor przebija w I, Tonya w kreacjach drugoplanowych, w szczególności w odniesieniu do postaci LaVony Golden, matki słynnej łyżwiarki. Allison Janney stworzyła tu postać kobiety-potwora, tak strasznej i wyzutej z wszelkiej empatii, że aż śmiesznej w swoim spotwornieniu. Jeśli przemoc i poniżanie były sposobem matki na uczynienie z córki najlepszej w swoim fachu, to już lepsza jest całkowita obojętność niż tak pojęta ‘troska’ o karierę dziecka. I, Tonya ogląda się chwilami jak Precious (Hej, skarbie) w wersji mocno wybielonej: ‘białe śmieci’ zastąpiły tutaj czarną biedotę. Główną bohaterkę otacza stado idiotów, typowych amerykańskich redneck’ów, którzy ściągają ją ze sobą na dno. Szybki wzlot i bolesny upadek Tonyi Harding uwiarygodniają jej tezy, że Ameryka chce kogoś kochać i chce kogoś nienawidzić, nie ma też czegoś takiego jak obiektywna prawda, a każdy ma swoją własną wersję wydarzeń.  Taki jest też sam film Gillespie’go: nie sili się na przedstawienie najbliższej prawdy wersji wydarzeń, miesza dramat i biografię z czarną komedią i fałszywym dokumentem, z przymrużeniem oka i humorem opowiadając tragiczną historię dziewczyny zostawionej na lodzie. Wreszcie grająca wsiową Harding Margot Robbie to piękna Australijka o klasycznej urodzie, skutecznie pobrzydzona trwałą, makijażem i pstrokatą modą z początku lat 90-tych XX wieku. Nie szukajmy zatem w I, Tonya obiektywnej prawdy, która w odniesieniu do natury ludzkiej być może w ogóle nie istnieje, znajdźmy natomiast w tym filmie tragikomiczną twarz współczesnej Ameryki.


11 marca 2018

Lady Bird. Miłość jest troską.

           Lady Bird jest jednym z najlepszych filmów o wchodzeniu w dorosłość nie tylko ostatnich lat, ale nawet wszechczasów. W swoim reżyserskim debiucie Greta Gerwig w podziwu godny sposób połączyła tragizm z komizmem dojrzewania, tworząc małe arcydzieło o wyjątkowej sile rażenia. Lady Bird to nie tylko film o przekleństwach bycia nastolatką, ale nade wszystko jest to obraz poświęcony trudnym relacjom na linii matka-córka, które w dziele Gerwig przybierają fascynującą postać zderzenia dwóch silnych osobowości. Lady Bird to także film o tym, że miłość może być też najzwyczajniejszą na świecie codzienną troską o kochaną osobę. Tylko tyle i aż tyle.


          Dla Grety Gerwig Lady Bird jest solowym reżyserskim debiutem. Znana z wielu niezależnych obrazów aktorka była już w przeszłości współautorką scenariusza (do dwóch filmów Noah Baumbacha, Frances Ha i Mistress America, w których jednocześnie zagrała główne role). Do Lady Bird Gerwig scenariusz napisała samodzielnie, inspirując się swoimi własnymi doświadczeniami z czasów dorastania w rodzinnym Sacramento w Kalifornii na początku XXI wieku. Po raz pierwszy gotowy film pokazany został na festiwalu filmowym w Telluride w Kolorado na początku września 2017 roku, a zaraz potem na Toronto International Film Festival, gdzie też otrzymał spontaniczną owację na stojąco od zachwyconej widowni. Od swojej premiery Lady Bird wszędzie wywołuje skrajnie pozytywne reakcje, które znalazły również pełne przełożenie na najważniejsze filmowe nagrody: obraz otrzymał w sumie pięć nominacji do Oscara, i to w najważniejszych kategoriach: najlepszy film, najlepsza reżyseria i najlepszy oryginalny scenariusz dla Gerwig, oraz dla dwóch głównych aktorskich gwiazd – Saoirse Ronan w kategorii najlepsza aktorka pierwszego planu i Laurie Metcalf jako najlepszej aktorki drugoplanowej. Greta Gerwig stała się dopiero piątą w historii Oscarów kobietą nominowaną przez Akademię w kategorii najlepsza reżyseria. Lady Bird dostał również dwa Złote Globy (dla Saoirse Ronan i dla najlepszej komedii/musicalu), przy czterech w sumie nominacjach do tej nagrody (także dla najlepszego scenariusza i dla Laurie Metcalf).


          Heroiną Lady Bird  jest tytułowa Lady Bird (perfekcyjnie obsadzona Irlandka Saoirse  Ronan), a właściwie Christine McPherson, która imię Lady Bird sama sobie nadała, niezadowolona z oryginalnego wyboru matki, Marion (wybitna drugoplanowa kreacja Laurie Metcalf). Lady Bird mieszka z niezamożnymi rodzicami w Sacramento w północnej Kalifornii. Jest rok 2002 i nasza 17-letnia bohaterka kończy właśnie katolickie liceum w rodzinnym mieście, marząc o jak najszybszym jego opuszczeniu i przenosinach do college’u gdzieś na Wschodnim Wybrzeżu Stanów, „tam, gdzie jest kultura” – jak sama oświadcza matce. Zanim jednak Lady Bird wyfrunie z gniazda, zobaczymy słodko-gorzką opowieść o buntowniczej nastolatce, która doceni jeszcze ludzi i miejsca, od których chciałaby uciec.


          Greta Gerwig w swoim reżyserskim debiucie przenosi nas do nie tak bardzo odległej przeszłości, mianowicie do przełomu 2002 i 2003 roku, kiedy to sama kończyła katolickie liceum w Sacramento i wyjeżdżała na studia do Nowego Jorku. Aktorka i reżyserka podkreśla jednak w wywiadach, że Lady Bird nie jest wcale jej autobiografią, wbrew potocznym mniemaniom. Gerwig przyznała nawet raz, że jako nastolatka nie miała w sobie ani krzty tej buntowniczej natury, jaką obserwujemy u protagonistki filmowej historii. Faktem jednak jest to, że Gerwig wykorzystała swoje rodzinne miasto i wspomnienia z okresu dojrzewania do utkania oryginalnej opowieści, która dzięki temu wybrzmiewa w Lady Bird niezwykle wiarygodnie. Scenariusz tego komediodramatu przedstawia popularny w kinie motyw wchodzenia w dorosłość w bardzo inteligentny i niekonwencjonalny sposób: film aż promieniuje lekkością, bezpretensjonalnością, humorem i rzadko spotykaną świeżością ujęcia tematu. Dialogi w filmie iskrzą się błyskotliwością, będąc jednocześnie życiowo prawdopodobnymi, a wiarygodności ekranowej historii dodaje też troska Gerwig o najmniejszy detal – Sacramento to jej rodzinne miasto, które zna jak własną kieszeń. To nie jest fikcyjna przestrzeń, to miejsce obciążone historią i całą masą wspomnień, dobrych i złych. Autorka zadbała również o odtworzenie mody i klimatu z przełomu 2002 i 2003 roku, tuż po zamachach terrorystycznych na wieże World Trade Center. W telewizji mamy relacje z wojny w Afganistanie i Iraku, komórki i osobiste komputery nie zdominowały jeszcze towarzyskich relacji, a na licealnej imprezie słychać Cry Me a River Justina Timberlake’a…


          Saoirse Ronan stworzyła w Lady Bird niezapomnianą kreację zadziornej nastolatki, która chce od życia więcej i nie pójdzie na łatwe kompromisy, choćby ze swoją twardą oraz pragmatyczną matką, w którą z kolei fenomenalnie wciela się Laurie Metcalf. Marion w interpretacji Metcalf jest kobietą o silnym charakterze, który najwyraźniej w genach przekazała też córce i teraz musi się zmagać z jej nastoletnią deklaracją niepodległości. Miłość bardzo stanowczej oraz chłodnej na pozór Marion do Lady Bird jest nieoczywista i przejawia się w drobnych, prostych rzeczach, takich choćby jak uwaga i troska o jedyną córkę, o jej przyszłość oraz bezpieczeństwo (vide znakomita scena nieudanego pożegnania na lotnisku). To nie są żadne słowne deklaracje czy puste gesty matczynej miłości, o nie: to miłość, która przejawia się w prozie życia, w codziennych decyzjach i bieżących rozmowach.  Lady Bird zaludnia też cała galeria interesujących postaci drugoplanowych, które poziomem rozwinięcia i pełnokrwistości niczym nie ustępują tytułowej bohaterce. Tracy Letts nie przechodzi niezauważony jako depresyjny ojciec Lady Bird, Lucas Hedges i Timothée Chalamet jaśnieją w rolach krańcowo różnych absztyfikantów naszej heroiny, Beanie Feldstein podbija serca jako Julie, najlepsza przyjaciółka Lady Bird, wreszcie znakomita Lois Smith (Marjorie Prime) jako zakonnica z poczuciem humoru jest tą osobą w filmie, która zwraca uwagę Christine ‘Lady Bird’ McPherson, że być może jej troska o detal oraz uwaga, jaką poświęca w swojej krytyce Sacramento, równoznaczna jest miłości do tego miejsca. Zadziwiające, jak często kochamy miejsca, których kiedyś nienawidziliśmy, i jak często nienawidzimy ludzi, których kiedyś kochaliśmy. Wszystko jest kwestią dystansu.


3 marca 2018

The Florida Project. W cieniu Disney World.

          The Florida Project zabiera nas na wycieczkę w okolice parku rozrywki Walt Disney World, nieopodal Orlando na Florydzie. Do samego Disneylandu jednak nie docieramy, lądujemy natomiast w tanim i kiczowatym motelu o nazwie Magic Castle w Kissimmee, na przedmieściach Orlando. Ten kolorowy, jasnofioletowy przybytek jest domem dla grupki małych dzieci i ich niezamożnych rodziców, walczących z dnia na dzień o ekonomiczne być albo nie być. W poruszającym obrazie Seana Bakera nie jest nam dane nacieszyć się spełnioną wizją amerykańskiego snu. Zamiast tego, z niemalże dokumentalną precyzją, kamera w The Florida Project odsłania przed nami życie na peryferiach american dream.


          Reżyserem i autorem scenariusza (wspólnie z Chris’em Bergoch’em) do The Florida Project jest Sean Baker, twórca prześwietnej Mandarynki (Tangerine) z 2015 roku, nakręconej zwykłym iPhonem. Ten wybitny niezależny reżyser, o ewidentnym społecznym zacięciu, powrócił w 2017 roku ze znakomitym obrazem, będącym jednocześnie socjo-społecznym komentarzem współczesnej Ameryki. The Florida Project pokazano premierowo w sekcji Directors’ Fortnight na festiwalu w Cannes w maju 2017 roku. Powitany powszechnym uznaniem przez krytykę, dramat Bakera doceniony został przede wszystkim za drugoplanową rolę Willema Dafoe, który za swój performance otrzymał szereg prestiżowych nominacji do najważniejszych nagród filmowych, w tym do Oscara, Złotego Globu i BAFTA.


          Najważniejszą postacią w The Florida Project jest sześcioletnia Moonee (znakomita Brooklynn Prince), dziewczynka mieszkająca na stałe wraz ze swoją bezrobotną matką w motelu Magic Castle w Kissimmee, nieopodal parku rozrywki Walt Disney World na Florydzie. Matka Moonee, Halley (Bria Vinaite), jest samotną matką, która desperacko próbuje związać koniec z końcem, balansując na granicy faktycznej bezdomności. Bezrobotna Halley ima się różnych drobnych zajęć, byle tylko zapłacić czynsz za pokój w tanim motelu, którego menedżerem jest Bobby (rewelacyjna rola Willema Dafoe), pozornie twardy administrator o gołębim sercu. W The Florida Project poznajemy całą galerię podobnych do Halley dorosłych, przedstawicieli amerykańskiej klasy robotniczej, z najwyższym trudem zarabiających na czynsz w podrzędnym motelu u samych bram Disneylandu. W centrum uwagi reżysera filmu są jednak ich małe dzieci, biegające samopas i bez żadnej opieki po okolicach dziecięcego parku rozrywki, którego nie mają najmniejszych szans odwiedzić.


          Portret lokatorów motelu Magic Castle w pobliżu Orlando na Florydzie jest jednocześnie zatrważający i humorystyczny. Zatrważający jest przede wszystkim obraz dorosłych rodziców, z wysuwającą się na pierwszy plan młodą Halley (Bria Vinaite), która sama wydaje się być wyrośniętym dzieckiem, przypadkiem mającym jeszcze mniejsze dziecko. Wyszczekana i bezczelna Halley prowadzi obwoźną sprzedaż perfum, okazjonalnie też handluje swoim ciałem, a wszystko to po to, by zapłacić za pokój w motelu i nakarmić szwendającą się po okolicy z innymi dzieciakami Moonee. Biegające samopas dzieciaki, z ich pomysłowością i niewinnością, żebrzące o pieniądze na lody, plujące z balkonu na samochody, a nawet podpalające pustostany, przydają The Florida Project humoru, który równoważy społeczny ciężar filmu. Obraz Bakera jest bowiem ponad wszystko inne dramatem o ludziach za społecznego marginesu, faktycznej biedocie oscylującej na granicy bezdomności. W najważniejszych rolach reżyser filmu obsadził osoby niemające wcześniej nic wspólnego z aktorstwem: Bria Vinaite (Halley) została przez Bakera znaleziona na Instagramie, gdzie lansowała się jako modelka. Dzięki tym zabiegom The Florida Project ogląda się niemalże jak dokument, a codzienność jego zwykłych, biednych bohaterów wybrzmiewa niezwykle przekonująco, na długo zapadając w pamięci. Willem Dafoe jako jedyna rozpoznawalna twarz w tym filmie, grający w nim menedżera motelu i swoistego Anioła Stróża dla pozbawionych opieki rodziców dzieci, odnajduje się w nim perfekcyjnie, oferując nam kilka poruszających scen i całkowicie zasłużenie otrzymując za tę drugoplanową rolę nominację do Oscara.


          Tytuł The Florida Project nawiązuje do pierwotnej, roboczej nazwy Walt Disney World, zbudowanego nieopodal Orlando w 1971 roku. Ten park rozrywki ma być przede wszystkim spełnieniem marzeń i nagrodą dla amerykańskich dzieciaków. Fantazje Disneylandu sąsiadują jednak bezpośrednio w The Florida Project z brutalnym realizmem miejsc takich jak Magic Castle, żerujących na turystach i ochłapach skapujących z disneyowskiego stołu. W pewnym sensie film Seana Bakera jest bardziej realistycznym kompanem Bestii z południowych krain (Beasts of the Southern Wild) Benha Zeitlina. Kolorowy kicz miejsc takich jak motel Magic Castle, w połączeniu z zamieszkującym go społecznym marginesem, budzi z kolei pewne skojarzenia z obrazem Spring Breakers Harmony Korine’a, rozgrywającym się notabene również na Florydzie. The Florida Project to kolejna w amerykańskim kinie niezależnym wybitna i społecznie zaangażowana produkcja, która w subwersywny sposób demaskuje amerykański sen, kierując kamerę na jego bezpośrednie sąsiedztwo.


17 lutego 2018

Good Time. Neonowa odyseja.

          Good Time rozpoczyna się i kończy dwiema różnymi scenami terapii dla osób dotkniętych ułomnością rozwojową, w której uczestniczy Nick Nikas (w tej roli jeden z reżyserów filmu, Benny Safdie). Nick nie jest jednak głównym bohaterem obrazu: pierwsze skrzypce w Good Time gra jego starszy brat, Connie Nikas (rewelacyjny Robert Pattinson), który przez cały czas trwania filmu w mocno kontrowersyjny sposób manifestuje swoją braterską miłość i troskę o dotkniętego niedorozwojem brata. Zaczyna więc od wyciągnięcia go na siłę z terapii i obrabowania przy jego pomocy lokalnego banku. Od tego momentu sprawy mają się już tylko gorzej, a znakomicie zagrany przez Pattinsona Connie Nikas przeżyje na naszych oczach całonocną, skąpaną w światłach ulicznych neonów odyseję po zimowym Nowym Jorku. A wszystko to w imię tej dziwnej braterskiej miłości, która dla Connie’go Nikasa stanie się początkiem spirali upadku.


          Good Time jest reżyserskim dziełem dwojga braci: Benny’ego i Josha Safdie, niezależnych twórców, którzy swoje filmy robią zazwyczaj w tandemie (podobnie jak choćby bracia Michael i Mark Polish). Scenariusz tego kryminalnego dramatu jest owocem współpracy Josha Safdie i Ronalda Bronsteina. Good Time zakwalifikował się do głównego konkursu festiwalu filmowego w Cannes i tamże miał swoją międzynarodową premierę w maju 2017 roku. Obraz doceniono przede wszystkim za rewelacyjną grę Roberta Pattinsona (chyba najlepszą w jego dotychczasowej karierze), energetyzujące tempo, niesłabnące do samego końca napięcie i świetną, pulsującą, elektroniczną ścieżkę dźwiękową autorstwa Daniela Lopatina aka Oneohtrix Point Never (nagroda w Cannes dla najlepszego kompozytora soundtracku).


          Connie i Nick Nikas to dwaj bracia o greckich korzeniach, mieszkający z podeszłą babcią w Queens w Nowym Jorku. Nick (grany przez reżysera obrazu, Benny’go Safdie) jest dotknięty niedorozwojem, stąd jego starszy brat, Connie (Pattinson), poczuwa się do opieki nad nim. Connie jest jednak drobnym kryminalistą, kierującym się w życiu bardziej instynktem niż rozumem, co nie może na dłuższą metę dobrze się dla braci skończyć. Spirala upadku zostaje uruchomiona, gdy Connie i Nick obrabowują razem bank, po czym Nick zostaje ujęty przez policję i osadzony w areszcie. Connie próbuje za wszelką cenę wydostać brata z więzienia, a jego całonocne wysiłki w tym celu stają się kanwą frapującego i hipnotyzującego zarazem dramatu kryminalnego.


          Good Time w swojej warstwie wizualnej oraz dźwiękowej najbardziej przypomina mi ostatnie trzy filmy duńskiego reżysera Nicolasa Windinga Refna - Drive z 2011 roku, Only God Forgives (Tylko Bóg wybacza) z 2013 roku i The Neon Demon z 2016 roku. Good Time najbliżej do najlepszego z tej trójcy, czyli świetnego Drive z Ryanem Goslingiem w głównej roli. Oba filmy mają fenomenalnych młodych protagonistów, znakomitą, głównie elektroniczną ścieżkę dźwiękową oraz przede wszystkim bogatą, jaskrawą paletę barw, mieniącą się intensywnie wszystkimi kolorami na tle czarnej nocy w dużym mieście. Oba obrazy mają też trzymającą w napięciu akcję i oczywiście dużo przemocy, co nie powinno dziwić, zważywszy, że mamy w nich do czynienia z wybitnie kryminalnymi historiami. Podstawowa różnica między Drive a Good Time jest taka, że grany przez Pattinsona główny bohater tego ostatniego filmu nie jest bynajmniej postacią pozytywną, i to pod żadnym względem. Connie Nikas to żerujący na społeczeństwie kryminalista, wciągający na dodatek w swoje kryminalne życie niedorozwiniętego brata. Jego przestępcza odyseja po Queens i Brooklynie w zimową nowojorską noc pokazuje nam, jak łatwo można spaść z deszczu pod rynnę i jak szybko kryminalna spirala może zakończyć się spektakularnym upadkiem. Connie wykorzystuje wszystkich napotkanych po drodze ludzi (w tym własną dziewczynę, graną w filmie przez Jennifer Jason Leigh), uważając ich jednocześnie za gorszych i głupszych od siebie. Paradoksalnie jednak, pomimo jego ewidentnej niesympatyczności i statusu antybohatera, kibicujemy protagoniście Good Time, ze zdumieniem oraz zapartym tchem obserwując jego karkołomne perypetie w przeciągu jednej długiej nocy.


         Tytuł Good Time można interpretować jako co najmniej ironiczny, albowiem żaden z jego bohaterów wcale nie spędza miło czasu. To zapewne nawiązanie do więziennego żargonu, w którym ten termin oznacza w USA skrócenie wyroku odsiadki za dobre sprawowanie. Jako widzowie jednak wcale nie marnujemy swojego czasu, z zafascynowaniem i skaczącym ciągle poziomem adrenaliny we krwi, śledząc poczynania granego przez brytyjskiego aktora przyjemniaczka. Dla samego Roberta Pattinsona to jak na razie najwybitniejsza rola w aktorskiej karierze, przekonująca ostatecznie o jego niewątpliwym talencie. Ociekający neonowym światłem wielkiego miasta, jest Good Time niczym najgorszy nocny koszmar dla swojego protagonisty, którego samozachowawcze instynkty zaprowadziły na ścieżkę kryminalnej degrengolady. Miłość Connie’go do brata jest tutaj tylko jednym z tych bezwarunkowych impulsów serca, które w chwilach próby przypieczętowują nasz los.


 

3 lutego 2018

Patti Cake$. Od kelnerki do raperki.

          Patricia "Dumbo" Dombrowski jest białą przedstawicielką amerykańskiej klasy pracującej z New Jersey. Chwyta się różnych, nisko płatnych i żmudnych zajęć: kelnerki, barmanki, hostessy. W swoich najgłębszych fantazjach Patricia jest jednak Patti Cake$, sławną i wielbioną przez tłumy raperką, obwieszoną połyskującą biżuterią i popijającą w kąpieli szampana. Jej sen o scenicznej karierze jest notorycznie wyśmiewany przez własną matkę, niegdyś rockową piosenkarkę na krawędzi wielkiej kariery, oraz najbliższe otoczenie. Godny pożałowania w kontekście jej ambicji jest - zdaniem złych języków - jej intensywnie biały kolor skóry, płeć i spora nadwaga, co automatycznie powinno unicestwić jej wszelkie marzenia o raperskiej karierze. Patti bardzo daleko do figury i koloru skóry Nicki Minaj i Cardi B, topowych obecnie gwiazd żeńskiego rapu, ma jednak tyle samo charyzmy i jeszcze więcej niż one tupetu, co skutecznie umożliwia jej twardą walkę o jej wersję amerykańskiego snu.


          Patti Cake$ stanowi debiutanckie długometrażowe dzieło Geremy'ego Jaspera, reżysera i jednocześnie autora scenariusza oraz muzyki do filmu. Obraz pokazany został światu na Sundance Film Festival z początkiem 2017 roku i bardzo szybko znalazł wielu chętnych kinowych dystrybutorów, zwabionych wartką narracją w filmie, optymistyczno-feministycznym przekazem oraz znakomitym performansem całej obsady, na czele z wcielającą się w główną rolę Danielle Macdonald, Australijką notabene, która na potrzeby produkcji musiała opanować sztukę rapowania i dodatkowo nauczyć się amerykańskiego akcentu z północnego New Jersey... Ciężka praca i poświęcenie Danielle nie poszły na marne, na festiwalu Sundance dostała owację na stojąco, a główna rola w Patti Cake$ to naprawdę wybitny początek aktorskiej kariery.


          Patricia Dombrowski (fenomenalna w tej roli Danielle Macdonald) nie ma lekkiego życia w rodzinnym New Jersey. Mieszka w domu ze zgorzkniałą matką (świetna Bridget Everett jako Barb), niespełnioną wokalistką i alkoholiczką, oraz chorą babką (Cathy Moriarty jako Nana), która ma jednak nietypowe jak na ten wiek poczucie humoru i potrafi emocjonalnie wesprzeć wnuczkę. Tej zdolności nie posiada na pierwszy rzut oka Barb, matka Patti, konsekwentnie znęcająca się nad raperskimi ambicjami jedynej córki. Patti ima się różnych tymczasowych prac, aby zaradzić jakoś niewesołej sytuacji finansowej w domu. Pomiędzy robieniem drinków w barze a obsługą przyjęć Patti nagrywa z grupką przyjaciół demo ze swoimi nawijkami, próbując zainteresować swoją sztuką kogokolwiek, kto mógłby pomóc jej w dalszej karierze.


          Patti Cake$ to intrygujący muzyczny dramat z silnym feministycznym podtekstem. Można nawet zaryzykować stwierdzenie, że film Geremy'ego Jaspera to kobieca wersja 8. Mili (8 Mile, 2002 rok) Curtisa Hansona z Eminemem w głównej roli. Patti Cake$ jest w pełni niezależnym dziełem, ale jego sposób opowiadania i ewidentna 'przebojowość' tematu zbliża go do wartkiej narracji oraz klasycznych rozwiązań fabularnych rodem z kina mainstreamowego (czytaj hollywodzkiego). Amerykańscy dystrybutorzy od razu to zauważyli na festiwalu Sundance, inicjując batalię o prawa do rozpowszechniania obrazu w kinach - ostatecznie tylko komediowy hit I tak cię kocham (The Big Sick) kupiony został na tej imprezie za większą sumę pieniędzy. Złośliwi mogą powiedzieć, że Patti Cake$ powiela wiele klisz typowego amerykańskiego mainstreamowego filmu o bohaterze na ciężkiej drodze do kariery. W istocie, Geremy Jasper zastosował w swoim debiucie wiele fabularnych i narracyjnych rozwiązań rodem z popularnego kina, ale połączył je z charakterystyczną dla niezależnego nurtu dbałością o detal i realizm społecznego kontekstu. New Jersey w Patti Cake$, z całą galerią arcyciekawych typów z tamtejszej klasy robotniczej i panoramą różnych międzyrasowych napięć, jest obrazem amerykańskich przedmieść w pigułce. Grana przez Macdonald Patti nie jest odosobniona w swoim marzeniu o karierze na rapowej scenie: w filmie w walce o przebicie się towarzyszą jej z dużym zaangażowaniem: Jheri (Siddharth Dhananjay) oraz Basterd (Mamoudou Athie), odpowiednio Hindus i aspirujący raper oraz czarnoskóry producent znikąd. W nagraniu debiutanckiego rapowego demo tę trójkę wspomaga również świetnie zagrana przez Cathy Moriarty Nana, ciężko chora babcia Patti, której nic już na tym świecie nie zdziwi.


          Warto zaznaczyć, że Geremy Jasper zadbał w Patti Cake$ nie tylko o realistyczne i zróżnicowane społeczne zaplecze, ale przede wszystkim o znakomity scenariusz oraz nietuzinkowy soundtrack. Wszystkie raperskie nawijki w filmie są właśnie jego autorstwa, a muzyczna produkcja w filmie przewyższa zdecydowanie poziom rapu, z jakim na co dzień mamy do czynienia na amerykańskiej liście przebojów. Patti Cake$ to brzydkie kaczątko w porównaniu do kobiet, które dotychczas osiągnęły na rapowej scenie największe światowe sukcesy (żeby wspomnieć tu tylko o Nicki Minaj, Iggy Azalea i ostatnio Cardi B). Ze względu na tuszę i posturę Patti zdecydowanie bliżej do figury Beth Ditto. Intrygującą antytezą Patti jest w tym kontekście jej własna matka, Barb (fenomenalna Bridget Everett).  Barb była kiedyś pop-rockową wokalistką z rewelacyjnym głosem, której ciąża przekreśliła szansę na muzyczną karierę. Teraz, pogrążona w swoim zgorzknieniu i alkoholizmie, Barb (pomimo miłości do córki) ściąga Patti w dół, każąc jej zachowywać się stosownie do jej koloru skóry (a więc darować sobie sny o byciu raperką, zupełnie nie na miejscu dla białej dziewczyny z nadwagą...). Wygląd heroiny filmu jest źródłem nieustannych seksistowskich oraz rasistowskich komentarzy w Patti Cake$, co tylko doprawia jeszcze jego realistyczno-amerykański kontekst i stanowi mocny feministyczny przekaz: sława i popularność w muzycznym światku nie należy się tylko wychudzonym seksbombom o perfekcyjnej figurze - sceniczna charyzma, osobowość, cięty język i przede wszystkim autentyczny muzyczny talent powinny tu mieć decydujące słowo.


21 stycznia 2018

Columbus. Architektura uczuć.

          Nie od dziś wiadomo, że architektura i zagospodarowanie przestrzeni mają ogromny wpływ na samopoczucie oraz dobrostan człowieka. Lepiej czujemy się w jasnych, dużych przestrzeniach, z dużą liczbą okien wychodzących najlepiej na park lub las. Naturalne światło, zieleń i duże, otwarte przestrzenie zawsze poprawiają nasz emocjonalny stan, stymulując optymizm oraz otwarcie na drugiego człowieka. W tym sensie prawdziwą Mekką wzorowej architektury jest miasto Columbus w stanie Indiana w USA, do którego ściągają turyści z całego świata, aby podziwiać tamtejszą modernistyczną architekturę XX wieku. Columbus nazywane jest też „Atenami amerykańskich prerii”, a jego niezapomniane zabudowania wyrastają z zielonej równiny niespodziewanie niczym fatamorgana na afrykańskiej pustyni. To wyjątkowe miasto jest też tłem i milczącym bohaterem debiutanckiego filmu Kogonady, amerykańskiego reżysera o koreańskich korzeniach. W obrazie Columbus uczucia jego ludzkich bohaterów projektowane są na abstrakcyjne budowle modernistycznej architektury.


          Columbus pokazany został po raz pierwszy w styczniu 2017 roku na festiwalu Sundance, urzekając rozlicznych krytyków swoją cichą, minimalistyczną formą i kontemplacyjnym nastrojem. Reżyser i zarazem autor scenariusza do filmu, Kogonada, jest Amerykaninem koreańskiego pochodzenia, dla którego Columbus jest pełnometrażowym debiutem. Przy tworzeniu swojego pierwszego dużego dzieła Kogonada inspirował się stylem japońskiego reżysera Yasujirō Ozu, autora choćby Tokijskiej opowieści z 1953 roku.


          W dramacie Columbus do tytułowego miasta w stanie Indiana przyjeżdża Jin (w tej roli John Cho), Amerykanin koreańskiego pochodzenia, który musi zająć się tutaj swoim ojcem, znanym architektem i wykładowcą, który po nagłym upadku wylądował w szpitalu w śpiączce. Jin jest tłumaczem literatury, który na co dzień mieszka w Korei. Przyjazd z powrotem do Stanów Zjednoczonych jest mu bardzo nie na rękę, tym bardziej że nie pozostawał z ojcem w bliskich stosunkach. Czekając na wieści ze szpitala, Jin przypadkowo nawiązuje znajomość z Casey (Haley Lu Richardson), mieszkającą i pracującą w Columbus młodą dziewczyną. Casey nie chce wyjechać na studia poza Columbus w trosce o własną matkę, byłą narkomankę, z którą wspólnie mieszka. Jin i Casey nawiązują nić porozumienia, spacerując po mieście i omawiając jego unikalną architekturę, jak również stan swoich uczuć oraz oczekiwania odnośnie przyszłości.


          Columbus nie jest dramatem dla każdego. Wielbiciele kina akcji mogą go sobie spokojnie odpuścić. W debiucie Kogonady właściwie niewiele się dzieje, poza tym że jego nieliczni bohaterowie spacerują (względnie siedzą) i rozmawiają. Rozmowy o życiu i wyjątkowości miejscowej architektury odbywają się w zaiste zjawiskowej (i naturalnej) scenografii. Columbus jest relatywnie małym amerykańskim miastem (ledwie 44 tys.mieszkańców), ale na całym świecie słynie ze swojej modernistycznej architektury. Jasne, ogromne i przeszklone budynki użyteczności publicznej w Columbus znakomicie harmonizują z soczystą zielenią rozlicznych parków tego miasta, które sprawiają wrażenie jakby gmachy w Columbus wzniesione zostały w samym środku lasu. Otwartość i przestronność miejskiej architektury sprzyja również otwarciu się na drugiego człowieka. Coś takiego właśnie ma miejsce między parą głównych bohaterów obrazu, Jin'em i Casey, zupełnymi nieznajomymi, którzy dość niespodziewanie się do siebie zbliżają i inicjują głęboką platoniczną więź, która obojgu pomaga w przezwyciężeniu wrażenia życiowej stagnacji. Columbus jest ciche, zielone i piękne, jak najdalsze od przekleństw wielkomiejskości.  W takim miejscu można naprawdę odpocząć i zebrać myśli. Taki sam jest też film Kogonady, który, w ogóle się nie narzucając, pomaga skupić się na obserwacji i chłonięciu jego wysmakowanych kadrów. Columbus to prawdziwa uczta i zarazem wytchnienie dla oczu.


7 stycznia 2018

Lucky (Szczęściarz). Śmierć i ateista.

          Nie do końca jest jasne, czy Lucky (Szczęściarz), tytułowy bohater filmu, rzeczywiście ma tak na imię, czy jest to tylko ksywka, pod którą znany jest powszechnie wśród przyjaciół i znajomych. Tak czy owak, Lucky (grany przez Harry’ego Deana Stantona) zasłużył sobie w pełni na swoje imię: właśnie dobił do 90-tki w zdrowiu i niezłej kondycji. Lucky jest ateistą i nie wierzy w istnienie duszy. Śmierci się jednak boi, w związku z czym z 90-tką na karku i widmem nieuchronnego końca na horyzoncie Lucky próbuje oswoić swój lęk przed nicością. Pomagają mu w tym starzy i nowi znajomi w małym kalifornijskim miasteczku, w bezpośrednim sąsiedztwie pustyni. Lucky to cicha kontemplacja życia, przyjaźni, samotności oraz przygotowań do wkroczenia w ostateczną pustkę.


          Lucky jest debiutanckim obrazem aktora Johna Carrolla Lyncha, pokazanym po raz pierwszy w marcu 2017 roku na festiwalu South by Southwest (SXSW) w Austin w Teksasie. Scenariusz tego komediodramatu jest wspólnym dziełem Logana Sparksa i Drago Sumonja, również zawodowych aktorów. Dla Harry’ego Deana Stantona, odtwórcy głównej roli w filmie, była to ostatnia w życiu filmowa kreacja. Aktor zmarł we wrześniu 2017 roku w wieku 91 lat, na dwa tygodnie przed kinową premierą obrazu.


          Tytułowy Lucky (znakomity Harry Dean Stanton) to 90-letni ateista, który musi się zmierzyć z nadciągającym nieuchronnie końcem. Jego wewnętrzne przekonania oraz dość niełatwy i obcesowy często charakter nie ułatwiają mu nawigacji na tych wzburzonych duchowych wodach. Lucky uczy się jednak czegoś, pomimo swoich 90 lat, podobnie jak jego znajomi oraz przyjaciele uczą się także czegoś od niego.


          Podczas seansu Szczęściarza do głowy przychodzi Prosta historia (The Straight Story, 1999) Davida Lyncha. I to nie tylko przez obecność samego Davida Lyncha w Lucky’m, który gra tu Howarda, starego przyjaciela głównego bohatera i zarazem właściciela stuletniego żółwia o imieniu Theodore Roosevelt. Szczęściarz i Prosta historia to dwa wyjątkowe filmy o starości i rachunku na koniec życia, oba z bezbłędnymi kreacjami w pierwszoplanowych rolach. Dla obu wiekowych aktorów w głównych rolach (Richard Farnsworth jako Alvin Straight w Prostej historii oraz Harry Dean Stanton jako tytułowy Lucky) były to jednocześnie ich ostatnie filmowe wcielenia. W Prostej historii główny bohater przemierzał Stany na swoim traktorze-kosiarce do trawy, aby jeszcze przed śmiercią spotkać się i pojednać z bratem, którego zagrał nikt inny jak sam Harry Dean Stanton właśnie. Ten ostatni przemierza w Szczęściarzu ulice i okolice małego miasteczka na głębokim południu USA, zaglądając do ulubionych barów i jadłodajni, spotykając się ze starymi znajomymi i jednocześnie poznając całkiem nowych. Mała odyseja Lucky’ego, jego codzienna rutyna zarazem, ma mu pomóc w oswojeniu lęku przed śmiercią, w którego ujarzmieniu wcale nie pomaga bycie zatwardziałym ateistą. Ateizm sprawia, że Lucky najbardziej boi się pustki, nicości, która czeka nas po drugiej stronie. Droga do oświecenia jest długa i mozolna, ale napotkani przez Lucky’ego po drodze ludzie pomagają w jej przemierzeniu aż do samego celu. Istnieje w Szczęściarzu ciekawa paralela między jego protagonistą a stuletnim żółwiem lądowym, należącym do Howarda (David Lynch), wieloletniego przyjaciela Lucky’ego. Żółw nosi imię Theodora Roosevelta i na samym początku filmu ucieka swojemu zrozpaczonemu tym właścicielowi. Paralela nie dotyczy tylko zaawansowanego wieku oraz powolności żółwia i Lucky’ego. Zarówno zwierzę, jak i człowiek uparcie posuwają się naprzód przez cały czas trwania filmu, pozostając w nieustannym acz bardzo powolnym ruchu. Czy wiedzą, dokąd zmierzają? Wątpliwe. Tutaj chyba sam ruch jest sednem sprawy.