17 lutego 2018

Good Time. Neonowa odyseja.

          Good Time rozpoczyna się i kończy dwiema różnymi scenami terapii dla osób dotkniętych ułomnością rozwojową, w której uczestniczy Nick Nikas (w tej roli jeden z reżyserów filmu, Benny Safdie). Nick nie jest jednak głównym bohaterem obrazu: pierwsze skrzypce w Good Time gra jego starszy brat, Connie Nikas (rewelacyjny Robert Pattinson), który przez cały czas trwania filmu w mocno kontrowersyjny sposób manifestuje swoją braterską miłość i troskę o dotkniętego niedorozwojem brata. Zaczyna więc od wyciągnięcia go na siłę z terapii i obrabowania przy jego pomocy lokalnego banku. Od tego momentu sprawy mają się już tylko gorzej, a znakomicie zagrany przez Pattinsona Connie Nikas przeżyje na naszych oczach całonocną, skąpaną w światłach ulicznych neonów odyseję po zimowym Nowym Jorku. A wszystko to w imię tej dziwnej braterskiej miłości, która dla Connie’go Nikasa stanie się początkiem spirali upadku.


          Good Time jest reżyserskim dziełem dwojga braci: Benny’ego i Josha Safdie, niezależnych twórców, którzy swoje filmy robią zazwyczaj w tandemie (podobnie jak choćby bracia Michael i Mark Polish). Scenariusz tego kryminalnego dramatu jest owocem współpracy Josha Safdie i Ronalda Bronsteina. Good Time zakwalifikował się do głównego konkursu festiwalu filmowego w Cannes i tamże miał swoją międzynarodową premierę w maju 2017 roku. Obraz doceniono przede wszystkim za rewelacyjną grę Roberta Pattinsona (chyba najlepszą w jego dotychczasowej karierze), energetyzujące tempo, niesłabnące do samego końca napięcie i świetną, pulsującą, elektroniczną ścieżkę dźwiękową autorstwa Daniela Lopatina aka Oneohtrix Point Never (nagroda w Cannes dla najlepszego kompozytora soundtracku).


          Connie i Nick Nikas to dwaj bracia o greckich korzeniach, mieszkający z podeszłą babcią w Queens w Nowym Jorku. Nick (grany przez reżysera obrazu, Benny’go Safdie) jest dotknięty niedorozwojem, stąd jego starszy brat Connie (Pattinson) poczuwa się do opieki nad nim. Connie jest jednak drobnym kryminalistą, kierującym się w życiu bardziej instynktem niż rozumem, co nie może na dłuższą metę dobrze się dla braci skończyć. Spirala upadku zostaje uruchomiona, gdy Connie i Nick obrabowują razem bank, po czym Nick zostaje ujęty przez policję i osadzony w areszcie. Connie próbuje za wszelką cenę wydostać brata z więzienia, a jego całonocne wysiłki w tym celu stają się kanwą frapującego i hipnotyzującego zarazem dramatu kryminalnego.


          Good Time w swojej warstwie wizualnej oraz dźwiękowej najbardziej przypomina mi ostatnie trzy filmy duńskiego reżysera Nicolasa Windinga Refna - Drive z 2011 roku, Only God Forgives (Tylko Bóg wybacza) z 2013 roku i The Neon Demon z 2016 roku. Good Time najbliżej do najlepszego z tej trójcy, czyli świetnego Drive z Ryanem Goslingiem w głównej roli. Oba filmy mają fenomenalnych młodych protagonistów, znakomitą, głównie elektroniczną ścieżkę dźwiękową oraz przede wszystkim bogatą, jaskrawą paletę barw, mieniącą się intensywnie wszystkimi kolorami na tle czarnej nocy w dużym mieście. Oba obrazy mają też trzymającą w napięciu akcję i oczywiście dużo przemocy, co nie powinno dziwić, zważywszy, że mamy w nich do czynienia z wybitnie kryminalnymi historiami. Podstawowa różnica między Drive a Good Time jest taka, że grany przez Pattinsona główny bohater tego ostatniego filmu nie jest bynajmniej postacią pozytywną, i to pod żadnym względem. Connie Nikas to żerujący na społeczeństwie kryminalista, wciągający na dodatek w swoje kryminalne życie niedorozwiniętego brata. Jego przestępcza odyseja po Queens i Brooklynie w zimową nowojorską noc pokazuje nam, jak łatwo można spaść z deszczu pod rynnę i jak szybko kryminalna spirala może zakończyć się spektakularnym upadkiem. Connie wykorzystuje wszystkich napotkanych po drodze ludzi (w tym własną dziewczynę, graną w filmie przez Jennifer Jason Leigh), uważając ich jednocześnie za gorszych i głupszych od siebie. Paradoksalnie jednak, pomimo jego ewidentnej niesympatyczności i statusu antybohatera, kibicujemy protagoniście Good Time, ze zdumieniem oraz zapartym tchem obserwując jego karkołomne perypetie w przeciągu jednej długiej nocy.


         Tytuł Good Time można interpretować jako co najmniej ironiczny, albowiem żaden z jego bohaterów wcale nie spędza miło czasu. To zapewne nawiązanie do więziennego żargonu, w którym ten termin oznacza w USA skrócenie wyroku odsiadki za dobre sprawowanie. Jako widzowie jednak wcale nie marnujemy swojego czasu, z zafascynowaniem i skaczącym ciągle poziomem adrenaliny we krwi, śledząc poczynania granego przez brytyjskiego aktora przyjemniaczka. Dla samego Roberta Pattinsona to jak na razie najwybitniejsza rola w aktorskiej karierze, przekonująca ostatecznie o jego niewątpliwym talencie. Ociekający neonowym światłem wielkiego miasta, jest Good Time niczym najgorszy nocny koszmar dla swojego protagonisty, którego samozachowawcze instynkty zaprowadziły na ścieżkę kryminalnej degrengolady. Miłość Connie’go do brata jest tutaj tylko jednym z tych mechanicznych impulsów serca, które w chwilach próby przypieczętowują nasz los.


 

3 lutego 2018

Patti Cake$. Od kelnerki do raperki.

          Patricia "Dumbo" Dombrowski jest białą przedstawicielką amerykańskiej klasy pracującej z New Jersey. Chwyta się różnych, nisko płatnych i żmudnych zajęć: kelnerki, barmanki, hostessy. W swoich najgłębszych fantazjach Patricia jest jednak Patti Cake$, sławną i wielbioną przez tłumy raperką, obwieszoną połyskującą biżuterią i popijającą w kąpieli szampana. Jej sen o scenicznej karierze jest notorycznie wyśmiewany przez własną matkę, niegdyś rockową piosenkarkę na krawędzi wielkiej kariery, oraz najbliższe otoczenie. Godny pożałowania w kontekście jej ambicji jest - zdaniem złych języków - jej intensywnie biały kolor skóry, płeć i spora nadwaga, co automatycznie powinno unicestwić jej wszelkie marzenia o raperskiej karierze. Patti bardzo daleko do figury i koloru skóry Nicki Minaj i Cardi B, topowych obecnie gwiazd żeńskiego rapu, ma jednak tyle samo charyzmy i jeszcze więcej niż one tupetu, co skutecznie umożliwia jej twardą walkę o jej wersję amerykańskiego snu.


          Patti Cake$ stanowi debiutanckie długometrażowe dzieło Geremy'ego Jaspera, reżysera i jednocześnie autora scenariusza oraz muzyki do filmu. Obraz pokazany został światu na Sundance Film Festival z początkiem 2017 roku i bardzo szybko znalazł wielu chętnych kinowych dystrybutorów, zwabionych wartką narracją w filmie, optymistyczno-feministycznym przekazem oraz znakomitym performansem całej obsady, na czele z wcielającą się w główną rolę Danielle Macdonald, Australijką notabene, która na potrzeby produkcji musiała opanować sztukę rapowania i dodatkowo nauczyć się amerykańskiego akcentu z północnego New Jersey... Ciężka praca i poświęcenie Danielle nie poszły na marne, na festiwalu Sundance dostała owację na stojąco, a główna rola w Patti Cake$ to naprawdę wybitny początek aktorskiej kariery.


          Patricia Dombrowski (fenomenalna w tej roli Danielle Macdonald) nie ma lekkiego życia w rodzinnym New Jersey. Mieszka w domu ze zgorzkniałą matką (świetna Bridget Everett jako Barb), niespełnioną wokalistką i alkoholiczką, oraz chorą babką (Cathy Moriarty jako Nana), która ma jednak nietypowe jak na ten wiek poczucie humoru i potrafi emocjonalnie wesprzeć wnuczkę. Tej zdolności nie posiada na pierwszy rzut oka Barb, matka Patti, konsekwentnie znęcająca się nad raperskimi ambicjami jedynej córki. Patti ima się różnych tymczasowych prac, aby zaradzić jakoś niewesołej sytuacji finansowej w domu. Pomiędzy robieniem drinków w barze a obsługą przyjęć Patti nagrywa z grupką przyjaciół demo ze swoimi nawijkami, próbując zainteresować swoją sztuką kogokolwiek, kto mógłby pomóc jej w dalszej karierze.


          Patti Cake$ to intrygujący muzyczny dramat z silnym feministycznym podtekstem. Można nawet zaryzykować stwierdzenie, że film Geremy'ego Jaspera to kobieca wersja 8. Mili (8 Mile, 2002 rok) Curtisa Hansona z Eminemem w głównej roli. Patti Cake$ jest w pełni niezależnym dziełem, ale jego sposób opowiadania i ewidentna 'przebojowość' tematu zbliża go do wartkiej narracji oraz klasycznych rozwiązań fabularnych rodem z kina mainstreamowego (czytaj hollywodzkiego). Amerykańscy dystrybutorzy od razu to zauważyli na festiwalu Sundance, inicjując batalię o prawa do rozpowszechniania obrazu w kinach - ostatecznie tylko komediowy hit I tak cię kocham (The Big Sick) kupiony został na tej imprezie za większą sumę pieniędzy. Złośliwi mogą powiedzieć, że Patti Cake$ powiela wiele klisz typowego amerykańskiego mainstreamowego filmu o bohaterze na ciężkiej drodze do kariery. W istocie, Geremy Jasper zastosował w swoim debiucie wiele fabularnych i narracyjnych rozwiązań rodem z popularnego kina, ale połączył je z charakterystyczną dla niezależnego nurtu dbałością o detal i realizm społecznego kontekstu. New Jersey w Patti Cake$, z całą galerią arcyciekawych typów z tamtejszej klasy robotniczej i panoramą różnych międzyrasowych napięć, jest obrazem amerykańskich przedmieść w pigułce. Grana przez Macdonald Patti nie jest odosobniona w swoim marzeniu o karierze na rapowej scenie: w filmie w walce o przebicie się towarzyszą jej z dużym zaangażowaniem: Jheri (Siddharth Dhananjay) oraz Basterd (Mamoudou Athie), odpowiednio Hindus i aspirujący raper oraz czarnoskóry producent znikąd. W nagraniu debiutanckiego rapowego demo tę trójkę wspomaga również świetnie zagrana przez Cathy Moriarty Nana, ciężko chora babcia Patti, której nic już na tym świecie nie zdziwi.


          Warto zaznaczyć, że Geremy Jasper zadbał w Patti Cake$ nie tylko o realistyczne i zróżnicowane społeczne zaplecze, ale przede wszystkim o znakomity scenariusz oraz nietuzinkowy soundtrack. Wszystkie raperskie nawijki w filmie są właśnie jego autorstwa, a muzyczna produkcja w filmie przewyższa zdecydowanie poziom rapu, z jakim na co dzień mamy do czynienia na amerykańskiej liście przebojów. Patti Cake$ to brzydkie kaczątko w porównaniu do kobiet, które dotychczas osiągnęły na rapowej scenie największe światowe sukcesy (żeby wspomnieć tu tylko o Nicki Minaj, Iggy Azalea i ostatnio Cardi B). Ze względu na tuszę i posturę Patti zdecydowanie bliżej do figury Beth Ditto. Intrygującą antytezą Patti jest w tym kontekście jej własna matka, Barb (fenomenalna Bridget Everett).  Barb była kiedyś pop-rockową wokalistką z rewelacyjnym głosem, której ciąża przekreśliła szansę na muzyczną karierę. Teraz, pogrążona w swoim zgorzknieniu i alkoholizmie, Barb (pomimo miłości do córki) ściąga Patti w dół, każąc jej zachowywać się stosownie do jej koloru skóry (a więc darować sobie sny o byciu raperką, zupełnie nie na miejscu dla białej dziewczyny z nadwagą...). Wygląd heroiny filmu jest źródłem nieustannych seksistowskich oraz rasistowskich komentarzy w Patti Cake$, co tylko doprawia jeszcze jego realistyczno-amerykański kontekst i stanowi mocny feministyczny przekaz: sława i popularność w muzycznym światku nie należy się tylko wychudzonym seksbombom o perfekcyjnej figurze - sceniczna charyzma, osobowość, cięty język i przede wszystkim autentyczny muzyczny talent powinny tu mieć decydujące słowo.


21 stycznia 2018

Columbus. Architektura uczuć.

          Nie od dziś wiadomo, że architektura i zagospodarowanie przestrzeni mają ogromny wpływ na samopoczucie oraz dobrostan człowieka. Lepiej czujemy się w jasnych, dużych przestrzeniach, z dużą liczbą okien wychodzących najlepiej na park lub las. Naturalne światło, zieleń i duże, otwarte przestrzenie zawsze poprawiają nasz emocjonalny stan, stymulując optymizm oraz otwarcie na drugiego człowieka. W tym sensie prawdziwą Mekką wzorowej architektury jest miasto Columbus w stanie Indiana w USA, do którego ściągają turyści z całego świata, aby podziwiać tamtejszą modernistyczną architekturę XX wieku. Columbus nazywane jest też „Atenami amerykańskich prerii”, a jego niezapomniane zabudowania wyrastają z zielonej równiny niespodziewanie niczym fatamorgana na afrykańskiej pustyni. To wyjątkowe miasto jest też tłem i milczącym bohaterem debiutanckiego filmu Kogonady, amerykańskiego reżysera o koreańskich korzeniach. W obrazie Columbus uczucia jego ludzkich bohaterów projektowane są na abstrakcyjne budowle modernistycznej architektury.


          Columbus pokazany został po raz pierwszy w styczniu 2017 roku na festiwalu Sundance, urzekając rozlicznych krytyków swoją cichą, minimalistyczną formą i kontemplacyjnym nastrojem. Reżyser i zarazem autor scenariusza do filmu, Kogonada, jest Amerykaninem koreańskiego pochodzenia, dla którego Columbus jest pełnometrażowym debiutem. Przy tworzeniu swojego pierwszego dużego dzieła Kogonada inspirował się stylem japońskiego reżysera Yasujirō Ozu, autora choćby Tokijskiej opowieści z 1953 roku.


          W dramacie Columbus do tytułowego miasta w stanie Indiana przyjeżdża Jin (w tej roli John Cho), Amerykanin koreańskiego pochodzenia, który musi zająć się tutaj swoim ojcem, znanym architektem i wykładowcą, który po nagłym upadku wylądował w szpitalu w śpiączce. Jin jest tłumaczem literatury, który na co dzień mieszka w Korei. Przyjazd z powrotem do Stanów Zjednoczonych jest mu bardzo nie na rękę, tym bardziej że nie pozostawał z ojcem w bliskich stosunkach. Czekając na wieści ze szpitala, Jin przypadkowo nawiązuje znajomość z Casey (Haley Lu Richardson), mieszkającą i pracującą w Columbus młodą dziewczyną. Casey nie chce wyjechać na studia poza Columbus w trosce o własną matkę, byłą narkomankę, z którą wspólnie mieszka. Jin i Casey nawiązują nić porozumienia, spacerując po mieście i omawiając jego unikalną architekturę, jak również stan swoich uczuć oraz oczekiwania odnośnie przyszłości.


          Columbus nie jest dramatem dla każdego. Wielbiciele kina akcji mogą go sobie spokojnie odpuścić. W debiucie Kogonady właściwie niewiele się dzieje, poza tym że jego nieliczni bohaterowie spacerują (względnie siedzą) i rozmawiają. Rozmowy o życiu i wyjątkowości miejscowej architektury odbywają się w zaiste zjawiskowej (i naturalnej) scenografii. Columbus jest relatywnie małym amerykańskim miastem (ledwie 44 tys.mieszkańców), ale na całym świecie słynie ze swojej modernistycznej architektury. Jasne, ogromne i przeszklone budynki użyteczności publicznej w Columbus znakomicie harmonizują z soczystą zielenią rozlicznych parków tego miasta, które sprawiają wrażenie jakby gmachy w Columbus wzniesione zostały w samym środku lasu. Otwartość i przestronność miejskiej architektury sprzyja również otwarciu się na drugiego człowieka. Coś takiego właśnie ma miejsce między parą głównych bohaterów obrazu, Jin'em i Casey, zupełnymi nieznajomymi, którzy dość niespodziewanie się do siebie zbliżają i inicjują głęboką platoniczną więź, która obojgu pomaga w przezwyciężeniu wrażenia życiowej stagnacji. Columbus jest ciche, zielone i piękne, jak najdalsze od przekleństw wielkomiejskości.  W takim miejscu można naprawdę odpocząć i zebrać myśli. Taki sam jest też film Kogonady, który, w ogóle się nie narzucając, pomaga skupić się na obserwacji i chłonięciu jego wysmakowanych kadrów. Columbus to prawdziwa uczta i zarazem wytchnienie dla oczu.


7 stycznia 2018

Lucky (Szczęściarz). Śmierć i ateista.

          Nie do końca jest jasne, czy Lucky (Szczęściarz), tytułowy bohater filmu, rzeczywiście ma tak na imię, czy jest to tylko ksywka, pod którą znany jest powszechnie wśród przyjaciół i znajomych. Tak czy owak, Lucky (grany przez Harry’ego Deana Stantona) zasłużył sobie w pełni na swoje imię: właśnie dobił do 90-tki w zdrowiu i niezłej kondycji. Lucky jest ateistą i nie wierzy w istnienie duszy. Śmierci się jednak boi, w związku z czym z 90-tką na karku i widmem nieuchronnego końca na horyzoncie Lucky próbuje oswoić swój lęk przed nicością. Pomagają mu w tym starzy i nowi znajomi w małym kalifornijskim miasteczku, w bezpośrednim sąsiedztwie pustyni. Lucky to cicha kontemplacja życia, przyjaźni, samotności oraz przygotowań do wkroczenia w ostateczną pustkę.


          Lucky jest debiutanckim obrazem aktora Johna Carrolla Lyncha, pokazanym po raz pierwszy w marcu 2017 roku na festiwalu South by Southwest (SXSW) w Austin w Teksasie. Scenariusz tego komediodramatu jest wspólnym dziełem Logana Sparksa i Drago Sumonja, również zawodowych aktorów. Dla Harry’ego Deana Stantona, odtwórcy głównej roli w filmie, była to ostatnia w życiu filmowa kreacja. Aktor zmarł we wrześniu 2017 roku w wieku 91 lat, na dwa tygodnie przed kinową premierą obrazu.


          Tytułowy Lucky (znakomity Harry Dean Stanton) to 90-letni ateista, który musi się zmierzyć z nadciągającym nieuchronnie końcem. Jego wewnętrzne przekonania oraz dość niełatwy i obcesowy często charakter nie ułatwiają mu nawigacji na tych wzburzonych duchowych wodach. Lucky uczy się jednak czegoś, pomimo swoich 90 lat, podobnie jak jego znajomi oraz przyjaciele uczą się także czegoś od niego.


          Podczas seansu Szczęściarza do głowy przychodzi Prosta historia (The Straight Story, 1999) Davida Lyncha. I to nie tylko przez obecność samego Davida Lyncha w Lucky’m, który gra tu Howarda, starego przyjaciela głównego bohatera i zarazem właściciela stuletniego żółwia o imieniu Theodore Roosevelt. Szczęściarz i Prosta historia to dwa wyjątkowe filmy o starości i rachunku na koniec życia, oba z bezbłędnymi kreacjami w pierwszoplanowych rolach. Dla obu wiekowych aktorów w głównych rolach (Richard Farnsworth jako Alvin Straight w Prostej historii oraz Harry Dean Stanton jako tytułowy Lucky) były to jednocześnie ich ostatnie filmowe wcielenia. W Prostej historii główny bohater przemierzał Stany na swoim traktorze-kosiarce do trawy, aby jeszcze przed śmiercią spotkać się i pojednać z bratem, którego zagrał nikt inny jak sam Harry Dean Stanton właśnie. Ten ostatni przemierza w Szczęściarzu ulice i okolice małego miasteczka na głębokim południu USA, zaglądając do ulubionych barów i jadłodajni, spotykając się ze starymi znajomymi i jednocześnie poznając całkiem nowych. Mała odyseja Lucky’ego, jego codzienna rutyna zarazem, ma mu pomóc w oswojeniu lęku przed śmiercią, w którego ujarzmieniu wcale nie pomaga bycie zatwardziałym ateistą. Ateizm sprawia, że Lucky najbardziej boi się pustki, nicości, która czeka nas po drugiej stronie. Droga do oświecenia jest długa i mozolna, ale napotkani przez Lucky’ego po drodze ludzie pomagają w jej przemierzeniu aż do samego celu. Istnieje w Szczęściarzu ciekawa paralela między jego protagonistą a stuletnim żółwiem lądowym, należącym do Howarda (David Lynch), wieloletniego przyjaciela Lucky’ego. Żółw nosi imię Theodora Roosevelta i na samym początku filmu ucieka swojemu zrozpaczonemu tym właścicielowi. Paralela nie dotyczy tylko zaawansowanego wieku oraz powolności żółwia i Lucky’ego. Zarówno zwierzę, jak i człowiek uparcie posuwają się naprzód przez cały czas trwania filmu, pozostając w nieustannym acz bardzo powolnym ruchu. Czy wiedzą, dokąd zmierzają? Wątpliwe. Tutaj chyba sam ruch jest sednem sprawy.


23 grudnia 2017

Marjorie Prime. Samotność hologramów.

          Spójrz, moje oczy to tylko hologramy / Popatrz, przez twoją miłość mam takie blade dłonie – śpiewa Tanita Tikaram w swojej najbardziej znanej piosence, Twist in My Sobriety. W swoim enigmatycznym przeboju z 1988 roku brytyjska wokalistka (z zadziwiającą, jak na jej wtedy bardzo młody wiek, dozą goryczy) śpiewa o miłosnym doświadczeniu, które upodabnia nas do cieni, albo wręcz hologramów samych siebie. Miłość i sztuczna inteligencja to temat Marjorie Prime, najnowszego filmu amerykańskiego reżysera Michaela Almereydy. Ten wybitny dramat sci-fi przenosi nas do nie tak dalekiej przyszłości, w której miejsce naszych zmarłych bliskich zajmują hologramy, a właściwie programy komputerowe, których zadaniem jest pomóc ludziom w radzeniu sobie ze stratą, tęsknotą, a nawet stopniową utratą pamięci. W niezwykle poruszającym Marjorie Prime sztuczna inteligencja uczy się o nas i naszych zmarłych od nas samych, aby potem skutecznie zająć pozostawione przez ludzi miejsce. Jeśli to pamięć w pierwszej kolejności konstytuuje naszą tożsamość, co nam zatem pozostanie, gdy w tej dziedzinie przegramy na całej linii z najnowszą technologią? Pytanie dobre dla filozofów przyszłości.


          Michael Almereyda jest znanym i bardzo lubiącym eksperymenty niezależnym amerykańskim reżyserem, tworzącym swoje niełatwe w odbiorze filmy już od końca lat 80-tych XX wieku. Jego najbardziej znanym dotychczas filmem był zrealizowany w 2000 roku uwspółcześniony Hamlet z Ethanem Hawke’m w tytułowej roli. Marjorie Prime jest najnowszym dziełem Almereydy, chyba najbardziej przystępnym ze wszystkich jego filmów. Obraz pokazany został premierowo na Sundance Film Festival w styczniu 2017 roku, gdzie też otrzymał Alfred P. Sloan Feature Film Prize. Pierwowzorem scenariusza do Marjorie Prime jest nominowana do Nagrody Pulitzera w dziedzinie dramatu sztuka teatralna z 2014 roku autorstwa Jordana Harrisona, wystawiana już dwukrotnie w teatrze przed jej filmową ekranizacją. We wszystkich tych trzech jej adaptacjach w rolę tytułowej Marjorie wcieliła się aktorka Lois Smith.


          Mamy 2050 rok. Marjorie (znakomita Lois Smith) jest ponad 80-letnią staruszką z pierwszymi objawami demencji starczej. W pięknym domu w pobliżu plaży na Long Island Marjorie towarzyszy jej zmarły przed 15 laty mąż, Walter (Jon Hamm)… Walter, a właściwie Walter Prime, to komputerowy program, który wygląda i zachowuje się jak jego zmarły pierwowzór, tyle że jest dużo młodszy (około czterdziestki) i o swoim ludzkim prototypie uczy się od samej Marjorie, która najwyraźniej lubi rozmawiać z hologramem swojego zmarłego męża. Program zamówił dla Marjorie jej zięć, Jon (Tim Robbins), dla którego jest to dobry sposób na przeciwdziałanie utracie pamięci przez Marjorie. Sceptycznie do hologramu własnego ojca odnosi się natomiast Tess (Geena Davis), córka Marjorie i żona Jona. Marjorie Prime jest bardzo kameralnym dramatem science-fiction, w którym pod pozorem prostej historii o koegzystencji ludzi i sztucznej inteligencji padają filozoficzne pytania najcięższego kalibru. Jednocześnie jest Marjorie Prime filmem niezwykle intymnym, w którym reżysera interesuje nie akcja, ale dialogi oraz relacje między poszczególnymi postaciami. W tym sensie obraz Michaela Almereydy, będący w końcu adaptacją sztuki teatralnej, budzi żywe skojarzenia ze sceniczną twórczością wybitnego rosyjskiego dramaturga, Antoniego Czechowa.


          Marjorie Prime najbliżej chyba do filmu Her (Ona) Spike’a Jonze’a. W obu obrazach mamy skomputeryzowane wizje przyszłości, w których sztuczna inteligencja sukcesywnie zajmuje miejsce człowieka, zapewniając ludziom poczucie komfortu i bezpieczeństwa. Programy komputerowe mają bowiem tę przewagę nad człowiekiem, że mogą pozwolić sobie na luksus doskonałości, całkowicie poza zasięgiem ułomnej ludzkiej kondycji. Sztuczna inteligencja w Marjorie Prime jest w swojej wiedzy zależna od człowieka. To w końcu człowiek jest jedynym źródłem wspomnień dla maszyny. Ale pamięć to rzecz względna, łatwa w manipulacji i podatna na całkowitą utratę. W filmie Almereydy główna bohaterka cierpi na starczą demencję, przez co bardzo powoli, dzień po dniu, jej tożsamość ulega rozmyciu. Kolejne wspomnienia giną bezpowrotnie, a ich jedynym depozytariuszem (poza oczywiście najbliższą rodziną) staje się Walter, hologram nieżyjącego męża. Nietrudno przewidzieć, że nadejdzie taki dzień, w którym to program komputerowy przewyższy człowieka, wiedząc o nim znacznie więcej, niż on sam jest sobie w stanie przypomnieć. Być może jest to najlepszy sposób na ludzką nieśmiertelność: przetrwać nie w pamięci potomnych (śmiertelnych też w końcu), ale właśnie w pamięci komputerowego programu, sztucznej inteligencji, która ma o wiele większe szanse na przetrwanie niż śmiesznie krucha ludzkość. Wizja konwersujących ze sobą hologramów nas samych nie wydaje się wcale odległa ani szokująca.


          Poza Her do głowy przychodzą też skojarzenia z Zakochanym bez pamięci (Eternal Sunshine of the Spotless Mind) Michela Gondry oraz niedawną Ex Machiną w reżyserii Alexa Garlanda z 2014 roku z Alicią Vikander oraz Oscarem Isaac’iem. Tak jak Zakochany Michela Gondry, jest Marjorie Prime filmem o pamięci, która kształtuje naszą tożsamość. Bez wspomnień nie jesteśmy już tymi samymi osobami, jesteśmy nikim. Ich utrata równoznaczna jest z postradaniem własnej tożsamości. Gesty, tiki, a nawet anatomiczne szczegóły można modyfikować bez większych konsekwencji, są drugorzędne w rozwoju i ewolucji naszej osobowości. Wspomnienia jednak to już zupełnie inna bajka. Pamięć jest dla nas tak ważna, a jednocześnie może być tak instrumentalna i podatna na zmianę. Jest w Marjorie Prime coś z tej perwersyjnej tendencji ludzkiego mózgu do ciągłego modyfikowania przeszłych wspomnień, ich upiększania lub wręcz wypierania ze świadomości. Tak jakbyśmy chcieli stworzyć w naszym umyśle lepszą wersję nas samych i naszego przeszłego życia. Perwersyjne jest także być może tworzenie hologramów naszych nieżyjących bliskich i uczenie ich tego, kim były i jak się zachowywały ich ludzkie pierwowzory. W ten sposób nie tworzymy bowiem wiernej kopii naszych zmarłych ukochanych, ale ich ulepszone wersje, wolne od wad i niedociągnięć oryginałów. Tylko czy doskonałość może być wystarczającym pocieszeniem?


9 grudnia 2017

Beach Rats. Bierny przedmiot pożądania.

          Kamera w filmie Beach Rats podpatruje młode, męskie ciała w chwilach całkowitego rozluźnienia: gdy chłoną promienie słoneczne na plaży, bezmyślnie wpatrując się w horyzont, lub gdy w deszczu półnago grają w piłkę ręczną. W obrazie reżyserki Elizy Hittman męskie ciało zostaje uprzedmiotowione, stając się biernym bohaterem całej opowieści, która bardziej niż z regularnej fabuły składa się z serii zmysłowych interakcji, po których w głowach bohaterów nie pozostaje nic poza bardzo ulotnym wspomnieniem. Seksualne przygody protagonisty filmu, 19-letniego Frankie’go (Harris Dickinson), są niczym sztuczne ognie w świąteczną noc – pozostaje po nich uczucie niedosytu i oszołomienia. Sam chłopak czuje się coraz bardziej zagubiony, spotykając się z nową dziewczyną w dzień, w nocy zaś wyszukując w sieci starszych mężczyzn na seks. Lato, plaża, narkotyki i bezmiar wolnego czasu tylko paraliżują jego wolę, czyniąc z niego bierny przedmiot pożądania.


          Reżyserką i autorką scenariusza Beach Rats jest Eliza Hittman, młoda i niezależna amerykańska twórczyni, znana ze swojego wcześniejszego filmu It Felt Like Love z 2013 roku. W dramacie Beach Rats reżyserka ponownie przygląda się młodości, tym razem w jej męskim i homoerotycznym wydaniu. Obraz debiutował w konkursie głównym na festiwalu Sundance w 2017 roku, zdobywając dla jego autorki nagrodę za reżyserię. Niezwykle ulotny i sensualny w swojej warstwie wizualnej Beach Rats zapada w pamięć jako film o nieuchwytności pragnienia.


          Frankie (debiutujący na dużym ekranie Harris Dickinson) jest nastolatkiem z Brooklynu, mieszkającym z matką (Kate Hodge), młodszą siostrą i umierającym na raka ojcem. Większość czasu chłopak spędza poza naznaczonym śmiertelną chorobą domem, rozprowadzając narkotyki i włócząc się po okolicznych plażach ze znajomą paczką. Frankie poznaje też Simone (Madeline Weinstein), młodą i pewną siebie dziewczynę, której zdobycie stawia sobie za punkt honoru. Pożądanie kieruje go jednak w inną stronę, każąc mu szukać seksualnych partnerów na gejowskich portalach. Śmierć ojca, narkotyki i seks ze starszymi mężczyznami tylko pogłębiają jego wewnętrzne rozdarcie oraz niemożność wzięcia życia we własne ręce.


          Grający Frankie’go Harris Dickinson to idealnie wyrzeźbiony chłopak o pięknej twarzy. Nic zatem dziwnego w tym, że starsi od niego faceci, idąc z nim do łóżka, czują się, jakby wygrali los na loterii. Frankie nie uważa się jednak za geja ani nawet za biseksualistę. Uprawia seks z facetami, tak jakby był to kolejny rodzaj narkotyku, którymi zresztą handluje w okolicy dla pieniędzy. W seksie jest tak samo pasywny, jak w życiu, oddaje się innym mężczyznom równie bezwolnie, jak bezcelowo włóczy się z grupą znajomych rówieśników po plaży oraz lokalnych knajpach, a wszystko to dla zabicia wolnego czasu i ucieczki od naznaczonego śmiercią ojca domu. Dziewczynę, Simone (Madeline Weinstein), ma bardziej po to, by zaimponować kolegom, niż dla rozładowania ciągle narastającego seksualnego napięcia. Trudno wymagać od 19-latka odpowiedzi na kluczowe w życiu pytania, ciężko jednak patrzeć na jego niezdecydowanie i miotanie się pośród sprzecznych pragnień oraz nieodpowiednich znajomych. W swojej życiowej bierności Frankie bliski jest utraty całkowitej kontroli.


          Beach Rats jest bardzo autentyczny w swoim portrecie zagubionego seksualnie i nie tylko nastolatka. Młodziutki Harris Dickinson rewelacyjnie spisuje się w swojej debiutanckiej roli, będąc fenomenalnym aktorskim odkryciem. Jego naturalność i pełna swoboda uwiarygodniają film, czyniąc z niego intrygujący wycinek współczesności. Eliza Hittman obsadziła w głównej roli początkującego aktora o perfekcyjnym ciele, koncentrując się na przedstawieniu go jako powszechnego przedmiotu pożądania. Reżyserce udało się z powodzeniem odwrócić wszechobecne w kinie uprzedmiotowienie kobiecego ciała, robiąc to samo w swoim filmie z męskimi sylwetkami. Operatorką Beach Rats również jest kobieta (Francuzka Hélène Louvart), przez co w obrazie obserwujemy męskie ciała oczami jego autorek o wyraźnie voyeurystycznych tendencjach. W Beach Rats to mężczyźni dla odmiany są bezwolni i uprzedmiotowieni, pogubieni oraz niezdecydowani. Gejowskie porno nie ma już od teraz monopolu na traktowanie mężczyzn jak seksualnych artefaktów.


25 listopada 2017

Ingrid Goes West. Stalking i celebrytoza.

          Czy ktoś pamięta jeszcze, co robiliśmy, gdy nie było Facebooka, Twittera czy Instagrama? To w końcu nie tak zamierzchłe czasy, ledwie dziesięć lat temu… Pewnie więcej czasu spędzaliśmy poza domem, może czytaliśmy więcej książek, zdecydowanie mniej natomiast wiedzieliśmy o prywatnym życiu znajomych i przyjaciół, a jeśli już czegoś się o nich dowiadywaliśmy, to raczej dzięki spotkaniu w kawiarni lub na obiedzie. Teraz trudno wyobrazić sobie życie bez mediów społecznościowych, niektórzy codziennie muszą odwiedzić swojego Facebooka, żeby opublikować nowe zdjęcie, polubić coś, udostępnić link lub skomentować czyjś wpis. Chyba najwyższy czas na przeprowadzenie naukowych badań na temat wpływu mediów społecznościowych na naszą psychikę. Film Ingrid Goes West jest ciętą satyrą na negatywne przejawy uzależnienia od życia w sieci, jakimi mogą być stalking i celebrytoza. Główna bohaterka tego obrazu popada w niezdrową fascynację jedną z wielu gwiazd Instagrama. Zauroczenie prywatnym życiem zupełnie obcej osoby staje się tak silne, że tytułowa Ingrid (w tej roli Aubrey Plaza) w ogóle nie rozwija własnego, ale z uporem maniaczki stara się wkraść w łaski lokalnej celebrytki i ogrzać ciepłem jej pozornie idealnego życia. Chyba nie trzeba dodawać, że z wyjątkowo opłakanymi konsekwencjami…


          Ingrid Goes West jest czarną komedią, której twórcy scenariusza, Matt Spicer oraz David Branson Smith, uhonorowani zostali nagrodą Waldo Salt Screenwriting Award, przyznawaną na festiwalu Sundance dla najlepszego scenariusza. Pokazany na Sundance w 2017 roku obraz jest reżyserskim debiutem dla Matta Spicera, który obrał sobie bardzo aktualny temat i potrafił go poprowadzić z wyczuciem oraz satyrycznym zacięciem. Tragikomiczna Ingrid Goes West stanowi świetne memento dla tych, którzy za dużo czasu spędzają w sieci obserwując życie innych.


          Tytułowa Ingrid Thorburn (idealna w tej roli Aubrey Plaza) to psychicznie zaburzona dziewczyna z Pensylwanii, która po śmierci matki i odziedziczeniu po niej sporej sumy pieniędzy postanawia przeprowadzić się do Los Angeles, aby tam nawiązać bezpośredni kontakt z lokalną gwiazdą Instagrama, niejaką Taylor Sloane (w tej roli Elizabeth Olsen), i wejść w orbitę jej (zdawałoby się) perfekcyjnego życia. Taylor jest jednak daleka od ideału, Ingrid zaś daleko do psychicznej równowagi. Znajomość obu dziewczyn szybko więc przeradza się w obyczajową czarną komedię.


          Najbardziej fascynujące w Ingrid Goes West jest to, jak główna bohaterka za wszelką cenę stara się stać częścią towarzyskiego kręgu obserwowanej przez siebie celebrytki, zupełnie przy tym ignorując rozwój własnego życia prywatnego. Sensem jej egzystencji staje się z dnia na dzień chodzenie do tych samych klubów, restauracji, sklepów, czytanie tych samych książek, jedzenie tych samych potraw i przede wszystkim brylowanie w bezpośredniej bliskości popularnej na Instagramie Taylor. Aby nawiązać z dziewczyną rzeczywisty kontakt Ingrid przenosi się z Pensylwanii do Kalifornii, wynajmuje mieszkanie w sąsiedztwie, po czym porywa psa Taylor, aby pod pretekstem jego odnalezienia i zwrócenia właścicielce znaleźć się wreszcie pod dachem domu przedmiotu swojej obsesji. Wszystko dla Ingrid może stać się instrumentem w jej dążeniu do zacieśnienia przyjacielskiej więzi z Taylor, w tym również inni ludzie. Takim środkiem do celu jest dla Ingrid Dan Pinto (O’Shea Jackson Jr.), sympatyczny chłopak, od którego dziewczyna wynajmuje mieszkanie. Ingrid nawiązuje z Danem romantyczną relację, ale tylko po to, aby skorzystać z jego samochodu i nie wyjść przed Taylor na samotną dziwaczkę bez faceta. Kiedy jednak brat Taylor, Nicky Sloane (Billy Magnussen), przejrzy na wylot plan i zamiary Ingrid, nasza heroina nie cofnie się w swoim szaleństwie przed bardzo drastycznymi krokami.


          Aubrey Plaza została w Ingrid Goes West perfekcyjnie obsadzona w roli psychicznie zaburzonej stalkerki. Znana głównie z komediowych ról aktorka posiada bardzo charakterystyczną ‘szaloną’ parę oczu, które w połączeniu z jej śmiertelnie poważnym wyrazem twarzy tworzą wyjątkowo nieufnie wyglądającą całość. Czarna komedia to wymarzone pole do popisu dla tej specjalizującej się w ironii i sarkazmie aktorki. Jako Ingrid Plaza jest przekonująco zafiksowana na punkcie przedmiotu swojej wirtualnej obsesji, jej przypadek jest dosłownie kliniczny. Wirtualna fascynacja Ingrid przekłada się na całkowicie realny stalking. Dziewczynę wcale nie zraża fakt, że prawdziwe życie Taylor Sloane mocno odbiega od kolorowej idylli Instagrama. Lokalna gwiazdeczka jest w istocie dość płytka i niemiła, jej życie zbudowane na samych pozorach, a chłopak, Ezra (Wyatt Russell), jest udawanym artystą. Para sztucznie tworzy wokół siebie aurę sukcesu i popularności, choć tak naprawdę to pozbawiony większego talentu duet początkujących aspirantów. To wymieszanie prawdy i fałszu we współczesnych mediach społecznościowych niejednego może w końcu doprowadzić do szaleństwa.


12 listopada 2017

Landline. Dyskretny urok lat 90-tych.

            W filmie Landline Gillian Robespierre przenosimy się do 1995 roku, czyli do czasów, kiedy nie było jeszcze telefonów komórkowych ani mediów społecznościowych, dane natomiast zapisywało się na dyskietkach na ogromnych i migających sztucznym światłem monitorach stacjonarnych komputerów. No i oczywiście najpowszechniejszą metodą komunikacji był telefon stacjonarny, najlepiej na jak najdłuższym kablu (właśnie takie jest znaczenie angielskiego słowa ‘landline’). W swoim drugim pełnometrażowym obrazie niezależna reżyserka zabiera nas w nostalgiczną podróż do dekady, w której ona sama dorastała i którą wskrzesza, opowiadając historię nowojorskiej rodziny na krawędzi rozpadu. Dana (Jenny Slate) i Ali (Abby Quinn) to dwie siostry, które podejrzewają, że ich ojciec, Alan (John Turturro), zdradza ich matkę, Pat (Edie Falco). Siostry rozpoczynają więc swoje prywatne śledztwo, w trakcie którego przetestują trwałość rodzinnych więzi.


          Gillian Robespierre napisała scenariusz do Landline wspólnie z Elisabeth Holm. Obie kobiety postanowiły osadzić swoją opowieść w samym środku lat 90-tych, dekady, w której dorastały i którą w swoim filmie potraktowały z nieukrywaną nutą nostalgii. Gillian Robespierre pokazała Landline premierowo w głównym konkursie dramatycznym na Sundance Film Festival Anno Domini 2017. Reżyserka powróciła na Sundance po bardzo dobrym przyjęciu i sukcesie swojego pierwszego dużego metrażu, czyli obrazu Obvious Child z 2014 roku, z Jenny Slate w głównej roli, którą Robespierre ponownie i z dużym wyczuciem obsadziła w charakterze protagonistki w Landline.


          W poprzednim filmie Robespierre, Obvious Child, tematem przewodnim była aborcja. W komediodramacie Landline reżyserka mierzy się natomiast z rozwodem i poważnym zachwianiem rodzinnych więzi. Dana (Jenny Slate) i Ali (Abby Quinn) to dwie siostry, których wzajemne relacje są dalekie od ideału, żeby nie określić ich mianem jawnie wrogich. Sytuacja zmienia się jednak drastycznie, gdy obie dziewczyny wpadają na trop pozamałżeńskiego romansu ojca (granego w filmie przez Johna Turturro). Paradoksalnie, widmo rozpadu małżeństwa rodziców zbliża siostry do siebie, a nawet pozwala im łaskawszym okiem spojrzeć na dominującą matkę (graną przez fenomenalną jak zawsze Edie Falco). Dana ma przy okazji własne dylematy, jej długoletni związek z Benem (Jay Duplass) przechodzi pierwszy poważny kryzys w momencie, gdy dziewczyna wdaje się w romans z Nate’m (Finn Wittrock).


          Landline jest w pierwszej kolejności kameralnym filmem o rodzinie na granicy dezintegracji. Nowojorska familia Jacobs’ów ma już długi staż i co za tym idzie więzi ją łączące mocno osłabły wraz z upływem lat. Grana przez Edie Falco Pat jest rozczarowana swoim mężem, którego wini za słabość charakteru i brak większych ambicji. Ona sama jest typem dominującej kobiety sukcesu, która realizuje się na kierowniczym stanowisku w pracy, ale spodnie nosi też i w domu. Alan (John Turturro) ciepła i spełnienia szuka zatem poza domem, z dużym zaangażowaniem biorąc udział w warsztatach twórczego pisania (zawodowo jest copywriter’em w jednej z agencji reklamowych). To właśnie w jego mocno erotycznych wierszach młodsza z córek, Ali (Abby Quinn), znajduje dowody na pozamałżeński romans ojca. Ali dzieli się swoimi rewelacjami ze starszą siostrą, Daną (świetna Jenny Slate), po czym obie zaczynają śledzić Alana, aby udowodnić swoje podejrzenia. Gillian Robespierre przewrotnie ukazuje w swoim filmie, jak postępujący rozpad związku może uzdrowić oraz przywrócić komunikację pomiędzy poszczególnymi członkami rodziny. Pyskata i bezczelna Ali nie szczędzi (z wzajemnością) złośliwości swojej starszej siostrze, tocząc z nią nieustanne wojny podjazdowe. Gdy jednak na obie pada strach przed rozpadem związku rodziców, dziewczyny w okamgnieniu formują przymierze i zachowują się jak najlepsze przyjaciółki. Pozamałżeńskie przygody ojca przywracają również komunikację pomiędzy siostrami a ich twardą i dominującą matką, która przy tej okazji ujawnia również swoją czułą, zranioną stronę. W Landline zdrada i niewierność nie muszą koniecznie oznaczać końca ani unicestwienia więzi, kryzys może być też świetnym sposobem na ich oczyszczenie oraz uzdrowienie.


          W kontraście do wielu filmów rozgrywających się współcześnie w Landline ludzie niemal ekskluzywnie rozmawiają twarzą w twarz. W połowie lat 90-tych, kiedy to ma miejsce akcja filmu, nie było jeszcze komórek, a tym bardziej żadnych aplikacji oraz mediów społecznościowych. Do porozumiewania się nie wykorzystywano wtedy jeszcze żadnych internetowych komunikatorów, ostatnie lata swojej świetności przeżywał natomiast telefon stacjonarny… Dzięki nieobecności wirtualnego świata ludzie nadal spotykali się na kawę, chodzili do kina, a nawet do sklepów muzycznych, bogato zaopatrzonych w płyty CD i kasety… Problemy i nieporozumienia rozwiązywano kłócąc się w cztery oczy, bez pośrednictwa sms’ów, internetowych chat’ów i wpisów na Facebooku. Chociaż od końca lat 90-tych nie upłynęły jeszcze nawet dwie pełne dekady, to w Landline czuje się nieodpartą nostalgię do czasów, w których ludzie nie byli przez większą część dnia przyklejeni do ekranów swoich laptopów lub smartfonów. Dzięki temu dyskretny urok lat 90-tych miał o wiele bardziej ludzki wymiar.


28 października 2017

A Ghost Story. Teoria wiecznego powrotu.

          Całe nasze życie dokądś wracamy. Powracamy do rodzinnej miejscowości, do własnych rodziców, do przyjaciół, ukochanych, ulubionych książek, płyt, filmów, seriali. Cała nasza egzystencja w dorosłym życiu staje się mimowolnie nieustannym powrotem do tego, czego zaznaliśmy w dzieciństwie i młodości, do najlepszych ludzi, miejsc i doświadczeń z przeszłości. Najczęściej są to jednak powroty rozgrywające się tylko w naszej głowie. Powracamy jedynie we wspomnieniach, aby na nowo wskrzesić dawno już nieżyjących lub całkiem odmienionych ludzi, albo choćby odtworzyć z pamięci wygląd pradawnej krainy dzieciństwa.  W A Ghost Story Davida Lowery’ego główny bohater jako duch powraca do domu, w którym spędził najlepsze chwile ze swoją żoną. Nie rusza się stamtąd ani po wyprowadzce ukochanej, ani nawet po wyburzeniu budynku. Na wieki pozostaje przypisany do miejsca, które sobie wybrał i które było świadkiem najlepszych lat w jego życiu. A Ghost Story to filmowy poemat o niewiarygodnej mocy przywiązania.


          David Lowery napisał scenariusz do A Ghost Story zainspirowany własnym kryzysem egzystencjalnym i melancholią. W rezultacie powstał bardzo cichy oraz skromny dramat o niesamowitej wręcz sile rażenia, który podbił serca krytyków i publiczności już w trakcie swojej premiery na Sundance Film Festival w styczniu 2017 roku. Lowery wyreżyserował wcześniej bardzo dobrze również przyjęty na Sundance Wydarzyło się w Teksasie (Ain’t Them Bodies Saints), klimatyczny i romantyczny zarazem dramat kryminalny z 2013 roku, którego para głównych aktorów, Casey Affleck oraz Rooney Mara, powraca w A Ghost Story, aby znów wcielić się w parę tragicznie rozdzielonych kochanków.


          C. (Casey Affleck) oraz M. (Rooney Mara) są młodym małżeństwem, żyjącym w starym domu gdzieś na przedmieściach Dallas w Teksasie. C., muzyk i kompozytor, ginie w wypadku samochodowym nieopodal swojego domu. Podnosi się jednak ze szpitalnego łóżka i z prześcieradłem przykrywającym całe jego ciało (za wyjątkiem dwóch dziur na oczy) powraca do domu, aby czuwać nad pogrążoną w żałobie żoną. Duch C. staje się niemym świadkiem wszystkiego tego, co dzieje się z jego dawnym miejscem zamieszkania przez setki kolejnych lat. Pomimo jednak wyprowadzki żony i wyburzenia budynku, duch C. pozostaje w tym samym miejscu, aż czas zatacza pętlę i w charakterze biernego obserwatora dane jest mu na nowo przeżyć całą przeszłość. Jak wszystko na tym świecie, tak również wieczne oczekiwanie ducha C. znajdzie jednak swój ostateczny koniec.


          Wbrew tytułowi i plakatowi do filmu A Ghost Story nie jest idealnym horrorem na Halloween. Obraz nie jest w ogóle horrorem, to raczej jedyny w swoim rodzaju romantyczno-fantastyczny dramat, który, wychodząc z najbardziej obiegowych i uniwersalnych wyobrażeń o życiu pośmiertnym, porusza najbardziej ludzkie problemy miłości, samotności i przemijania. David Lowery stworzył scenariusz do filmu pod silnym wpływem melancholii oraz tęsknoty za konkretnym miejscem w Teksasie. Aura melancholii i niezwykle silnego przywiązania do jednej konkretnej przestrzeni dominuje w A Ghost Story. Całą historię oglądamy z perspektywy uwięzionego między światami ducha C., który nie chce odejść i opuścić ukochanej kobiety, a jeszcze bardziej nie chce porzucić swojego dawnego miejsca na świecie. Zamknięcie i przypisanie do ograniczonej przestrzeni podkreśla kadr filmu: małe, ciasne i kwadratowe pudełko, które przenosi na widza klaustrofobię oraz kondycję niemego obserwatora wydarzeń, będące udziałem protagonisty całej historii. Bardzo długie ujęcia w filmie (choćby to z Rooney Mara jedzącą w nieskończoność wegańską tartę czekoladową) ukazują z kolei piekło bezsilności i czyściec smutku w jednym: duch głównego bohatera nie może niczego zmienić, może tylko biernie przyglądać się temu, jak powoli rozpada się cały znany mu świat. Obserwuje nowych lokatorów, ich posiłki, imprezy, rozmowy o życiu, przemijaniu i naturze czasu. Staje się wreszcie ekspertem w tej ostatniej materii, powracając do początku i na nowo w czasowej pętli stając się świadkiem swojej własnej historii.


          A Ghost Story jest opowieścią nie tylko o powrocie, ale też i o czekaniu. Na co? Na to pytanie nie potrafi chyba sobie odpowiedzieć nawet sam główny bohater. Wiemy tylko, że czeka. Domyślamy się też, że nigdy się nie doczeka, bo nie po to się tutaj znalazł. Białe prześcieradło jest w filmie świadomą kliszą, po trosze ironiczno-komicznym banałem, ale w znakomity sposób podkreśla inność oraz obcość tytułowego ducha. Nie należy on do tego świata, to już nie jest jego miejsce, ale pomimo tego on wciąż tutaj tkwi i obserwuje. Takie przedstawienie czyni z niego figurę tyleż śmieszną, co żałosną i godną najgłębszego współczucia. Tak jak bezmierny jest ocean czasu, w którym porusza się duch, tak nieskończona jest jego samotność, nieograniczony smutek i niewymowna bezsilność. Po seansie A Ghost Story długo nie można opędzić się od uczucia przemożnej oraz wszechogarniającej melancholii. Czasami, zamiast nieustannie powracać i czekać, może lepiej po prostu zapomnieć.


14 października 2017

The Big Sick (I tak cię kocham). Rasowy rom-com.

          Ja cię kocham, a ty w śpiączce… - tak można byłoby w jednym zdaniu streścić fabułę The Big Sick, najlepszej amerykańskiej komedii romantycznej 2017 roku. Obraz Michaela Showaltera stanowi ciekawe odświeżenie tego zblazowanego i całkowicie oderwanego od rzeczywistości gatunku filmowego. Reanimacja rom-comu dokonuje się tu głównie poprzez sięgnięcie do rzeczywistych ludzkich doświadczeń i oparcie scenariusza na prawdziwej miłosnej historii. Jakby tego było jeszcze mało, scenariusz I tak cię kocham jest dziełem pary, która historię tę naprawdę przeżyła i postanowiła przerobić ją na filmowy materiał. Projekt okazał się pełnym sukcesem, a film The Big Sick dołączył do grona niezależnych komedii romantycznych, które obowiązkowo należy zobaczyć.


          I tak cię kocham wyreżyserował Michael Showalter według scenariusza napisanego wspólnie przez Emily V. Gordon i aktora Kumaila Nanjiani’ego, prywatnie małżeńskiej pary, która opowiedzianą w filmie historię własnego poznania i miłości przeżyła na własnej skórze w 2007 roku. Film pokazany został po raz pierwszy na Sundance w 2017 roku i z miejsca spotkał się z powszechnym uznaniem. Dystrybutorzy na tymże festiwalu prześcigali się wprost w ofertach zakupu praw do jego kinowego rozpowszechniania. Dużą rolę w powstaniu tego obrazu miał nie kto inny, jak sam Judd Apatow, reżyser i producent niezliczonej ilości udanych amerykańskich komedii, nie tylko romantycznych zresztą. To on najpierw nakłonił Gordon i Nanjiani’ego do napisania wspólnie scenariusza, a potem cały obraz wyprodukował.  Reżyser filmu natomiast, Michael Showalter, zrobił wcześniej udany Hello, My Name Is Doris (Cześć, na imię mam Doris, 2015), komediodramat z Sally Field w głównej roli, która wciela się w tym filmie w 60-latkę beznadziejnie zadurzoną w swoim 30-letnim koledze z pracy… Przy tak doświadczonym w komedii i romansie zespole musiało po prostu powstać nieprzeciętne dzieło.


          W I tak cię kocham aktor Kumail Nanjiani (znany między innymi z serialu HBO Dolina Krzemowa) wciela się w samego siebie, czyli komika pakistańskiego pochodzenia, który na jednym ze swoich show poznaje Emily (graną przez Zoe Kazan), młodą i urodziwą studentkę. Między parą zaczyna iskrzyć, niestety na przeszkodzie rodzącemu się uczuciu stają kulturowe różnice oraz tajemnicza choroba Emily, która doprowadza ją do stanu farmakologicznej śpiączki. W tym momencie próby Kumail musi zdecydować czy będzie wiernie trwał przy łożu chorej, czekając na jej powrót do przytomności, czy raczej spełni matrymonialne oczekiwania własnych rodziców i znajdzie sobie wreszcie pakistańską żonę.


          W historii związku Kumaila oraz Emily niemałą rolę odegrali rodzice obojga. W The Big Sick rzeczywiste postaci rodzicieli pary interpretowane są przez zawodowych aktorów, którzy kreują w filmie bardzo barwne oraz soczyste charaktery. Rodziców Emily zagrali Holly Hunter i Ray Romano. Małżeństwo przybywa z Karoliny Północnej do Chicago, żeby czuwać nad przebywającą w szpitalu w śpiączce córką, i dopiero wtedy poznaje Kumaila. Ich początkowa relacja jest niezwykle napięta, rodzice Emily wiedzą bowiem o wszystkich nieprzyjemnych detalach z ich miłosnej historii, ponadto to Kumail pod ich nieobecność wyraził zgodę na wprowadzenie ich córki w stan farmakologicznej śpiączki… Napięcie jednak opada, gdy tylko para decyduje się obejrzeć komediowy stand-up Kumaila, spędzając z nim coraz więcej czasu poza samym szpitalem. Sporo humoru rodem z Bollywood zapewniają z kolei rodzice samego Kumaila, w których wcielają się Anupam Kher oraz Zenobia Shroff. Para ma obsesję na punkcie islamskiej wiary syna, za wszelką cenę i dość nachalnie próbując mu znaleźć odpowiednią pakistańską wybrankę. Instytucja aranżowanego małżeństwa przybiera w I tak cię kocham formę niemalże komediowego skeczu, wygrywanego wielokrotnie i za każdym razem równie śmiesznego. The Big Sick znakomicie udowadnia tezę, że to kulturowe różnice między różnymi narodowościami bawią najbardziej, nigdy się właściwie nie starzejąc.


          Największym atutem I tak cię kocham jest przeniesienie na ekran rzeczywistej, słodko-gorzkiej historii romantycznej, która równie przekonująco wygrywa akcenty komediowe, jak i te dramatyczne. Dramatu bowiem w tej romantycznej w końcu komedii nie brakuje, żeby tylko przywołać ciężką chorobę i śpiączkę głównej bohaterki. I tak cię kocham czerpie z autentycznej historii, przez co przeszkód na drodze do spełnionej miłości jest wyjątkowo dużo, a wszystkie z ogromnym potencjałem zakończenia tego świeżego i kruchego uczucia. Już same kulturowe różnice między Kumailem a Emily budują między nimi solidną ścianę, brak akceptacji związku ze strony religijnych i tradycjonalistycznie nastawionych rodziców Kumaila od początku kładzie się cieniem na przyszłości pary. Nie potrzeba wcale ciężkiej choroby Emily, aby skutecznie podważyć sens istnienia tej miłości. Historia skończyła się ostatecznie dobrze, ale The Big Sick pokazuje, że szczęśliwe zakończenie w życiu może być tylko o włos od tragicznego finału. Kumail Nanjiani i Emily V. Gordon przez całe trzy lata pisali scenariusz do I tak cię kocham, chociaż w zasadzie niczego nie musieli wymyślać. Zestawiając z The Big Sick inne współczesne amerykańskie komedie romantyczne, mam silne przekonanie, że napisanie scenariusza do hollywodzkiego rom-comu nie może zajmować więcej niż trzy godziny…