27 maja 2017

Christine. Jest krew, jest czołówka.

           ‘If it bleeds, it leads’ (jest krew, jest czołówka) to stare redakcyjne powiedzenie, które krótko i zwięźle oddaje zamiłowanie mediów do przemocy i taniej sensacji. 15 lipca 1974 roku reporterka amerykańskiej stacji telewizyjnej WXLT Christine Chubbuck dała ostateczny wyraz swojej frustracji tym popularnym sloganem, strzelając sobie na wizji w tył głowy rewolwerem o kalibrze 38. W swoich ostatnich słowach przed udaną próbą samobójczą Christine Chubbuck odniosła się ironicznie do polityki własnej stacji, oferując widzom jej jak najbardziej dosłowną emanację: samobójstwo na żywo i w kolorze. Film Antonio Camposa Christine przedstawia ostatnie miesiące życia dziennikarki w formie pogłębionego studium charakteru. W zmagającą się z ciężką depresją, szalenie ambitną i inteligentną reporterkę wciela się znakomicie Rebecca Hall, dla której jest to niewątpliwie najlepsza dotychczasowa kinowa kreacja. Dzięki odważnej grze Hall oraz wnikliwemu scenariuszowi Craiga Shilowicha mamy możliwość wejścia w depresyjny świat Christine i zrozumienia uczuć oraz wydarzeń, które bezpośrednio poprzedziły jej tragiczną śmierć.


          Christine debiutowała na festiwalu Sundance w styczniu 2016 roku, będąc jednym z dwóch filmów poświęconych postaci Christine Chubbuck, które swoją premierę miały na tej samej imprezie. Drugim obrazem był dokument Kate Plays Christine w reżyserii Roberta Greene’a, w którym ukazano przygotowania aktorki Kate Lyn Sheil do odegrania roli Chubbuck. Reżyserem Christine jest Antonio Campos, dla którego to już czwarty pełnometrażowy obraz, ale pierwszy, który mógł liczyć na większy rozgłos. Scenariusz filmu napisał Craig Shilowich (nominacja do Independent Spirit Award w kategorii najlepszy pierwszy scenariusz). Shilowicha zainspirowała w szczególności historia postępującej depresji tytułowej bohaterki. On sam długo borykał się z tą samą chorobą, więc do historii Christine Chubbuck miał bardzo osobisty i pełen zrozumienia stosunek.


          Dramat biograficzny Antonio Camposa ukazuje ostatnie miesiące życia swojej bohaterki, reporterki telewizyjnej stacji WXLT w mieście Sarasota na Florydzie. Christine Chubbuck (Rebecca Hall) jest niezwykle ambitną i inteligentną kobietą, żądną zawodowego sukcesu. Jej dziennikarska robota jest solidna i bez zarzutu, Chubbuck interesują złożone problemy lokalnej społeczności, o których przygotowuje wyczerpujące i skłaniające do myślenia reportaże. Tak się jednak składa, że jej stacja ma bardzo niskie słupki oglądalności, w związku z czym jej przełożony, Michael (Tracy Letts), domaga się od swoich podwładnych bardziej ‘soczystych historii’, zgodnie z utartą formułą ‘if it bleeds, it leads’. Sfrustrowana takim podejściem Christine próbuje sprostać oczekiwaniom szefa, bardzo jej bowiem zależy na zawodowym awansie i przenosinach do bardziej prestiżowej stacji w Baltimore. Stres i presja nakładają się na pogłębiającą się u kobiety depresję oraz rozczarowanie swoim życiem osobistym (a raczej jego brakiem). Pasmo większych i mniejszych niepowodzeń prowadzi do pamiętnego 15 lipca 1974 roku, kiedy to w trakcie prowadzenia na żywo programu Suncoast Digest Christine serwuje swojej rodzinie, kolegom z pracy i publiczności przed telewizorami udaną próbę samobójczą.


          Chociaż oglądamy Christine znając dobrze finał filmu (a przynajmniej historię, która go zainspirowała), to w żaden sposób nie ujmuje mu to napięcia i intensywności. Ten paradoks jest owocem solidnej pracy twórców i aktorów, którzy z pasją oraz ogromnym zaangażowaniem opowiedzieli tragiczną historię Christine Chubbuck. W lipcu 1974 roku Christine zbliżała się do swoich 30-tych urodzin, ale jak wielokrotnie skarżyła się swojej rodzinie i przyjaciołom, wciąż była dziewicą. Jej nieudane życie romantyczne stanowiło ważny czynnik nasilającej się u niej depresji. W obrazie Antonio Camposa nasza bohaterka czuje ewidentny pociąg do swojego kolegi z pracy, George’a (w tej roli Michael C. Hall), który w stacji WXLT pracował jako główny prezenter wiadomości. Jej uczucie było jednak nieodwzajemnione, co jeszcze mocniej spychało Christine w stronę myśli samobójczych. W filmie pochylono się również uważnie nad relacjami dziennikarki z jej matką Peg (zagraną przez gwiazdę serialu Rectify J. Smith-Cameron), z którą Christine mieszkała i która równocześnie była jej najbliższą przyjaciółką. Silne i bliskie relacje z matką odbiły się negatywnie na życiu Christine w momencie, gdy jej rodzicielka znalazła sobie nowego życiowego partnera, ku ewidentnej zazdrości i gniewowi córki. Wcielająca się w reporterkę Rebecca Hall zyskała jednogłośne uznanie krytyków i branży za swój subtelny oraz wielowymiarowy portret Chubbuck. Niepowodzenia w życiu osobistym Christine dają się łatwo wytłumaczyć jej nieprzystępnym i wybuchowym (na granicy choroby dwubiegunowej często) charakterem. Rebecca Hall znakomicie uchwyciła w swojej grze ten odstręczający aspekt osobowości swojej bohaterki, marnującej swoją inteligencję w nieustannym dziele krytykowania siebie i najbliższych sobie ludzi. Rozczarowana brakiem własnych sukcesów, Christine nie potrafi docenić przyjaźni i wsparcia ani ze strony kochającej ją matki, ani bliskiej przyjaciółki z pracy Jean (Maria Dizzia). Reporterka nie ustaje także w atakach na swojego szefa, Michaela (Tracy Letts), z którym ściera się w temacie swojej dziennikarskiej roboty.


           W udramatyzowanej wersji ostatnich miesięcy życia Christine Chubbuck najbardziej dominującą siłą, popychającą bohaterkę do działania, wydaje się być jej nieprzeciętna ambicja. W filmie Antonio Camposa ambicja przyćmiewa depresję, każąc dziennikarce zawalczyć za wszelką cenę o awans w pracy. Aby to uczynić przełożony Christine radzi swojej podwładnej szukać bardziej sensacyjnych, szokujących publiczność tematów. W tym segmencie Christine staje się satyrą na ówczesne i współczesne także media, niezmordowane w pogoni za krwawym oraz soczystym newsem. W swojej reporterskiej pracy Chubbuck skupia się na złożonych i pozytywnych aspektach życia lokalnej społeczności w kurortowej Sarasocie, położonej na Florydzie nad Zatoką Meksykańską. Dogłębnie potraktowane lokalne problemy nie podwyższą jednak cudownie słupków oglądalności, stąd naciski szefa w kierunku bardziej atrakcyjnych reportaży frustrują niebywale dziennikarkę, która nie potrafi im sprostać. Sarasota to przecież nie Nowy Jork, Chicago lub Los Angeles, to nawet nie Baltimore, a samej Chubbuck daleko do dziennikarskiej hieny. Podejście szefa stacji budzi w Christine pogardę, w pewnym momencie z drwiną pyta wprost przełożonego, czy jeśli dostarczy mu nagranie płonących w wypadku samochodowym otyłych ludzi, to z miejsca uzyska zawodowy awans… W finale Christine Chubbuck nie zabiła jednak niezaspokojona ambicja, brak sukcesów w pracy czy uczuciowe rozczarowanie. Reporterka nie padła też ofiarą nastawionych na sensację oraz lejącą się obficie posokę mediów. Jej zabójca był cichy i mało medialny, ale za to nieubłagany. Depresja Christine żywiła się wszystkimi jej małymi i dużymi niepowodzeniami, romantycznymi oraz zawodowymi rozczarowaniami, aż w końcu poczuła się dostatecznie silna, aby przyłożyć jej rewolwer do głowy.


13 maja 2017

Tallulah. Ciężar macierzyństwa.

           Są takie kobiety, które nigdy nie powinny były mieć dzieci. Inne zostały matkami i włożyły w macierzyństwo całą swoją energię oraz nadzieję na przyszłość, ale w zamian dostały tylko rozczarowanie. Wreszcie istnieją kobiety, które nie mają i nie chcą mieć potomstwa, ale zaskakująco dobrze potrafią spisać się w roli matek. Film Tallulah ma trzy równorzędne bohaterki, trzy kobiety zmagające się w jakimś sensie z ciężarem macierzyństwa. Losy tych trzech obcych sobie kobiet zbiegają się w Nowym Jorku, a punktem stycznym staje się dziecko jednej z nich, nad którym to opieka staje się zalążkiem kryminalnej wręcz opowieści. Tallulah zaskakuje dojrzałością i mądrością obracającego się wokół tematu macierzyństwa scenariusza, stając się niezamierzenie bardzo ciekawą kontynuacją kultowego Juno z Ellen Page w roli głównej.


          Tallulah jest reżyserskim debiutem Sian Heder, twórczyni znanej z pracy nad serialem Orange Is the New Black. Sian Heder napisała scenariusz komediodramatu w oparciu o swoje osobiste doświadczenia z młodości, kiedy to pracowała jako niania w jednym z hoteli w Los Angeles. Obserwacje przyjeżdżających tam matek z dziećmi natchnęły ją do stworzenia zawikłanej historii trzech kobiet, mierzących się z rolą matki. Tallulah pokazana została premierowo na festiwalu Sundance z początkiem 2016 roku, a prawa do jej dystrybucji jeszcze przed pokazem nabył Netflix, dzięki czemu film można ekskluzywnie obejrzeć w streamingu na internetowej stronie wypożyczalni. Tallulah to kolejny przykład świetnego niezależnego filmu – obok m.in. Blue Jay oraz I Don’t Feel at Home in This World Anymore – za którego produkcję i dystrybucję odpowiada wyłącznie Netflix, który, poza byciem internetową wypożyczalnią DVD, oferuje również, stworzone za własne pieniądze, wysokiej klasy oryginalne seriale oraz niezależne filmy.


          Tytułowa Tallulah (w skrócie Lu) to grana przez Ellen Page młoda dziewczyna, która wraz ze swoim chłopakiem, Nico (Evan Jonigkeit), prowadzi żywot obieżyświata. Tallulah nie posiada ani domu, ani pracy, a wszystko co jest jej potrzebne do życia mieści się w małym vanie, w którym też para śpi i je, przemieszczając się po Stanach z miejsca na miejsce. Sytuacja nieoczekiwanie się zmienia, gdy Nico porzuca Lu, mając już dość takiego życia. Tallulah rusza więc swoją furgonetką do Nowego Jorku w poszukiwaniu Nico i pieniędzy na przetrwanie. Zamiast Nico Tallulah spotyka tam Margo (znakomita jak zwykle Allison Janney), matkę chłopaka, porzuconą niedawno przez swojego męża-geja. Odprawiona przez kobietę z kwitkiem, Tallulah próbuje swojego szczęścia w hotelu, gdzie wykrada sprzed pokoi resztki pozostawionego jedzenia. W hotelu dochodzi też do kluczowego zwrotu akcji, kiedy to Carolyn (Tammy Blanchard) bierze Lu za część hotelowej obsługi i powierza jej opiekę nad swą dwuletnią córeczką. Carolyn chce choć na chwilę uciec od roli matki, dlatego bez zbędnych ceregieli oddaje dziecko pod opiekę obcej dziewczynie, podczas gdy sama rusza w miasto się zabawić. Gdy następnego ranka budzi się skacowana w swoim hotelowym pokoju, po dziewczynie i dziecku nie ma najmniejszego śladu…


          Punktem wyjścia dla kryminalnej historii jest w Tallulah moment niezamierzonego porwania obcego dziecka przez tytułową Lu. Dziewczyna godzi się za pieniądze przypilnować córkę znudzonej matce, ale idzie z podopieczną spać do swojego samochodu. Gdy rankiem chce ją z powrotem odstawić do hotelu, w hallu roi się już od wezwanej przez Carolyn policji. Lu panikuje i ucieka z dzieckiem, po czym szuka pomocy u matki swojego chłopaka, Margo, której przedstawia dziewczynkę jako córkę swoją i Nico. Dość złożona i zawikłana fabuła filmu bardzo celnie ukazuje temat macierzyństwa, widziany przez pryzmat trzech zupełnie różnych kobiet. Carolyn (grana przez Tammy Blanchard) nie powinna była w ogóle mieć dziecka. Scena w hotelu, kiedy to Carolyn pozbywa się desperacko swojej córki, aby móc iść w miasto i uwieść mężczyznę, to poruszające studium kobiecości schwytanej w pułapkę macierzyństwa. Narcystyczna i egocentryczna Carolyn widzi tylko siebie, chce być przede wszystkim atrakcyjna dla mężczyzn, a dziecko jest dla niej tylko tanim chwytem, mającym na celu przywiązać do siebie faceta. Carolyn nie jest jednak tylko godną pożałowania złą matką, w jej bezradności i życiowej pomyłce kryje się głęboki tragizm kobiety, która nie została stworzona do roli matki. Przeciwieństwem Carolyn jest Margo (Allison Janney), która (jak sama przyznaje się w pewnym momencie) zawsze marzyła o tym, aby mieć własną rodzinę. W stworzenie ogniska domowego Margo włożyła całą swoją życiową pasję, ale mąż okazał się być gejem, a syn (Nico) niewdzięcznikiem. Obaj opuścili Margo, której do towarzystwa w nowojorskim apartamencie pozostał tylko żółw w akwarium. W tę niezasłużoną samotność Margo wkracza pewnego dnia Tallulah z rzekomą wnuczką. Komediowa połówka tego komediodramatu rozgrywa się właśnie w sferze zaskakującej przyjaźni, która zaczyna kiełkować między dwiema tak różnymi osobowościami. Dysonans pomiędzy poukładaną i mieszczańską Margo a żyjącą dotychczas na ulicy Lu to niezawodne źródło humoru oraz dobrej komedii charakterów.


          Atutem Tallulah są bardzo dobrze napisane kobiece postaci, fenomenalnie też zagrane przez trzy główne aktorki. Ellen Page i Allison Janney spotkały się wcześniej na planie świetnego Juno z 2007 roku, gdzie Janney grała macochę tytułowej Juno. W Tallulah Ellen Page wciela się w dziewczynę, która mogłaby być z powodzeniem starszą o kilka lat wersją Juno. W inteligentnym filmie Sian Heder Lu, podobnie jak wcześniej Juno, mierzy się z wyzwaniem niespodziewanego macierzyństwa. O ile w obrazie Jasona Reitmana była to nieplanowana ciąża, to w Tallulah rola matki jest jeszcze bardziej przypadkowa i narzucona przez splot niekorzystnych okoliczności. W finale obu filmów bohaterkom rodzicielstwo nie jest pisane, ale w obu przypadkach postaci grane przez Ellen Page wykazują się nie pasującą do tak młodego wieku dojrzałością, dzięki czemu wiemy, że zarówno Juno, jak i Tallulah byłyby jednak dobrymi matkami, jeśli kiedykolwiek podjęłyby taką świadomą decyzję. W jednej ze scen filmu Tallulah zwierza się Margo, że lepiej i bezpieczniej jest nie być nikomu potrzebnym, bo przecież brak zależności od innych ludzi nie stwarza ryzyka rozczarowania nimi. Od początku jednak wiemy, że to nieprawda. I wiemy, że Tallulah też to zrozumie, prędzej czy później.


29 kwietnia 2017

Catfight. Człowiek człowiekowi… człowiekiem.

          Wisława Szymborska napisała kiedyś wiersz o tym „jak dobrze się trzyma w naszym stuleciu nienawiść”, bystrze w nim zauważając, że „jakie to łatwe dla niej – skoczyć, dopaść”. Dosłownie o niebywałej ‘fizycznej sprawności’ nienawiści traktuje film Catfight w reżyserii Onura Tukela. Veronica (Sandra Oh) i Ashley (Anne Heche) to dwie szczerze się nienawidzące bohaterki tej czarnej komedii, których wzajemna niechęć jest tak zapiekła, że doprowadza je obie na granicę życia i śmierci. W bardzo dosłownej oraz okrutnej satyrze na współczesną Amerykę i jej społeczeństwo, jaką jest Catfight, jej bohaterki nie poprzestają na wymianie złośliwości i wyzwisk pod swoim adresem: dochodzi do rękoczynów, i to godnych kina akcji pierwszej klasy. Trzy odrębne sekwencje trzech różnych pojedynków Veroniki i Ashley to w filmie kulminacje absurdalnych sytuacji oraz zachowań, które współcześnie uchodzą za całkowicie normalne. Najmniej absurdalne w tym obrazie wydają się natomiast krwawe sparingi dwóch kobiet, które są tylko ich atawistyczną reakcją na głupotę i nonsensy dzisiejszego świata.


          Reżyserem oraz autorem scenariusza do Catfight jest Onur Tukel, amerykański aktor, malarz i filmowiec tureckiego pochodzenia. Onur Tukel związany jest blisko z nowojorską niezależną sceną filmową, od połowy lat 90-tych ubiegłego wieku tworzącym w Nowym Jorku swoje autorskie projekty. Catfight jest jego ostatnim filmem, z którym Onur Tukel pojawił się premierowo na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Toronto we wrześniu 2016 roku. Obraz uzyskał spore zainteresowanie filmowego środowiska nie tylko ze względu na swój temat oraz intrygującą historię, ale przede wszystkim z uwagi na pełen zaangażowania fantastyczny duet obsadowy Sandry Oh i Anne Heche, które swoimi rolami dwóch nieubłaganych rywalek odstawiają w Catfight prawdziwy aktorski popis życia.


          Veronica (Sandra Oh) jest mieszkającą w Soho w Nowym Jorku zamożną panią domu, której mąż to biznesmen prosperujący na terenach ogarniętych wojną. Veronica ma młodego, zdolnego syna i ewidentny problem z alkoholem. Ashley (Anne Heche) jest artystką-malarką, której obrazy nie cieszą się zbytnią popularnością, stąd kobieta pomaga w charakterze kelnerki swojej dziewczynie, Lisie (Alicia Silverstone), w obsłudze urodzinowego przyjęcia dla znacznie lepiej sytuowanych. To właśnie na tym przyjęciu dochodzi do niespodziewanego spotkania Ashley i Veroniki, znających się wcześniej z college’u. Szybko staje się jasne, że kobiety nigdy nie darzyły się przesadną sympatią. Kontrasty ich obecnego życia (artystyczne niespełnienie i brak pieniędzy Ashley kontra bogactwo oraz bycie żoną na pokaz Veroniki) tylko pogarsza ich wzajemną percepcję, dając impuls do bezprecedensowej bójki, która na resztę życia zakotwiczy egzystencję obu kobiet w bezinteresownym dążeniu do zniszczenia rywalki.


          Na promującym Catfight plakacie możemy przeczytać, że jest to ‘czarno-niebieska komedia’ (a black and blue comedy), co w tym przypadku może znaczyć tylko jedno: odmalowana w filmie natura ludzka nie dość, że skłania widza ku pesymizmowi, to jeszcze popycha go w stronę depresji… Nie musimy się jednak obawiać traumatycznych doznań psychicznych po kontakcie z Catfight: komedia ta nie pozostawia nam najmniejszych złudzeń co do małostkowości i okrucieństwa jego bohaterek, ale robi to w tak fenomenalnie lekki oraz katarktyczny sposób, że w finale jesteśmy bardziej zdumieni niż przygnębieni nędzą ludzkiej natury. A jest to nędza niebotycznych wręcz rozmiarów: aby ją lepiej jeszcze naświetlić Onur Tukel rezygnuje w swoim filmie z zasad prawdopodobieństwa, każąc obu swoim bohaterkom zapaść w dwuletnią śpiączkę w różnym czasie i przebudzić się w całkowicie odmienionym świecie. Veronica i Ashley w zupełnie innych okresach swojej egzystencji zostają doświadczone niczym biblijny Hiob: tracą dosłownie wszystko, czego dorobiły się w swoim długim życiu. Najbardziej spektakularne życiowe perturbacje nie są jednak w stanie zmienić ich wzajemnej nienawiści, która do końca pozostaje główną siłą sprawczą ich działań. Bezwzględna rywalizacja dwóch (cywilizowanych w końcu) kobiet w średnim wieku budzi oczywiście śmiech i niezdrową ekscytację, ale ich waśń jest całkiem na poważnie, podobnie jak całkiem na poważnie wyglądają ich trzy filmowe sparingi, których nie powstydziłoby się dobre kino akcji. W pieczołowicie dopracowanej choreografii ich pojedynków objawia się najbardziej bezinteresowna nienawiść, idąca w parze z żądzą zniszczenia, tak typową dla ludzkiej mentalności.


          Catfight wykracza daleko poza komedię o dwóch skonfliktowanych paniach. Film ma ambicje bycia bezlitosną satyrą na amerykańskie społeczeństwo i jego popkulturę. Akcja obrazu dzieje się w bliżej nieokreślonej, ale całkiem niedalekiej przyszłości, w której USA w trosce o swoje geopolityczne interesy rozpętują krwawą wojnę na Bliskim Wschodzie. Młodzi chłopcy powoływani są do wojska, po czym giną tysiącami, a o nastrojach społecznych dowiadujemy się z telewizyjnych komentarzy, które w komiczno-ironicznym stylu informują o kolejnych wojennych hekatombach. Panuje powszechne zobojętnienie, ludzie uciekają w telewizyjną rozrywkę najgorszego sortu, której kwintesencją staje się skecz z ‘człowiekiem-maszyną do pierdzenia’… Kpiny z telewizji, sztuki oraz polityki stają się w Catfight miarą wartości i duchowego stanu społeczeństwa. Jego kondycja jest wyjątkowo marna – opiera się głównie na koniunkturalizmie, przewadze silniejszego nad słabszym, przemocy, a także jednostkowym egoizmie i znieczuleniu. Obie bohaterki Catfight nie żyją w próżni, są wzorcowym produktem swoich czasów: dominujące w ich otoczeniu nastroje przesączają się do ich własnej, skrajnie roszczeniowej percepcji świata. Wszelkie absurdy i frustracje otaczającego je świata bohaterki kumulują w sobie, po czym nieświadomie wyładowują je w postaci wzajemnej rywalizacji aż do wyniszczenia. Bardzo podobna relacja ma miejsce w fenomenalnym serialu Feud amerykańskiej stacji FX, w którym z zapartym tchem śledzimy wieloletni spór między dwiema wielkimi aktorkami złotej ery Hollywood: Bette Davis (Susan Sarandon) oraz Joan Crawford (Jessica Lange). Zarówno w dramatyczno-biograficznym serialu Feud, jak i w komediowo-satyrycznym Catfight dwie skonfliktowane kobiety stają się ofiarami swoich czasów, swojego otoczenia oraz przede wszystkim swojego rozbuchanego ja. Różnice charakteru bądź statusu nigdy nie wytłumaczą bezwzględnej nienawiści między Veroniką a Ashley. Przyczyny ich waśni leżą znacznie głębiej, mając swoje korzenie w tej pokręconej stronie natury człowieka, która w chwilach presji i zagrożenia każe nam rzucać się sobie do gardeł.


15 kwietnia 2017

I Don't Feel at Home in This World Anymore. Święte słowa.

          Ile razy w życiu mieliście poczucie, że czara goryczy się przepełniła, a jej zawartość powoli rozlewa się po waszym ciele? Z takiego właśnie stanu ducha bierze swój początek historia w filmie I Don't Feel at Home in This World Anymore. Nie od dziś wiemy, że świat w przeważającej części zaludniony jest przez obojętnych, całkowicie pozbawionych empatii dupków – ludzi, dla których priorytetem jest bezlitosna i chciwa eksploatacja wszelkich możliwych zasobów tej planety, bez względu na ich rodzaj. Ruth (Melanie Lynskey), główna bohaterka I Don't Feel at Home in This World Anymore, ma już powyżej uszu ludzkich pasożytów, żerujących na przyzwoitości osób takich jak ona. Kiedy jej dom pada ofiarą włamania i kradzieży, Ruth postanawia wziąć sprawy w swoje ręce, osobiście tropiąc potencjalnych włamywaczy przy pomocy dość ekscentrycznego sąsiada, Tony’ego (Elijah Wood). Para detektywów-amatorów nie podejrzewa jednak z jakiego kalibru socjopatami przyjdzie im się zmierzyć w finale.


          I Don't Feel at Home in This World Anymore jest filmowym debiutem reżyserskim Macona Blaira, aktora znanego m.in. ze swoich ról w niezależnych thrillerach Jeremy’ego Saulniera takich jak Blue Ruin (2013) czy Green Room (2015). Macon Blair, zainspirowany z pewnością swoim aktorskim doświadczeniem w tego typu filmach, postanowił napisać scenariusz i wyreżyserować swój własny thriller kryminalny, pożeniony jednak dodatkowo z czarną komedią, niepozbawioną dużej dawki absurdalnego humoru. I Don't Feel at Home in This World Anymore pokazano premierowo w głównym konkursie dramatycznym na Sundance Film Festival w styczniu 2017 roku. Obraz wygrał cały konkurs, zdobywając najbardziej prestiżową Grand Jury Prize na zakończenie imprezy. W nieco ponad miesiąc od premiery, w lutym 2017 roku film wszedł do dystrybucji w serwisie streamingowym Netflix, który ma do niego wyłączne prawa. I Don't Feel at Home in This World Anymore jest zatem pierwszym niezależnym zwycięzcą z Sundance, który nie będzie miał kinowej premiery: jego dystrybucja w całości odbywa się w Internecie w formie streamingu na Netflix.


           Melanie Lynskey wciela się w I Don't Feel at Home w postać Ruth, pielęgniarki w domu opieki nad starszymi osobami w miasteczku w stanie Oregon. Ruth jest zwyczajną, samotnie mieszkającą kobietą, którą irytują ciągłe przejawy rasizmu i egoizmu, manifestowane z dużą częstotliwością przez jej najbliższe otoczenie. Cierpliwość do ludzi kończy się w Ruth z chwilą, gdy jej dom staje się celem grabieży, a kobieta traci laptopa, leki i odziedziczony po ukochanej babce srebrny serwis. Gdy policja nie podejmuje żadnych skutecznych działań w celu ujęcia sprawców włamania, Ruth postanawia przeprowadzić swoje prywatne śledztwo. W dziele tropienia lokalnych rzezimieszków Ruth pomaga jej empatyczny i nieco ekscentryczny sąsiad z osiedla, Tony (w tej roli Elijah Wood). Im bardziej zaawansowany etap amatorskiego dochodzenia Tony’ego i Ruth, tym bardziej kryminalny komediodramat przeistacza się w tryskający czarnym humorem, nieprzewidywalny thriller.
         
         
          W jednej ze scen w filmie główna bohaterka przyznaje szczerze, jakie jest jej najgłębsze życzenie: i nie chodzi jej tylko o odzyskanie skradzionych rzeczy, ale przede wszystkim o to, aby ludzie przestali zachowywać się jak skończone dupki. Na każdym kroku Ruth natyka się na przejawy wrogości lub zobojętnienia ze strony innych ludzi, są to drobne rzeczy, jak na przykład skrajnie rasistowska podopieczna w pracy, ludzie nie respektujący kolejek przy kasie, czy bezmyślnie trujący powietrze spalinami ze swoich terenowych samochodów. Wszystko to jednak odkłada się w Ruth, czyniąc jej osobowość wysoce podminowaną. Miarka się przebiera, ale tylko po to, aby Ruth mogła się przekonać jak wielu psychopatów i socjopatów czai się w społeczeństwie. Ciężko by się oglądało I Don't Feel at Home in This World Anymore gdyby nie jego komediowa formuła. Czarny humor i rozliczne absurdy codziennego życia pozwalają nam oglądać ten film z ciągle rosnącym zaintrygowaniem. Im dalej w las, tym jest jeszcze ciekawiej: w fabule dużo się dzieje a elementy thrillera sprawiają, że jesteśmy nieustannie niemalże zaskakiwani. Sprawy szybko wymykają się spod kontroli a w powietrzu wisi coraz mroczniejsza satyra na tak zwanych zwykłych, przeciętnych obywateli.


          I Don't Feel at Home in This World Anymore jest filmem na małą skalę, na każdym kroku transparentna jest jego niezależność. Obraz portretuje niewielką, amerykańską społeczność i równie drobnych kryminalistów, których znajdzie się w każdym małym miasteczku. Przeciętna, zupełnie zwyczajna jest też heroina: Melanie Lynskey znakomicie wciela się tutaj w małomiasteczkową szarą myszkę, która z frustracji potrafi też ryknąć jak lew. Jej Ruth zdecydowanie odbiega od hollywoodzkich standardów bohaterki kina akcji: jej figura daleka jest od ideału, jej praca mało satysfakcjonująca, a ona sama nie jest ani przesadnie elokwentna, ani nadmiernie inteligentna. O pewnych brakach w jej inteligencji świadczyć mogą chociażby niebezpieczeństwa, na jakie się naraża w swojej krucjacie dla odzyskania babcinych sreber. Towarzyszący jej dobrowolnie w tym śledztwie Tony nie jest bynajmniej typem bodyguarda, wystarczy tylko przypomnieć, że w tę postać wciela się niepozorny Elijah Wood. Szara myszka i lokalny ekscentryk stanowią doskonałą parę do niezależnego filmu, a już na pewno dobrze wypadają w konfrontacji z bandą małomiasteczkowych socjopatów. To właśnie detale czynią z niezależnego kina prawdziwą siłę pociągową współczesnej amerykańskiej kinematografii. Te detale to zabarwiony absurdem, sytuacyjny często humor, klimat powszedniości i codzienności oraz wreszcie zwykli, przeciętni bohaterowie. Mała skala i duże ambicje owocują niezależnymi dziełami w rodzaju I Don't Feel at Home in This World Anymore. Oglądając takie filmy, znakomicie potrafimy się odnaleźć w ich świecie, który po części jest również naszym światem, w którym my także nie czujemy się już jak w domu.


1 kwietnia 2017

20th Century Women. Żywoty nieświęte.

            Trzy kobiety. Trzy pokolenia. Trzy mentalności. W filmie 20th Century Women przenosimy się do słonecznej, tętniącej życiem Kalifornii końca lat 70-tych ubiegłego wieku. Poznajemy trzy intrygujące kobiece biografie, których losy przecięły się w kalifornijskim Santa Barbara w 1979 roku. Żywoty to barwne, skomplikowane i wymykające się łatwej ocenie. Jednego tylko można być pewnym: bohaterkom 20th Century Women daleko do ortodoksji oraz tak zwanego życiowego poukładania. Wszystkie trzy eksperymentują z mężczyznami w swoim życiu, tak samo jak nie zadowalają się najprostszymi receptami na szczęście. Poznajemy zatem trzy frapujące kobiece portrety, które są niczym zrobione z zaskoczenia fotografie: mówią coś o swoim przedmiocie, jednocześnie pozostawiając jego esencję nieuchwytną.


            20th Century Women jest trzecim autorskim projektem filmowym niezależnego reżysera Mike’a Mills’a, znanego dobrze z wcześniejszych Debiutantów (Beginners) z 2010 roku. W Debiutantach Mills opowiedział nam historię swojego ojca, w którego w niezapomnianej roli wcielił się sam Christopher Plummer (i za którą to kreację dostał też Oscara). W 20th Century Women reżyser postanowił zmierzyć się z własnym dorastaniem oraz figurą matki. Oparty w części na autobiograficznych motywach komediodramat pokazany został po raz pierwszy na początku października 2016 roku na New York Film Festival. Napisany przez Mills’a scenariusz zgarnął w 2017 roku nominację do Oscara w kategorii najlepszy scenariusz oryginalny, sam film zaś był nominowany do Złotego Globu w kategorii najlepsza komedia/musical. Nominację do tej ostatniej nagrody otrzymała również Annette Bening za swój performance w roli Dorothei, postaci inspirowanej osobą matki reżysera obrazu.


            Centralną postacią w filmie jest Dorothea (świetna Annette Bening), 55-letnia samotna matka prowadząca pensjonat w Santa Barbara w południowej Kalifornii w końcówce lat 70-tych XX wieku. Dorothea ma dorastającego, 15-letniego syna Jamiego (Lucas Jade Zumann). Bojąc się popełnienia poważnych błędów wychowawczych, Dorothea zwraca się o pomoc do dwóch młodszych od siebie kobiet. Jedną z nich jest Abbie (znakomita Greta Gerwig), mieszkająca w pensjonacie Dorothei aspirująca fotografka, zmagająca się dodatkowo z nowotworem szyjki macicy. Drugą kobietą jest Julie (Elle Fanning), najlepsza przyjaciółka Jamiego, z którym łączy ją czysto platoniczna więź. Abbie i Julie mają zatem wspomóc Dorotheę w trudnym zadaniu przygotowania jej syna do życia w ciągle zmieniającym się świecie. Przy całkowitej nieobecności ojca, Jamie znajduje się pod przemożnym wpływem trzech bardzo różnych (i silnych) kobiecych charakterów, co tylko jeszcze bardziej komplikuje ten przełomowy okres w jego życiu.


             Mike Mills napisał scenariusz do 20th Century Women z myślą o własnym dojrzewaniu i relacjach z matką. Wcielająca się w postać Dorothei Annette Bening jest zatem emanacją rodzicielki reżysera filmu, a w każdym razie próbą uchwycenia osobowości tej dość nietypowej kobiety. Filmowa Dorothea jest ciekawym połączeniem apodyktyczności i liberalizmu. Ma bardzo silny charakter i postępowe (jak na swoją 50-tkę) poglądy. Dorothea prowadzi w Santa Barbara pensjonat, w którym zamieszkują ‘wolne duchy’. Wśród pensjonariuszy jest jeden mężczyzna, William (Billy Crudup), w którym Dorothea dostrzega potencjał do stania się figurą ojca dla jej samotnie przez nią wychowywanego syna, Jamiego. Prosty i prostoduszny William (rzemieślnik z zawodu) nie zdaje jednak egzaminu, dlatego Dorothea zwraca się z prośbą o pomoc w wychowaniu syna do dwóch skomplikowanych (każda na swój sposób) kobiet. Pierwsza z nich, Abbie (rewelacyjna jak zwykle Greta Gerwig), to ekscentryczna fotografka, która właśnie wygrała walkę z rakiem szyjki macicy. Abbie jest feministką i w ramach edukowania 15-letniego Jamiego podsuwa mu mnóstwo feministycznych pozycji z literatury, z których Jamie dowiaduje się dużo między innymi o stymulowaniu łechtaczki… Abbie zabiera też Jamiego na imprezy do klubów, gdzie uczy go uwodzić werbalnie starsze od niego kobiety. Zgoła inaczej przedstawiają się relacje młodego Jamiego z Julie (Elle Fanning), dziewczyną będącą właściwie w jego wieku. Julie traktuje chłopaka jak swojego najlepszego przyjaciela. Nie chce też (ku frustracji Jamiego) uprawiać z nim seksu w obawie przed zrujnowaniem ich specjalnej więzi. Wszystko to nie przeszkadza dziewczynie spędzać nocy w łóżku Jamiego (oczywiście bez wiedzy jego matki) i dzielić się z nim pikantnymi szczegółami na temat swojego pożycia seksualnego z innymi chłopcami… Ekscentryczność i feminizm Abbie oraz zadziorność i zbuntowanie Julie stanowią prawdziwe wyzwanie nie tylko dla dorastającego Jamiego, ale też dla samej Dorothei.


          Annette Bening daje kolejny popis w swojej karierze, kreując postać ciągle uciekającej wszelkim kategoryzacjom Dorothei. Grana przez Bening kobieta żyje niejako w samym centrum postępowych Stanów Zjednoczonych. Jest rok 1979 w południowej Kalifornii, wszyscy eksperymentują z narkotykami, popularny staje się punk, swój schyłek przeżywa era disco. Dorothea bacznie obserwuje to, co dzieje się wokół niej i najwyraźniej nie chce być uważana za sztywną i konserwatywną. Widzimy więc jak utrzymuje bliskie więzi z osobami młodszymi o całe pokolenie, wyprawia się nawet do klubu i próbuje marihuany. Nie uważa też, aby jej synowi konieczny do szczęścia był ojciec, woli raczej pozwolić mu na przebywanie w towarzystwie tak ekstrawaganckich kobiet, jak Abbie i Julie. W postaci Dorothei zderzają się pewność siebie i niepewność co do poczynionych życiowych wyborów. Dorothea zna dobrze siebie, wie, czego chce i co jest dla niej dobre, nie jest jednak przekonana, czy wie najlepiej, co jest dobre dla jej młodego syna. Gdzieś pomiędzy pewnością siebie i niepewnością co do innych ludzi i ich poczynań kształtuje się unikalny charakter Dorothei. Mike Mills po raz kolejny od czasów świetnych Debiutantów napisał znakomity scenariusz, który pozwala nam przyjrzeć się dokładnie jego nietuzinkowym bohaterom. Poza teraźniejszością bowiem poznajemy także, opowiedzianą w narracyjnych skrótach, ich przeszłość oraz przyszłość. I choć film ma niespełna dwie godziny, a intrygujących postaci jest kilka, to na koniec seansu mamy nieodparte wrażenie, że bardzo dobrze poznaliśmy ich zdecydowanie dalekie od świętości żywoty.



18 marca 2017

Moonlight. Historia miłości nieprzeżytej.

          Moonlight Barry’ego Jenkinsa ma narracyjną strukturę tryptyku, w którym w trzech zasadniczych odsłonach poznajemy historię czarnoskórego geja z okolic Miami na Florydzie. Trzech aktorów w różnym wieku gra postać Chirona, którego obserwujemy najpierw jako małego chłopca, następnie nastolatka, a wreszcie dorosłego mężczyznę. Dorastanie i problem tożsamości (głównie seksualnej) znajdują się w centrum zainteresowania twórców tego dzieła. Na ekranie pojawia się mnóstwo stereotypów kojarzonych z afroamerykańską społecznością w USA. Stereotypy te zostają jednak zakwestionowane, rozmontowane niejako od środka: w subtelny, niezwykle liryczny sposób życie bohaterów Moonlight nabiera na naszych oczach dwuznaczności i wielowymiarowości. To, co najważniejsze w tym filmie nie zostaje wykrzyczane, nie zostaje nawet wypowiedziane: wszystko staje się dla nas jasne w ostatnich scenach filmu za pośrednictwem spojrzeń, gestów i muzyki. W tak poetycki oraz intymny sposób odkrywana jest przed nami w Moonlight historia miłości nieprzeżytej.


          Twórcą Moonlight jest Barry Jenkins, niezależny czarnoskóry reżyser, znany wcześniej ze swojego udanego debiutu, czyli filmu Medicine for Melancholy (Lekarstwo na melancholię) z 2008 roku. Scenariusz Barry Jenkins napisał na podstawie nieopublikowanej sztuki teatralnej autorstwa Tarella Alvina McCraney’a pod tytułem In Moonlight Black Boys Look Blue. Moonlight jest drugim w dorobku Jenkinsa pełnym metrażem, pokazanym po raz pierwszy z początkiem września 2016 roku na Telluride Film Festival. Obraz od razu przykuł uwagę krytyków filmowych, stając się najwyżej ocenionym filmem 2016 roku. Znakomite recenzje przełożyły się na deszcz nagród: film zdobył w sumie osiem nominacji do Oscarów, sześć do Złotych Globów i cztery do nagród BAFTA. Moonlight zdobył Złotego Globa w kategorii najlepszy dramat oraz trzy Oscary, w tym dla najlepszego filmu, za najlepszy scenariusz adaptowany i za najlepszą rolę drugoplanową dla Mahershala Ali. Moonlight jest pierwszym obrazem o tematyce LGBTQ, który zdobył nagrodę Akademii dla najlepszego filmu.


         Postać Chirona, czarnoskórego mieszkańca Liberty City w obrębie Miami na Florydzie, grają po kolei trzej aktorzy. W pierwszym segmencie tryptyku bohatera jako małego chłopca (przezwanego przez inne dzieciaki ‘Little’) gra Alex R. Hibbert. Chłopiec wychowywany jest bez ojca przez swoją uzależnioną od narkotyków matkę (nominowana do Oscara za najlepszą drugoplanową rolę żeńską Naomi Harris). Prześladowany przez rówieśników Chiron poznaje dilera narkotyków Juana (Oscarowa kreacja Mahershala Ali), który otacza go opieką i szybko staje się dla niego namiastką figury nieobecnego ojca. W nastoletnim Chironie (granym w tym drugim segmencie przez Ashtona Sandersa) nasilają się problemy z tożsamością, głównie tą seksualną, jako że Chiron powoli uświadamia sobie swój homoseksualizm. Decydująca dla jego dalszego emocjonalnego rozwoju staje się znajomość z Kevinem (Jharrel Jerome), rówieśnikiem z tej samej szkoły. Epizod na plaży między tymi dwoma chłopcami ma fundamentalne znaczenie dla dorosłego już Chirona (w trzecim i ostatnim segmencie granego przez Trevante Rhodes’a). Po latach niewidzenia się dochodzi w finale filmu do ponownego spotkania Chirona z Kevinem (André Holland). To właśnie to spotkanie między dwojgiem dorosłych już mężczyzn stanowi piękną i intensywną emocjonalnie kulminację całego filmu.


           Moonlight osadzony jest i jednocześnie sfilmowany w afroamerykańskiej dzielnicy Liberty City w obrębie Miami na południu Florydy. W filmie pojawiają się wszystkie stereotypowe bolączki czarnej społeczności w Stanach Zjednoczonych: handel narkotykami, bieda, przemoc i rasizm. Matka bohatera filmu boryka się z uzależnieniem od cracku, najlepszy przyjaciel i opiekun małego Chirona w jednym to nikt inny jak lokalny diler narkotyków i przy okazji główny dostawca matki… Nieznający swojego ojca chłopiec jest ponadto nieustannie bity i prześladowany przez swoich rówieśników. Chiron nie dość, że jest czarny w Ameryce, to jeszcze homoseksualny w zamkniętej, nietolerancyjnej, opartej na męskiej przemocy wspólnocie. Wydaje się, że już gorzej być dla niego nie może. A jednak, stereotypy w filmie Barry’ego Jenkinsa zostają wywrócone niejako od środka. Moonlight nie staje się zatem kolejnym potwierdzeniem tego, jak źle i beznadziejnie wygląda życie typowego Afroamerykanina. Diler narkotyków Juan (nagrodzona Oscarem wybitna kreacja Mahershala Ali) nie jest wcale czarnym charakterem. Jego postać jest owszem bardzo dwuznaczna moralnie, ale jako człowiek Juan jest wybawieniem dla desperacko potrzebującego wsparcia Chirona. Juan staje się tak dobrym opiekunem dla naszego bohatera, że stanowi właściwie dla niego figurę ojca. Grana przez Naomi Harris matka Chirona, Paula, także nie jest w filmie tylko narkomanką, jest przede wszystkim samotną matką kochającą swoje dziecko, ale ewidentnie przegrywającą z uzależnieniem. Wreszcie ewolucja samego Chirona również zaskakuje. Bity, prześladowany i skrajnie nieśmiały homoseksualny chłopiec wyrasta na potężnego, umięśnionego dilera narkotyków… Wiemy, że to wciąż ten milczący i zaniedbany Chiron z dzieciństwa i czasu dojrzewania, ale teraz już nie do poznania wręcz opancerzony swoją podpatrzoną u innych władczą męskością. Konwencjonalne postrzeganie męskości także zostaje w Moonlight sprytnie zakwestionowane: macho wcale nie musi być okrutny i pozbawiony głębszych uczuć: macho może być tylko kostiumem, względnie pancerzem dla niepoprawnych romantyków.



          Oscar dla Moonlight jako najlepszego filmu w 2016 roku to prawdziwy przełom w historii nagród amerykańskiej Akademii. Jeszcze rok wcześniej ta sama Akademia została nazwana rasistowską za brak choćby jednej nominacji dla czarnoskórego artysty. Rok później filmem roku zostaje obraz Afroamerykanina z wyłącznie czarną obsadą i to na dodatek będący historią geja. Czasy najwidoczniej w pełni dojrzały, a amerykańska Akademia postanowiła dać odpór ciągle wysuwanym pod swoim adresem zarzutom o rasizm i homofobię, unicestwiając je za jednym zamachem. Moonlight to pierwszy film LGBTQ wygrywający najbardziej prestiżową amerykańską galę filmową. Jego zwycięstwo nie jest jednak tylko politycznym manifestem lub sukcesem mniejszości, to przede wszystkim triumf niezależnej sztuki filmowej, która w tak wyjątkowo subtelny i poetycki sposób potrafiła opowiedzieć historię jednego z nas.


4 marca 2017

Manchester by the Sea. Dom jest tam, gdzie boli.

          Manchester by the Sea prowadzi w rankingu najsmutniejszych filmów 2016 roku. Jedni piszą wprost o ‘symfonii cierpienia’, inni zaś o depresyjnej aurze bijącej z tego obrazu. Nie dajmy się jednak zwieść, Manchester by the Sea Kennetha Lonergana to jeden z najzabawniejszych dramatów obyczajowych, jakie zdarzyło mi się kiedykolwiek obejrzeć. I choć film rzeczywiście zbudowany jest na fundamencie ogromnej rodzinnej tragedii, to sposób opowiedzenia historii jest lekki i niemalże anegdotyczny. Kolejne sceny emanują codziennym, niewymuszonym humorem, jaki niesie ze sobą każde zwyczajne życie. Są oczywiście liczne momenty ściskające z całej siły za serce, ale pojawiają się one tak niespodziewanie i bez ostrzeżenia, że wywołują raczej zdumienie oraz zachwyt, niż ból i łzy. Manchester by the Sea sfilmowany jest z taką gracją oraz wyczuciem, że jego piękno bierze nas całkowicie z zaskoczenia, pozwalając długo jeszcze po zakończonym seansie wracać myślami do jego scen i bohaterów.


          Manchester by the Sea jest trzecim fabularnym dziełem niezależnego twórcy Kennetha Lonergana, który debiutował w 2000 roku znakomitym You Can Count on Me (Możesz na mnie liczyć) z Laurą Linney i Markiem Ruffalo. Obraz ten wygrał swego czasu nagrodę jury festiwalu Sundance i to właśnie tam powrócił Lonergan ze swoim najnowszym filmem, czyli Manchester by the Sea, w styczniu 2016 roku. Lonergan obraz wyreżyserował i napisał też do niego oryginalny scenariusz, który w lutym 2017 roku zdobył Oscara w swojej kategorii. Tak w ogóle to Manchester by the Sea zgarnął w sumie aż sześć nominacji amerykańskiej Akademii (w tym dla najlepszego filmu, reżysera, za scenariusz oryginalny i za aż trzy aktorskie role), które przełożyły się na dwa zwycięstwa w trakcie oscarowej gali: poza scenariuszem Oscara przyznano również Casey’mu Affleck’owi za pierwszoplanową rolę męską. Bezspornie jest więc Manchester by the Sea największym triumfem amerykańskiego kina niezależnego w 2016 roku.


          Manchester by the Sea to nadmorskie miasteczko w amerykańskim stanie Massachusetts. To właśnie tam z Bostonu musi powrócić główny bohater filmu, Lee Chandler (grany przez Casey’ego Afflecka), aby pochować starszego brata i zaopiekować się jego dorastającym synem. Zmarły brat, Joe Chandler (w tej roli powracający w retrospekcjach Kyle Chandler), wyznaczył w swoim testamencie Lee jako prawnego opiekuna dla swojego nastoletniego syna Patricka (nominowany do Oscara za tę kreację Lucas Hedges). Lee Chandler nie chce jednak przejąć odpowiedzialności za bratanka, a jeszcze bardziej nie w smak mu wizja powrotu do rodzinnego Manchester by the Sea. W serii retrospekcji poznajemy jego przeszłe dzieje i dowiadujemy się krok po kroku, jakie to wydarzenia z przeszłości ukształtowały jego obecny charakter.


          Perfekcyjnie zagrany przez Casey’ego Afflecka Lee Chandler to mężczyzna zrezygnowany, autodestrukcyjny i, co najistotniejsze, beznadziejnie pogrążony w poczuciu winy. Od początku filmu niejasne jest dla nas, co tak naprawdę uczyniło go takim człowiekiem. W Bostonie pracuje jako zwykły woźny i złota rączka, jest sam, pije sam i często wdaje się w barach w bezsensowne bójki z obcymi. Powrót do rodzinnego Manchester by the Sea jest mu wyraźnie nie na rękę, to konieczność, którą musi się zająć, ale którą jak najszybciej chciałby załatwić i wrócić do swojego bezbarwnego życia w Bostonie. Dzięki licznym retrospekcjom powoli zaczynamy rozumieć zachowanie Lee i powody jego wyjazdu z rodzinnego miasteczka. Jasne również staje się jego wycofanie i brak choćby śladowej ilości zadowolenia z życia. Dowiadujemy się też, że Lee miał kiedyś żonę i własną rodzinę. Grana przez Michelle Williams Randi Chandler (kolejna nominacja do Oscara), eks-partnerka Lee, pojawia się w filmie by dopełnić obrazu tragicznej przeszłości. Scena przypadkowego spotkania na ulicy między Lee i Randi to bezsprzecznie emocjonalne apogeum filmu, scena tak zwyczajna, a jednocześnie tak kipiąca od wyrażonych i niewyrażonych uczuć, jak to tylko możliwe. Już sama tylko ta scena jest przepustką do oscarowych nominacji dla Michelle Williams i Casey’ego Afflecka. Takich porażających scen jest w filmie znacznie więcej, a wszystkie one znienacka i niejako mimochodem ujawniają prawdę o bohaterach i ich przeszłym oraz obecnym stanie duszy. Te momenty w Manchester by the Sea są jak przebłyski słońca na pochmurnym, zimowym niebie nadmorskiego miasteczka.


          W niejednym już filmowym dziele rodzinna miejscowość była źródłem bólu i cierpienia dla protagonisty. W Manchester by the Sea dom jest miejscem, z którego trzeba uciec, ale nie po to, by zapomnieć, ale po to, by w ogóle dało się jakoś żyć. Lee Chandler jakoś żyje, ale jest to egzystencja całkowicie pozbawiona esencji. Zamiast depresji mamy w jego psychice całkowitą rezygnację, w miejsce woli i radości życia króluje ból oraz nieukojone poczucie winy. Lee Chandler nie może zostać uleczony, a tym bardziej zbawiony. Ma w swoim wnętrzu prywatne gorejące piekło, którego ogień podsycany jest przez bliskość domu, tego pierwszego i najważniejszego w życiu domu. Każdy z nas ma taki dom, każdy z nas obarczony jest jego prywatnym piekłem. Często jednak ból jest znośny, a nawet daje o sobie zapomnieć. To nie jest jednak przypadek Lee Chandlera. W Manchester by the Sea cierpienie determinuje całe życie jego głównego bohatera i nie ma od niego ucieczki. Kenneth Lonergan mistrzowsko potrafi wydobyć w swoich filmach te przepastne otchłanie ludzkiej duszy i uczynić je materią zapadających w pamięć obrazów.


19 lutego 2017

Don't Think Twice. Nie myśl, po prostu improwizuj.

          Don't Think Twice Mike’a Birbiglia to jedna z najlepszych komedii 2016 roku. To również jeden z najwybitniejszych amerykańskich filmów niezależnych minionego roku. Bohaterem zbiorowym tego obrazu jest The Commune – sześcioosobowa grupa przyjaciół z Nowego Jorku, tworząca wspólnie trupę specjalizującą się w teatrze improwizowanym (tzw. impro). W filmie poznajemy perypetie teatralnej kongregacji, ale też każdego jej członka z osobna. Losy sześciorga przyjaciół ukazane są w słodko-gorzkiej konwencji, wszyscy są już po 30-stce i muszą skonfrontować swoje marzenia oraz aspiracje z niewesołą teraźniejszością, a także niejasną artystyczną przyszłością. Jednym udaje się odnieść sukces, innym gdzieś zaczepić. Pozostali zmuszeni są znaleźć dla siebie wreszcie jakiś pomysł na życie i się go trzymać. Don't Think Twice doskonale ukazuje ten moment w życiu, w którym najwyższy czas już pożegnać się ze swoimi młodzieńczymi rojeniami i wybrać realistyczną drogę rozwoju.


          Mike Birbiglia to przede wszystkim aktor i stand-up’owy  komik. W 2012 roku zadebiutował w roli niezależnego reżysera, kręcąc bardzo dobrze przyjęty film Sleepwalk with Me, w którym też zagrał główną rolę. W marcu 2016 roku Birbiglia pokazał na festiwalu filmowym South by Southwest w Austin w Teksasie swoje drugie reżyserskie dziecko, czyli Don't Think Twice właśnie. Podobnie jak jego debiut, również drugi film opiera się w dużej części na jego własnych zawodowych doświadczeniach jako aktora i komika. Niewątpliwie to właśnie autobiograficzne elementy zadecydowały w dużej mierze o artystycznym sukcesie obrazu. Mike Birbiglia i tym razem napisał szczery oraz niezwykle zabawny scenariusz, w którym życiowy realizm zderza się na każdym kroku z typowo ludzką komedią.


          W komediodramacie Don't Think Twice w centrum akcji znajduje się teatralna trupa o bardzo adekwatnej nazwie The Commune. Szóstka przyjaciół pod przewodnictwem swojego mentora i najstarszego członka, Milesa (w tej roli reżyser filmu Mike Birbiglia), próbuje przetrwać w artystycznym światku nowojorskiego teatru improwizowanego. Przyszłość nie zapowiada się wesoło, albowiem z braku funduszy i niskich cen za bilety ma zostać zamknięty teatr, w którym występuje The Commune. Świadomi zmieniających się czasów członkowie grupy próbują ocalić zespół i jednocześnie zapewnić sobie artystyczną przyszłość. Punktem zwrotnym staje się sukces jednego z przyjaciół, Jacka (Keegan-Michael Key), który dostaje pracę jako etatowy komik w telewizyjnym programie satyrycznym Weekend Live (oczywiste nawiązanie do Saturday Night Live). Sukces Jacka rzutuje na jego związek z Samanthą (Gillian Jacobs), również występującą w The Commune. Dziewczyna także dostaje szansę pracy w Weekend Live, ale z niej rezygnuje, najwidoczniej chcąc dla siebie czegoś innego. Pozostali członkowie trupy czują się zaś przez sukces kolegi albo mocno zdeprymowani, albo podwójnie zmotywowani do pracy nad własnymi kreatywnymi projektami. Allison (Kate Micucci), Lindsay (Tami Sagher) oraz Bill (Chris Gethard) piszą własne skecze, najstarszy zaś członek grupy, grany przez samego reżysera Miles (najbardziej też przybity sukcesem Jacka), decyduje się z kolei na radykalną zmianę życiowych priorytetów…


          Jest taki moment w filmie, kiedy jeden z bohaterów nieco zgaszonym tonem obwieszcza swoim przyjaciołom, że dwudziestka to czas, w którym ma się nadzieję na przyszłość i oddaje się marzeniom, trzydziestka zaś to wiek, w którym zdajemy sobie sprawę, jak głupio było mieć nadzieję. W Don't Think Twice szóstka przyjaciół to właśnie 30-latkowie, którzy swojemu zawodowemu życiu chcą nadać właściwy kierunek. Konsekwencją indywidualizmu jest rozpad grupy i naturalna śmierć wspólnego artystycznego projektu, czyli trupy The Commune. W filmie Birbiglia mamy okazję zobaczyć wiele występów tego zespołu i poczuć ducha sztuki komediowej improwizacji. Członkowie teatralnej grupy mają autentyczny talent i wspólnie potrafią stworzyć na scenie inteligentnie zabawny spektakl, budując coś z niczego, bez wcześniejszego scenariusza, bez najmniejszych przygotowań. Liczy się praca trupy jako całości, tzw. ‘grupowy umysł’, kiedy to wspólnymi siłami w ramach interakcji na scenie tworzą się spontaniczne, absurdalne często dialogi i sytuacje. Naczelną zasadą teatru improwizowanego jest nie mówienie nigdy ‘nie’ na sugestię bądź stwierdzenie partnera na scenie (zasada ‘tak, i…’). Podstawą improwizacji jest tworzenie dialogu, a więc zaakceptowanie słów drugiej strony i dodanie do nich czegoś od siebie. Słowo ‘tak’ jest więc kluczem do sukcesu improwizacji. ‘Nie’ prowadzi donikąd, ‘nie’ jest po prostu końcem dialogu.


           Istnieje jeszcze jedna kardynalna reguła improwizacji na scenie: nie wolno myśleć, zapamiętywać, analizować lub planować. Trzeba po prostu improwizować, poddać się chwili i wznieść się na jej fali. Dialogi będące rezultatem spontanicznej interakcji między grupką przyjaciół zawsze będą miały absurdalno-surrealistyczne odchylenie i ewidentnie komediowy wydźwięk. Taka jest istota oraz zarazem natura teatru improwizowanego. W Don't Think Twice ta zasada dużo mówi także o szóstce przyjaciół tworzących The Commune. To ludzie z ogromnym poczuciem humoru, lubiący spontaniczność i nieprzewidywalność w życiu, improwizacja jest dla nich sposobem na życie. Żyją więc improwizując, nie tylko zawodowo, ale również prywatnie. W Don't Think Twice pojawia się jednak nieuchronne pytanie: czy można tak przeżyć całe życie? Wygląda na to, że młodość to nie tylko domena marzeń i nadziei, ale przede wszystkim improwizacji. Dorosłość, w myśl tej zasady, byłaby więc końcem improwizacji a początkiem stabilizacji?