30 kwietnia 2016

Enough Said (Ani słowa więcej). Spojrzeć cudzą parą oczu.

         Spojrzeć na bliskiego nam mężczyznę oczami innej kobiety. Taką właśnie ciekawą perspektywę oferuje nam romantyczna komedia Ani słowa więcej w reżyserii uznanej niezależnej autorki filmowej Nicole Holofcener. Eva (Julia Louis-Dreyfus), protagonistka obrazu, nawiązuje nową (i obiecującą) relację z będącym tak jak ona po rozwodzie Albertem (James Gandolfini). Przez czysty przypadek zaprzyjaźnia się jednak w tym samym czasie z jego eks-małżonką Marianne (Catherine Keener). Kiedy zdaje sobie sprawę ze wspólnej historii tych dwojga, Eva decyduje się utrzymać obie znajomości, starając się dowiedzieć jak najwięcej o Albercie od jego byłej. Oczywiście Albert i Marianne nie wiedzą o sobie nawzajem. Ta mocno wątpliwa etycznie strategia Evy musi ją w końcu zaprowadzić w przysłowiowy kozi róg. Czy aby na pewno jednak postępowanie Evy jest godne potępienia? Czego byśmy sami nie zrobili, aby uchronić się przed niepowodzeniem w kolejnym związku? I jak bardzo interesowne potrafią być nasze przyjaźnie oraz znajomości, choć wciąż powtarzamy sobie, że to inni tak naprawdę nas potrzebują?


          Enough Said to już piąty fabularny projekt filmowy reżyserki Nicole Holofcener. To jednocześnie jej najbardziej mainstreamowe dzieło. Film pokazany został po raz pierwszy na Toronto International Film Festival w 2013 roku, z miejsca zdobywając uznanie krytyki, a zaraz potem i publiczności. Ani słowa więcej chwalono przede wszystkim za świetny i pozostający blisko realnego życia scenariusz autorstwa samej Holofcener. Pierwszorzędne dialogi bezbłędnie przenoszą na duży ekran James Gandolfini oraz Julia Louis-Dreyfus, dla których są to jednocześnie chyba ich najlepsze filmowe wcielenia (nie licząc rzecz jasna tych telewizyjnych). Julia Louis-Dreyfus otrzymała za swoją kreację nominację do Złotego Globu w kategorii najlepsza aktorka w komedii/musicalu. W przypadku Gandolfini’ego była to także jedna z jego ostatnich w życiu ról. Aktor zmarł na krótko przed oficjalną premierą filmu i jemu też obraz jest zadedykowany.


          Heroina Enough Said, Eva, jest mieszkającą w Los Angeles masażystką w średnim wieku. Z dawno już zakończonego związku ma dorastającą córkę, która właśnie wyjeżdża do college’u. Na pewnym cocktail party Eva poznaje Alberta, tak jak ona rozwodnika z nastoletnią córką. Para zaczyna umawiać się na randki, wszystko idzie w najlepszym kierunku. Do momentu oczywiście, kiedy Eva zdaje sobie sprawę, że jej nową klientką i znajomą jest eks-żona Alberta, poetka Marianne, którą poznała osobno na tym samym przyjęciu, na którym spotkała też Alberta. I tak masując Marianne, Eva poznaje coraz to nowe szczegóły z nieudanego pożycia małżeńskiego swojej klientki, zawiązując nawet pewną nić porozumienia z byłą żoną swojego obecnego chłopaka. A wszystko to oczywiście w trosce o przyszłość swojego nowego związku…


          Eva i Albert wydają się być dobrze dobraną parą. Oboje są prostymi, nieskomplikowanymi i przede wszystkim niezwykle ciepłymi osobowościami. Z kolei Marianne, poprzednia żona Alberta i obecna koleżanka Evy, jest postacią z trochę innej bajki. To wyrafinowana poetka z klasą, dobra znajoma samej Joni Mitchell. Jest poukładana do granic możliwości, a jej schludność i snobistyczne uporządkowanie niejako automatycznie separują ją od otoczenia. Grająca ją w filmie Catherine Keener to stała współpracowniczka reżyserki, wystąpiła we wszystkich pięciu jej filmach. Nietrudno nam uwierzyć w porażkę mariażu Marianne i Alberta, obserwując w szczególności niechlujność i spore problemy z nadwagą tego ostatniego. Wcielający się w Alberta James Gandolfini zagrał niejako antytezę swojej najgłośniejszej kreacji, czyli postaci bezwzględnego mafiosa Tony’ego Soprano z serialu dramatycznego Rodzina Soprano (The Sopranos,1999-2007) telewizji HBO. Podobnie sprawy się mają z rolą Evy w wykonaniu Julii Louis-Dreyfus. Eva jest czystym zaprzeczeniem postaci wice-prezydent, a następnie prezydent Stanów Zjednoczonych Seliny Meyer z głośnego serialu komediowego HBO Figurantka (Veep, 2012-). Tam mamy do czynienia z wulgarną i nieznośną egoistką na najwyższym w państwie stanowisku, w Ani słowa więcej Eva to właściwie ucieleśnienie ciepła i psychicznego komfortu.


          Najbardziej pociągającą cechą w Enough Said jest realistyczne i bezpretensjonalne podejście do rzeczywistości. Film ogląda się z nieukrywaną przyjemnością i zaangażowaniem. Idealnie dobrana aktorska obsada sprawia wrażenie jakbyśmy nie oglądali wymyślonego scenariusza, ale autentyczną kronikę towarzyską z kalifornijskiego przedmieścia. Wrażliwa i właściwie bezbronna w swojej naiwności Eva pada ofiarą własnych towarzyskich kalkulacji, pociągając za sobą szok i rozczarowanie nieświadomych jej machinacji Alberta i Marianne. Postaci z Ani słowa więcej pozostają z nami na długo, może właśnie dlatego, że emanują tą jakże ludzką predyspozycją ku niedoskonałości.


17 kwietnia 2016

City Island. Rodzina w oparach dysfunkcji.

          Poznajcie głośną a jednocześnie pełną sekretów rodzinę Rizzo z nowojorskiego Bronxu. Familia to bardzo stereotypowa a zarazem specyficzna. Rizzo to hałaśliwi Amerykanie włoskiego pochodzenia, wrzeszczący na siebie i przekrzykujący się wzajemnie w trakcie wspólnego obiadu. Głośni w codziennej komunikacji, mają jednak mnóstwo cichych sekretów, które trzymają przed sobą w głębokiej tajemnicy. Nikt tutaj nie jest bez winy. W finałowej scenie, niczym w operze buffa, na wierzch wychodzą wszystkie słabości, a każdy wstydliwy sekret zostaje bezlitośnie obnażony. I znów stereotyp w parze z dysfunkcją stają się niezawodną metodą na piekielnie zabawną niezależną komedię.


          City Island to komediodramat napisany i wyreżyserowany przez Raymonda De Felitta, nowojorskiego twórcę spod znaku indie. Obraz debiutował w 2009 roku na Tribeca Film Festival w Nowym Jorku, na którym to zdobył Nagrodę Publiczności (Audience Award). Tytuł filmu to jednocześnie nazwa dzielnicy na nowojorskim Bronxie, gdzie dawniej mieściła się rybacka osada. Tam też rozgrywa się akcja tego filmowego dzieła, portretującego niełatwą w obejściu rodzinkę Rizzo.


          Głównym bohaterem City Island jest Vince Rizzo (bardzo dobry Andy Garcia), głowa rodziny pracująca jako strażnik więzienny. Vince ma jednak swoje głęboko skrywane ambicje: w sekrecie przed żoną Joyce (Julianna Margulies) uczęszcza na organizowane na Manhattanie kursy dla aktorów (chce być jak swój idol, Marlon Brando). Swojej połowicy mówi, że wychodzi na partyjkę pokera. Małżonka jest przekonana, że poker to najzwyklejsza przykrywka dla romansu. Dwójka dzieci Vince’a i Joyce też ma swoje tajemnice: córka Vivian (Dominik García-Lorido) straciła stypendium i wyleciała z college’u, teraz w tajemnicy przed rodzicami pracuje jako striptizerka, aby móc w następnym roku sfinansować swój powrót na studia. Z kolei młodociany syn Vince Jr (Ezra Miller) ma nietypowy fetysz: kręcą go otyłe dziewczyny, które gotują i jedzą przed internetową kamerką, za pieniądze oczywiście. Tak się dobrze dla chłopaka składa, że jedna z nich mieszka akurat w domu naprzeciwko… Największy sekret jednak Vince ojciec przyprowadza pewnego dnia do domu w postaci zwolnionego warunkowo z więzienia Tony’ego (Steven Strait). Dwudziestokilkuletni chłopak jest w istocie nieślubnym synem ojca rodziny z czasów sprzed jego obecnego małżeństwa. Ale wie o tym tylko sam Vince i nikomu nie chce zdradzić powodów przyjęcia pod swój dach byłego więźnia. Przybycie do domu tajemniczego Tony’ego staje się ostatecznym testem zaufania dla pogrążonej w sieci kłamstw rodziny.


          City Island wykorzystuje sprawdzoną recepturę na niezawodną komedię: to mieszanka stereotypowych zachowań, dziwnych upodobań oraz ciągu sekretów i niedopowiedzeń między poszczególnymi bohaterami opowieści. Rodzina Rizzo to typowa familia o włoskich korzeniach zamieszkująca nowojorski Bronx. Należą do klasy pracującej, mają średnie wykształcenie, są głośni i mają poważne problemy z wzajemną komunikacją. Nie mogąc liczyć na zrozumienie w domu, realizują się poza nim. I tak Vince ojciec udaje przed żoną, że chodzi na partyjki pokera, albowiem jest przekonany, że Joyce wyśmieje jego marzenie zostania aktorem. Zamiast żonie zwierza się koleżance z kursów aktorskich, Molly (Emily Mortimer). To właśnie Molly wydobywa z niego wszystkie jego sekrety, zachęcając go jednocześnie do podzielenia się nimi z całą rodziną. Gdy żona Vince’a wreszcie pozna Molly, z miejsca (błędnie) założy, że ma przed sobą kochankę męża.


          Dysfunkcyjność i zakłamanie bohaterów City Island upodabnia ten film do innego niezależnego przeboju: Little Miss Sunshine (Mała miss) z 2006 roku. Tak samo jak w Małej miss wzajemna niechęć i z trudem maskowane silne emocje bohaterów doprowadzają rodzinę Rizzo na sam skraj przepaści. Finałowa scena jest w filmie prawdziwą eksplozją zduszonych wcześniej sekretów, żalów i pretensji. Twórca obrazu, Raymond De Felitta, znakomicie czuje komediową konwencję, a będąc rodowitym nowojorczykiem włoskiego pochodzenia z Bronxu, potrafi nadać filmowi znany z doświadczenia lokalny posmak. I tak bliski dramatu rodzinny konflikt zamienia się w pełną humorystycznych fajerwerków komediową farsę.


28 marca 2016

James White. Życie w skali 1:1.

          James White nie jest przyjemnym w odbiorze filmem. Jego tytułowy bohater to zmagający się z odchodzeniem najbliższych mu osób młody chłopak o silnych autodestrukcyjnych skłonnościach. Bądźmy zatem przygotowani na bardzo realistyczny niezależny dramat opowiadający o przyspieszonym dojrzewaniu w obliczu śmierci obojga rodziców. James White stara się za wszelką cenę uciec od odpowiedzialności i zagłuszyć ból, sięgając po alkohol i narkotyki, przesiadując w barach do białego rana oraz wdając się w przypadkowe, jednorazowe romanse. Nic jednak nie pomaga w tych nieustannych próbach wyciszenia buzujących pod powierzchnią emocji. Czy James ma szansę odnaleźć drogę do siebie i osiągnąć wewnętrzną harmonię? Do końca filmu to najważniejsze pytanie pozostanie otwarte.


          James White jest debiutanckim obrazem Josha Mond’a. Reżyser napisał bardzo osobisty scenariusz do filmu bazując w części na własnych doświadczeniach w radzeniu sobie ze śmiercią matki. Obraz pokazany został premierowo na Sundance Film Festival w 2015 roku. Uwagę krytyki oraz publiczności zwróciły przede wszystkim dwie główne role, rewelacyjnie zagrane przez Christophera Abbott’a (tytułowy James White) oraz Cynthię Nixon (postać jego matki Gail White). Dla obojga aktorów to z pewnością najlepsze kreacje w ich dotychczasowej karierze.


          Tytułowy James White (Christopher Abbott) to dwudziestokilkuletni nowojorczyk, który nie ma łatwego życia. Właśnie zmarł mu ojciec, z którym nie utrzymywał bliskiego kontaktu, a który lata wcześniej rozstał się z jego matką i założył nową rodzinę. James jest za to mocno związany z własną matką, której pomaga w jej walce z rakiem. Gail White (Cynthia Nixon) jest już w czwartym stadium tej choroby i jedyną osobą, na którą może liczyć jest właśnie jej syn. James nie ma pojęcia jednak, jak poradzić sobie z emocjonalnym chaosem w środku. Tłumione uczucia, lęki oraz przede wszystkim ból pchają go w stronę licznych uzależnień. Te z kolei obijają się negatywnie na jego relacjach z dziewczyną Jayne (Makenzie Leigh) oraz najlepszym przyjacielem Nick’iem (Scott Mescudi). Po części z winy choroby matki James nie ma pracy, planów na przyszłość, przerasta go też śmiertelna choroba ukochanej rodzicielki. Czy w końcu uda mu się stanąć na nogi?


          Przejmujący debiut Josha Mond’a jest niezwykle realistycznym, odartym z wszelkich ozdobników portretem dwojga bliskich sobie ludzie znajdujących się u kresu swoich możliwości. Gail White umiera na raka i jest tego w pełni świadoma. Jej syn James pielęgnuje ją w chorobie najlepiej jak potrafi, śpiąc w mieszkaniu matki na sofie. Psychicznie jest jednak strzępem człowieka, a ucieczki w alkohol i narkotyki dają mu tylko chwilowe znieczulenia od przerastającej go rzeczywistości. Kamera w filmie prawie nie odstępuje Jamesa na krok, dokonując nieustannych zbliżeń na jego twarz. Pomimo ciągłego obcowania z Jamesem twarzą w twarz nie jesteśmy jednak w stanie przeniknąć do końca jego myśli, możemy być pewni tylko ich ogromnego natężenia i skrajnej desperacji. To miotanie się przerażonego życiem i jego ciemnymi stronami głównego bohatera zostało koncertowo zagrane przez Christophera Abbotta, dla którego bez wątpienia ta rola była największym dotychczasowym aktorskim wyzwaniem. Cynthia Nixon z kolei w swojej kreacji Gail White również osiąga wyżyny swojego aktorstwa, usuwając w cień swoje wcześniejsze (głównie telewizyjne) role.


          O filmie Josha Mond’a trudno jest pisać, nie wychodząc poza oczywistości. Podobnie jak niełatwo jest oglądać na ekranie życiową tragedię przedstawioną w skali 1:1. W całej pełni obraz mogą doświadczyć tylko ci, którzy bezpośrednio zmierzyli się w życiu z ciężką chorobą i śmiercią bliskich. Jedynym chyba w filmie momentem ucieczki od koszmaru rzeczywistości jest jednocześnie jego najbardziej wzruszająca scena. W chwili gdy James zanosi matkę do toalety, ta nie ma już sił na powrót do łóżka. Oboje zatem przysiadają w łazience, czekając na powrót sił. Wtedy to James zaczyna opowiadać matce alternatywną wersję ich przyszłości, pełną miłości i optymizmu, kiedy to oboje żyją szczęśliwi oraz spełnieni w wymarzonym Paryżu, otoczeni przez kochających ludzi. James i Gail uśmiechają się pod koniec tej opowieści, tak jakby byli już zupełnie gdzie indziej, i głęboko w to wierząc.


20 marca 2016

Spring Breakers. Amerykański koszmar.

          Nie dajcie zwieść się plakatowi, ani tym bardziej zwiastunowi promującemu ten film. Roześmiane dziewczęta w bikini reklamujące Spring Breakers to sarkastyczna parodia mainstreamowych produkcji filmowych, przeznaczonych dla spragnionej zabawy amerykańskiej młodzieży. Reżyser obrazu, Harmony Korine, użył tych opatrzonych klisz rodem ze studia w Hollywood, aby dotrzeć ze swoim filmem do szerszej, komercyjnej widowni. Pomysł na promocję chwycił, a nieoczywisty przekaz Spring Breakers dotarł do zaskoczonej nim i zbitej z pantałyku publiczności. Co takiego budzi tyle kontrowersji wokół tej niezależnej produkcji? Chyba głównie to, że amerykański sen został w filmie przedstawiony jako słoneczny i kolorowy koszmar, a wszystko to w formie półtoragodzinnego popkulturowego teledysku, pełnego rapu i nagości.


          Twórcą Spring Breakers jest Harmony Korine, enfant terrible amerykańskiego kina niezależnego. Reżyser znany jest ze swojego specyficznego stylu, oznaczającego przede wszystkim eksperyment, ucieczkę od tradycyjnych sposobów opowiadania filmowych historii, absurd oraz dużą dawkę czarnego humoru. Spring Breakers to jego ostatnie dotychczas dzieło, które pozwoliło jego nietypowej filmowej wizji po raz pierwszy dotrzeć do szerokiej widowni. Film pokazany został po raz pierwszy na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Wenecji we wrześniu 2012 roku. Od tamtego momentu nie przestaje obrastać w kult.


          Film ma właściwie cztery równorzędne bohaterki, studentki jednego z college’ów w Kentucky, które znudzone nauką postanawiają wybrać się na upragnione wiosenne ferie na słoneczną Florydę. Dziewczyny to Faith (Selena Gomez), Candy (Vanessa Hudgens), Brit (Ashley Benson) oraz Cotty (Rachel Korine). Aby sfinansować swoją podróż obrabowują lokalny fast-food, używając do tego młotka i pistoletu na wodę… Po przybyciu na Florydę oddają się nieustannemu imprezowaniu aż do momentu, gdy lądują za kratkami za ekscesy z narkotykami. Wtedy to z pomocą przychodzi im lokalny gangster i raper jednocześnie, Alien (świetna rola Jamesa Franco). Po tym jak Alien wpłaca za dziewczyny kaucję w więzieniu, te w towarzystwie tego dilera narkotyków i broni jeszcze głębiej wchodzą na kryminalną ścieżkę.


          Kto zna styl filmów Harmony Korine’a ten od razu zrozumie, że nie można Spring Breakers’ów brać całkiem na serio. Czarny humor, sarkazm, parodia, absurd, czy wreszcie obfitość patologii charakteryzują właściwie wszystkie dzieła tego reżysera. Nie inaczej sprawy mają się ze Spring Breakers’ami. Obraz ten można potraktować jak przewrotny komentarz tego twórcy do współczesnej amerykańskiej popkultury, która pod swoją kolorową i atrakcyjną powierzchnią skrywa wypalenie i uczucie wewnętrznej pustki, które z kolei prowadzą do przemocy i traktowania innych ludzi wyłącznie w kategorii przedmiotów. Młode ciała dziewczyn i chłopców to w filmie przede wszystkim seksualne obiekty. Dla kuriozalnego gangstera (a przy okazji i rapera) Aliena (znakomity James Franco) powodem do największej dumy jest kasa i wszystkie te rzeczy, które za jej pomocą zgromadził. Wygląda na to, że amerykański sen prowadzi wprost do hedonistyczno-materialistycznego szaleństwa sowicie zaprawionego kryminałem.


          Spring Breakers wbrew pozorom nie jest typowym młodzieżowym dramatem kryminalnym. Współczesna fabuła jest tylko pretekstem, żeby wejść głębiej pod powierzchnię amerykańskiej popkultury. Czy jednak coś pod tą powierzchnią w ogóle się znajduje? Ucieczka od szarej rzeczywistości amerykańskiego Kentucky to dla czterech bohaterek filmu słońce Florydy, plaża, alkohol, nieskrępowany seks i narkotyki. I pragnienie by tego rodzaju zabawa trwała w nieskończoność. Zatrzymanie czasu w miejscu nie jest zbyt oryginalnym życzeniem, ale czy wypada się zżymać na 20-letnie studentki, tylko dlatego że chcą się bawić? Niepokoi jednak to, że w pogoni za wolnością oraz dobrą zabawą dziewczyny zatracają po drodze sumienie i jeszcze coś, co pozwoliłoby im uświadomić sobie, że już dawno i bezpowrotnie postradały niewinność.


6 marca 2016

While We're Young (Ta nasza młodość). Przepaść nie do przeskoczenia.

          Dojrzałość versus młodość to odwieczny pojedynek zawsze budzący silne namiętności. To również wciąż niewyczerpany kulturowy motyw, na bieżąco zapładniający artystów wszystkich sztuk. Jednym z ostatnich dzieci tego pokoleniowego starcia jest film While We're Young w reżyserii Noah Baumbach’a. W tym niezależnym obrazie dojrzałość zostaje najpierw uwiedziona przez młodość, aby potem przejrzeć prawdziwą naturę obiektu swojej fascynacji. Raz jeszcze boleśnie zdajemy sobie sprawę, że nic nie jest w stanie zasypać pokoleniowej różnicy, a podziw i zauroczenie tylko dokładają dziegciu do tej i tak już gorzkiej prawdy.


          Ta nasza młodość jest kolejnym udanym komediodramatem autorstwa Noah Baumbach’a, bardzo płodnego twórcy spod znaku independent cinema. Noah Baumbach’a można (być może trochę na wyrost) nazwać Woody’m Allen’em amerykańskiego kina niezależnego. W ostatniej dekadzie (2005-2015) reżyser ten wypuścił aż sześć bardzo dobrze przyjętych indie dzieł, m.in. The Squid and the Whale (Walka żywiołów) z 2005 roku, Greenberg z 2010 oraz Frances Ha z 2012 r. Pokazana premierowo na Toronto International Film Festival we wrześniu 2014 roku Ta nasza młodość idzie w ślady poprzednich obrazów Baumbach’a, budząc często skrajne reakcje, ale za to z pewnością nie pozostawiając nikogo obojętnym.


          W While We're Young główni bohaterzy to Josh (Ben Stiller) oraz Cornelia (Naomi Watts), para 40-stolatków żyjących w Nowym Jorku. Josh i Cornelia od lat są kochającym się małżeństwem, on kręci filmy dokumentalne, ona jest filmową producentką. Para nie ma i nie zamierza mieć już dzieci. Ich stabilny (i dość przewidywalny) rytm życia zmieni diametralnie poznanie małżeństwa 20-letnich hipsterów z Brooklyn’u, Jamie’go oraz Darby (w tych rolach odpowiednio Adam Driver i Amanda Seyfried). Urzeczeni świeżą energią oraz zrelaksowanym podejściem do życia młodszej pary, Josh wraz z Cornelią dają się wciągnąć w ich towarzyski krąg, oddalając się stopniowo od swoich dotychczasowych przyjaciół, czyli w większości pochłoniętych rodzicielstwem par w średnim wieku. To zauroczenie młodością oraz jej przywilejami będzie jednak miało dla Josha i Cornelii pewne nieuniknione acz odkrywcze konsekwencje.


          Dla Bena Stillera to już druga ważna rola u Baumbach’a, po znakomitym Greenberg’u oczywiście. Także w While We're Young Stiller zręcznie odgrywa postać niepewnego siebie, nie do końca spełnionego faceta. Jego Josh uważa, że ma duży potencjał, unikalną wizję, ale zabrakło mu szczęścia do realizacji swoich dokumentalnych projektów z większym sukcesem. Josh wydaje się pewny tego, co chce osiągnąć, jednocześnie jednak nie potrafi klarownie wytłumaczyć swojej wizji wszystkim zainteresowanym. Żyje więc wciąż w cieniu swojego teścia, Leslie’go Breitbart’a (Charles Grodin), sławnego dokumentalisty i zarazem ojca Cornelii. Naomi Watts w roli Cornelii świetnie partneruje Stiller’owi, a między parą wyczuwa się na ekranie autentyczną chemię. Po drugiej stronie natomiast mamy Adama Drivera i Amandę Seyfried, którzy naturalnie i przekonująco wchodzą w role pary nowojorskich hipsterów. Nie sposób nie odnieść wrażenia, że komediodramat Baumbach’a bardziej niż z przypadków Josha i Cornelii, natrząsa się z gustów i zachowań ich młodych znajomych.


          Kino Noah Baumbach’a charakteryzuje się oryginalnymi scenariuszami, które z bystrością obserwacji podążają za swoimi (z reguły nowojorskimi) protagonistami. W While We're Young para bohaterów wkracza w wiek średni, jednocześnie nie czując autentycznej więzi ze swoimi równolatkami, obarczonymi zazwyczaj potomstwem. Josh i Cornelia dają się więc porwać swoim nowym znajomym, młodym hipsterom z Brooklyn’u, których swobodny i pozbawiony większych trosk tryb życia obiecuje powiew świeżości w dość zatęchłym towarzyskim kręgu pary. To, czego nasi bohaterowie nie chwytają na samym początku owej międzypokoleniowej znajomości, uderzy ich ze zdwojoną mocą w finale filmu. Josh i Cornelia przyswajają sobie lekcję, że czasu cofnąć nie mogą, a ich zafascynowanie znacznie młodszą parą tylko potęguje wrażenie nieprzystawania. Protagoniści Tej naszej młodości nie w pełni świadomie manifestują tym swoją niezgodę na upływ czasu i bezpowrotne przekroczenie tych punktów w swoim życiu, kiedy na pewne rzeczy może już być za późno. W finale filmu, nie bez wstydliwego olśnienia, Josh i Cornelia przyznają, że do tej pory czuli się jak dzieci imitujące dorosłych. Cóż, dorosłość nie zawsze idzie w parze z dojrzałością.


28 lutego 2016

It Follows (Coś za mną chodzi). Horror jako egzystencjalny lęk.

          Jeszcze trudniej niż dobrą komedię jest zrobić udany horror. Coś za mną chodzi to właśnie przykład tego rzadko spotykanego sukcesu. Co jest szczególnie godne uwagi, to fakt, że udało się nakręcić rewelacyjny (i dający do myślenia) niezależny horror bez konieczności wydawania milionów dolarów na wymyślne efekty specjalne. It Follows miast wylewać na nas kubły sztucznej krwi, skutecznie przeraża nas najgłębszymi egzystencjalnymi lękami, dręczącymi ludzkość od jej zarania. Strach przed śmiercią, seksem czy intymnością został w Coś za mną chodzi pomysłowo ujęty w ramę nieustannie powracającego koszmaru.


          Reżyserem i autorem scenariusza It Follows jest David Robert Mitchell. Twórca obrazu zbudował pomysł na film w oparciu o pewien ciągle mu się śniący w okresie dorastania koszmar. W owym śnie przyszły reżyser był niezmordowanie prześladowany przez bliżej nieokreśloną nadprzyrodzoną siłę. Mitchell napisał scenariusz do Coś za mną chodzi rozwijając pierwotny pomysł w wieloznaczną i niepokojącą fabułę. Film miał swoją premierę na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Cannes w maju 2014 roku. Od tamtego momentu It Follows nie przestaje fascynować i inspirować zarówno krytyków, jak i publiczność, skłaniając do rozlicznych oraz pogłębionych interpretacji.


          Protagonistką Coś za mną chodzi jest młodziutka Jay (Maika Monroe), nastolatka, która z napięciem i niecierpliwością chce wreszcie wkroczyć w dorosłość. Bramą do niej prowadzącą jest według Jay seks. Kiedy za sprawą Hugh (Jake Weary) dziewczyna traci dziewictwo, rozpoczyna się właściwy horror. Wkrótce po zbliżeniu Hugh informuje Jay, że przez seksualny akt przekazał jej dalej klątwę. Od tego momentu za dziewczyną będzie podążać niewidziane przez innych tytułowe ‘coś’, które zabije ją, jeśli tylko ją dopadnie. Owa paranormalna istota może przybrać formę kogoś znajomego, ale może też być kimś obcym w tłumie. Aby pozbyć się klątwy, Jay przez seks musi przekazać ją komuś innemu. W tej, wydawałoby się, sytuacji bez wyjścia wspierają zdesperowaną bohaterkę jej siostra Kelly (Lili Sepe) oraz najbliżsi przyjaciele: Yara (Olivia Luccardi) oraz Paul (Keir Gilchrist). Czy dziewczyna ucieknie przed przeznaczeniem?


          It Follows jest od początku do końca bezbłędnie skonstruowanym horrorem. Film ani na chwilę nie traci swojego napięcia, zdjęcia i obsada są znakomite, a fabuła oryginalnie rozwija się z właściwą koszmarowi logiką. Coś za mną chodzi jest ogromnym osiągnięciem od strony wizualnej. Fenomenalnie też buduje odpowiedni klimat bycia w potrzasku. Przede wszystkim jednak na film można również popatrzeć jak na wieloznaczną parabolę. Wielu komentatorów zwraca uwagę na seks i intymność, jako na wątki kluczowe w interpretacji tego dzieła. Dla głównej bohaterki seks miał być wejściem w dorosłość, osiągnięciem wolności w pewnym osobistym wymiarze. Stał się jednak traumą, początkiem nieszczęścia. Zamiast poczucia wolności Jay znalazła się w pułapce klątwy, będącej konsekwencją seksualnego aktu. It Follows wskazuje tym samym na wielorakość skutków życia erotycznego, które zamiast spełnienia może przynieść także lęk i frustrację. Obraz tym samym w paraboliczny sposób pokazuje seks jako źródło odwiecznych obaw przed bólem i chorobą.


          Silniejszy niż lęk przed seksem (jako źródłem klątwy) jest w Coś za mną chodzi lęk przed śmiercią, będącą nieuniknioną konsekwencją klątwy. W filmie Mitchell’a ten strach opada ludzi bardzo młodych, dzieci właściwie. Na tym lęku budowane jest w filmie całe napięcie, a bierze się ono głównie ze skontrastowania nieustannie kroczącej w naszym kierunku śmierci z młodością, która powinna być jeszcze na przeciwległym biegunie życia. Strach przed ostatecznym unicestwieniem punktowany jest w filmie cytatami o nieuchronności śmierci z poezji T.S. Elliota oraz Idioty Fiodora Dostojewskiego. Najbardziej frapującym elementem w filmie jest jednak nieobecność w nim osób dorosłych, rodziców bohaterów. Jeśli się już pojawiają, to na chwilę i tylko w tle, niezdolni do jakiejkolwiek pomocy dzieciom. Częściej zresztą ukazują się w negatywnej roli, niczym zjawy z przeszłości. Młodzi protagoniści It Follows muszą zatem liczyć tylko na siebie, starając się rozwiązać problemy, które sami swoim postępowaniem stworzyli. Kluczowe pytanie brzmi: czy te problemy w ogóle by istniały, gdyby dorośli byli bardziej obecni w ich życiu?


21 lutego 2016

The Overnight (Szalona noc). O seksie bez żenady.

          Czy życie seksualne w małżeństwie po pojawieniu się dzieci potrafi jeszcze utrzymać swój pierwotny żar? Na to pytanie stara się odpowiedzieć przewrotna seks-komedia Szalona noc w reżyserii Patricka Brice’a. Dwie pary spotykają się pod pretekstem zawarcia nowej znajomości i umożliwienia własnym dzieciom pozyskania nowych towarzyszy zabawy. Szybko jednak sprawy wymykają się dorosłym spod kontroli, a tytułowa szalona noc, która ich oczekuje, mocno zweryfikuje ich pierwotne oczekiwania co do przebiegu spotkania.


          The Overnight (Szalona noc) debiutowała na Festiwalu Filmowym Sundance w 2015 roku, uczestnicząc w głównym konkursie dramatycznym tej imprezy. Nagrody film co prawda nie zdobył, ale okazał się najlepszą pokazywaną tam komedią, ujmując swoim humorem festiwalową publiczność. Obraz wyprodukowali bracia Mark i Jay Duplass, co jest swego rodzaju znakiem jakości pośród niezależnych amerykańskich produkcji. Dla reżysera i autora scenariusza, Patricka Brice’a, jest to druga z kolei fabuła po bardzo dobrym debiutanckim Creep z 2014 roku.


          Akcja The Overnight zamyka się właściwie w ciągu jednego dnia (i jednej nocy). Alex (Adam Scott) i Emily (Taylor Schilling) są młodym małżeństwem, które wraz z małym synem przeprowadziło się niedawno z Seattle do Los Angeles. Para bardzo chce nawiązać nowe znajomości i pozyskać przyjaciół w nowym miejscu. Szybko też nadarza się odpowiednia sposobność. Spotkany w parku Kurt (Jason Schwartzman) zaprasza ich wraz z synem do siebie do domu na wspólną kolację. Kurt ma piękną francuską żonę Charlotte (Judith Godrèche) oraz syna, który bardzo dobrze dogaduje się z pociechą Alexa i Emily. Zapoznawcza kolacja przeciąga się jednak na całą noc, a sprawy przybierają zgoła niespodziewany obrót, odsłaniając w swoim toku rozliczne intymne sekrety czwórki dorosłych bohaterów.


          Reżyser The Overnight miał wyjątkowego nosa przy aktorskiej obsadzie czwórki bohaterów tej seks-opowieści. Komediowe zdolności męskiej połowy, czyli Adama Scott’a i Jasona Schwartzmana, są powszechnie znane i cenione. Obaj aktorzy bardzo dobrze potrafią improwizować przed kamerą, a szczególnie korzystnie wypadają w rolach nieprzystosowanych do rzeczywistości dziwaków, którzy albo budzą w otoczeniu powszechne zakłopotanie (Schwartzman), albo wydają się być ciągle zakłopotani postawą innych (Scott). Równie dobrze (jeśli nie lepiej) wypadają w filmie Taylor Schilling oraz Judith Godrèche. Szczególnie Taylor Schilling (znana głównie dzięki serialowi Orange Is the New Black) podkręca w Szalonej nocy komizm sytuacji swoją miną postępującego zażenowania przebiegiem spotkania. Dla przeciwwagi francuska aktorka Judith Godrèche otwartością i kompletnym brakiem skrępowania swojej postaci pozwala w filmie wypłynąć na powierzchnię wszelkim seksualnym demonom, które czają się w bohaterach lub na bohaterów.


          Doprawdy bardzo ciężko jest zrobić dobrą komedię, tym bardziej jeśli ma się ona obracać głównie wokół spraw z seksem i intymnością związanych. Szalona noc jest wzorcowym przykładem jak należy robić tego typu produkcje. I chociaż seks jest w filmie tematem numer jeden, obraz Patrick’a Brice’a nigdy nawet nie zahacza o wulgarność, sprośność czy choćby rubaszność. Jak na w pełni amerykańską produkcję The Overnight jest dziełem odważnym i bezpruderyjnym, rzecz to w USA osiągalna ekskluzywnie na gruncie kina niezależnego. Co więcej, Szalona noc jest filmem przewrotnym oraz inteligentnym, szczególnie bystrym w obserwacji jednostkowych pragnień, obsesji, kompleksów i zahamowań.


7 lutego 2016

Grandma. Babcia-feministka zbiera na aborcję.

          Grandma to bardzo specyficzne kino drogi. I przede wszystkim bardzo zabawne. Wnuczka Sage (Julia Garner) pojawia się na progu u babci-feministki Elle, prosząc o pieniądze na usunięcie niechcianej ciąży. Babcia (fenomenalna Lily Tomlin) też jest akurat spłukana, więc obie wyruszają z misją zebrania kasy na zabieg. Ta mała odyseja babci i wnuczki szybko przeistacza się dla obu kobiet w intensywną podróż sentymentalną do przeszłości. Wraz z Elle i Sage cofamy się właściwie aż do lat 60-tych XX wieku, w mgnieniu oka robiąc przegląd nieustannie zmieniającej się w ostatnim półwieczu amerykańskiej obyczajowości.


          Twórcą znakomitej Grandma (2015) jest Paul Weitz, reżyser i jednocześnie autor scenariusza do filmu. Chyba najbardziej znanym (i cenionym) filmem Weitz’a jest powstały w 2002 roku About a Boy (Był sobie chłopiec) z Hugh Grant’em i Toni Collette. Reżyser pisał scenariusz do Grandma z myślą o Lily Tomlin jako odtwórczyni roli tytułowej babci. I nie pomylił się ani trochę w obsadzie najważniejszej w filmie postaci. Sama Lily Tomlin (rocznik 1939) otrzymała za swoją kreację Elle wyrazy uznania ze wszystkich stron, dostając nawet nominację do tegorocznych Złotych Globów w kategorii najlepsza aktorka w komedii/musicalu.


          Elle (Lily Tomlin)-feministka, lesbijka i uznana poetka jednocześnie-właśnie zerwała ze swoją ostatnią dziewczyną, dużo od siebie młodszą Olivią (Judy Greer), gdy do jej drzwi puka wnuczka Sage (Julia Garner) z hiobowymi wieściami. Sage jest w nieplanowanej ciąży i ma już umówiony termin aborcji. Problemem są jednak pieniądze… Tak się pechowo składa, że sama Elle akurat nie jest przy kasie, więc babcia i wnuczka mają ledwie osiem godzin na zebranie potrzebnej sumy. Sporo się dzieje w trakcie tych ośmiu godzin desperackiego poszukiwania gotówki. W niezamierzony przez siebie sposób Elle wyciąga przy okazji kilka szkieletów z szafy, odwiedzając swoich dawnych i obecnych znajomych. My natomiast dostajemy fascynującą oraz emocjonującą podróż po meandrach amerykańskiej mentalności ostatnich kilku dekad.


          Nie byłoby sukcesu Grandma bez fenomenalnej postaci tytułowej babci Elle, granej przez rewelacyjną jak zawsze Lily Tomlin. Liberalna i homoseksualna babcia-poetka idzie całkowicie pod prąd nie tak znowu stereotypowym wyobrażeniom o współczesnych reprezentantach tzw. trzeciego wieku. Postać Elle to zupełna negacja konserwatywnej i homofobicznej dominanty wśród pokolenia babć i dziadków. Charakter i światopogląd Elle tłumaczy poniekąd fakt, że swoje najlepsze czasy spędziła w Kalifornii lat 60-tych i 70-tych. No i oczywiście jest poetką, co też wiele wyjaśnia. Film Paula Weitz’a jest swoistym pretekstem, żeby wejść i przyjrzeć się z bliska tej wyjątkowej postaci, która miała w końcu i męża (w zamierzchłych latach 60-tych), i żonę przez ostatnich parę dekad. Ma też córkę oraz wnuczkę, rzecz jasna. I to właśnie pragnienie pomocy nieletniej i zdesperowanej Sage (bardziej nawet niż wyznawany przez nią światopogląd) mobilizuje Elle do natychmiastowego działania.


          Komediodramat Grandma porusza bardzo śliski w Ameryce (i nie tylko zresztą tam) temat aborcji na życzenie. Każdy film z aborcją w tle jest w Stanach Zjednoczonych swoistym manifestem politycznym, niezależnie od tego, czy jego twórcy tego chcą czy nie. W filmie Paula Weitz’a problem ten został potraktowany bardzo szczerze i bezpośrednio. Każda kobieta ma prawo do usunięcia niechcianej ciąży, tym bardziej jeszcze nastolatka dopiero co wchodząca w życie. Koniec kropka. Filmowa Sage nie ma wątpliwości co do powziętej przez siebie decyzji, a jej babka i matka czują się w obowiązku wesprzeć ją tak emocjonalnie, jak i finansowo. Babcia Elle, chociaż osobiście nie może wyłożyć kasy na zabieg, skłonna jest w celu pozyskania gotówki dla wnuczki na wiele poświęceń. I nie straszny jej ani obecny chłopak i ojciec dziecka Sage, ani własny eks-mąż Karl (świetna kreacja Sama Elliott’a), ani nawet budząca grozę córka Judy (bardzo dobra Marcia Gay Harden), typowa korporacyjna suka z zerową tolerancją dla słabości. Od początku do końca jest Grandma afirmacją indywidualizmu i wolności wyboru, co też czyni to niezależne dzieło bardzo amerykańskim z ducha filmem.


31 stycznia 2016

Short Term 12 (Przechowalnia numer 12). Gdy nie ma dokąd uciec.

          Fabuła Przechowalni numer 12 zaczyna i kończy się intensywnym pościgiem. Z tytułowej przechowalni (czyli schroniska dla nastolatków z dotkniętych patologią rodzin) próbują uciec co sił w nogach jej młodzi wychowankowie. W pogoń za nimi ruszają ich opiekunowie, w tym Grace (Brie Larson) i Mason (John Gallagher Jr.), sami pochodzący z rozbitych lub trudnych rodzin. Z ośrodka bardzo łatwo można czmychnąć, większość ucieczek kończy się jednak niepowodzeniem. Z jakiego powodu? Otóż rejterada w filmie nie jest jednoznaczna z ratunkiem. Prawdziwe pytanie w Short Term 12 brzmi bowiem nie jak zbiec, ale dokąd?


          Reżyserem oraz scenarzystą Przechowalni numer 12 jest Destin Daniel Cretton. Autor filmu oparł scenariusz na swoich prywatnych doświadczeniach w pracy z trudnymi dzieciakami. Najpierw nakręcił w 2008 roku na tej podstawie krótkometrażowy film pod tym samym tytułem. Obraz wygrał w 2009 roku Sundance Film Festival w kategorii najlepszy krótki film. Po tym sukcesie Cretton zdecydował się rozbudować oryginalny pomysł i w efekcie powstała pełnometrażowa wersja Short Term 12 z Brie Larson oraz John’em  Gallagher’em juniorem w rolach głównych. Film miał swoją premierę w marcu 2013 roku na festiwalu filmowym South by Southwest (SXSW) w Austin w Teksasie, gdzie też zdobył główną nagrodę dla filmu fabularnego. Obraz doceniono także na rozlicznych europejskich festiwalach, a nagrody przyznano mu m.in. w Atenach, Locarno, Hamburgu, Tallinie, Gandawie i Valladolid. Short Term 12 stał się tym samym jednym z najbardziej utytułowanych amerykańskich filmów niezależnych 2013 roku.


          Grace (rewelacyjna Brie Larson) oraz Mason (John Gallagher Jr.) są młodą parą pracującą wspólnie jako opiekunowie w tytułowym ośrodku dla trudnej młodzieży. Oboje pochodzą z rozbitych lub patologicznych rodzin, co tylko ułatwia im kontakt z podobnie doświadczonymi przez życie podopiecznymi. Grace i Mason próbują zbudować trwałą więź, jednak przeszłość Grace staje temu wyraźnie na przeszkodzie. Gdy do ich ośrodka przybywa zdolna i rezolutna Jayden (Kaitlyn Dever), jej osobiste problemy w domu przypominają Grace o jej własnych. Nawiązanie kontaktu między obiema dziewczynami skutkuje wzrostem napięcia między coraz bardziej niestabilną wewnętrznie Grace, a resztą jej otoczenia.


          Nakręcony w bardzo realistycznej, a nawet naturalistycznej konwencji dramat Przechowalnia numer 12 dotyka bardzo ciemnych stron ludzkiej psychiki. Obraz mierzy się ambitnie z rozlicznymi traumami, jakie młodzi ludzie mogą nabyć dojrzewając w patologicznym środowisku. Tytułowy ośrodek jest w filmie rodzajem bezpiecznej przystani dla niemających własnych rodzin nastolatków, lub dla tych dzieciaków, którzy z powodu kłopotów w rodzinie znaleźli się przejściowo w drodze pomiędzy jednym a drugim domem. Czas pobytu w ośrodku jest dla każdego ograniczony: limitem jest osiągnięcie prawnej pełnoletniości, czyli 18 lat. W takiej sytuacji znajduje się jeden z rezydentów schroniska-czarnoskóry Marcus (Keith Stanfield), który niebawem skończy 18 lat i będzie musiał opuścić ‘przechowalnię’. Marcus nie ma własnej rodziny, nie ma dokąd pójść. Stres i niepokój związany z wyjściem z ośrodka w obcy oraz nieznany świat prowokują chłopaka do autodestrukcyjnych zachowań.  Z kolei młodziutka Jayden (Kaitlyn Dever) trafiła do ośrodka z powodu problemów w domu z ojcem-alkoholikiem. Trzyma na dystans pozostałych lokatorów schroniska, jest opryskliwa w stosunku do opiekunów. Wie, że niebawem wróci do domu ojca, dlatego dokłada wszelkich starań, aby zamaskować strach przed powrotem.


          Centralnym punktem fabuły Short Term 12 jest relacja pary głównych bohaterów, Grace i Masona. Oboje mają własne traumy z dzieciństwa, szczególnie Grace. Wychowywany przez zastępczą rodzinę Mason pragnie zbudować z Grace trwały związek, dziewczyna jednak skupia się na swojej pracy w schronisku, pomagając innym dzieciakom próbuje wyzwolić się od własnych demonów. Demony z przeszłości jednak powracają ze zdwojoną siłą, gdy Grace domyśla się prawdziwej natury problemów swojej podopiecznej Jayden, z którą to nawiązuje bliższy kontakt. Na szczególną pochwałę w filmie zasługuje wyjątkowa kreacja Brie Larson (znanej głównie z udziału w komediowym serialu United States of Tara (Wszystkie wcielenia Tary) z Toni Collette w głównej roli). Aktorka z każdą swoją rolą staje się coraz lepsza, a w Short Term 12 po raz pierwszy udowodniła, że potrafi stworzyć wielowymiarową dramatyczną kreację na miarę Oscara. Brak nominacji do tej nagrody za tę właśnie rolę to duże niedopatrzenie Akademii. Warto też przypomnieć świetne drugoplanowe wcielenia Brie Larson w takich niezależnych produkcjach jak The Spectacular Now (Cudowne tu i teraz) czy Don Jon.


          Przechowalnia numer 12 nie jest przyjemnym w odbiorze filmem. Daleko mu jednak do depresyjnego lub ponurego portretu młodzieży z trudnych domów. W swojej kategorii jest prawdziwym klejnotem jaśniejącym pośród innych podobnych mu niezależnych obrazów. Short Term 12 zaczyna i kończy intensywny pościg. To prawda. Ale jest coś jeszcze. Każdy pościg w filmie poprzedza opowiadana przez Masona zabawna anegdota. Gdy się w te opowieści uważnie wsłuchamy, zrozumiemy, że życie otwiera przed nami coraz to nowe drzwi, nawet w sytuacjach pozornie bez wyjścia.