4 września 2016

Wiener-Dog. To pieskie życie.

          I znów nie obyło się bez małego skandalu. Wiener-Dog, najnowszy komediodramat kontrowersyjnego amerykańskiego reżysera Todd’a Solondz’a, wywołał spore poruszenie i dezaprobatę większości widowni, gdy został premierowo pokazany na Sundance Film Festival A.D. 2016. Utrzymane w stylu gore ostatnich parę minut filmu skłoniło znaczną część festiwalowych widzów do wybuczenia obrazu i wyjścia z sali projekcyjnej tuż przed zakończeniem seansu. Nie od dziś wiadomo, że filmy Todd’a Solondz’a to kino nie dla każdego. Wiener-Dog to z pewnością nie jest obraz dla miłośników zwierząt, w szczególności zaś właścicieli uroczych jamników.


          Wiener-Dog, ostatni film Todd’a Solondz’a, wybitnego niezależnego twórcy z New Jersey, to właściwie spin-off jego dzieła z 1995 roku, czyli obrazu Welcome to the Dollhouse (Witajcie w domku dla lalek), który wygrał festiwal Sundance w 1996 roku. Równe 20 lat po sukcesie tamtego filmu, w styczniu 2016 roku, Todd Solondz przywiózł na Sundance swoje nowe filmowe dziecko. Napisany i wyreżyserowany przez Solondz’a Wiener-Dog nosi niezaprzeczalne piętno oglądu świata przez tego twórcę. To właśnie charakterystyczny dla tego reżysera punk widzenia rzeczywistości wywołał niesmak i protest widowni na Sundance.


          Bohaterem Wiener-Dog jest rudy jamnik (właściwie jamniczka), który w trakcie trwania filmu co najmniej pięciokrotnie zmienia swoich opiekunów. Wraz z psem poznajemy jego kolejnych właścicieli, którzy borykają się z własnymi poważnymi problemami, a ich następstwa mają bezpośredni wpływ na naszego psiego bohatera, niemego obserwatora cudzych dramatów. Pierwszym opiekunem psa jest mały chłopiec Remi (Keaton Nigel Cooke), który dostaje swojego pupila po przejściu ciężkiej choroby. Jego rodzice jednak, grani przez Julie Delpy i Tracy Letts’a, nie są specjalnie zachwyceni obecnością zwierzaka w ich nowoczesnym domu. Kiedy więc pies zaczyna ciężko chorować, zostaje oddany weterynarzowi do uśpienia. Przed niechybną śmiercią jamnika ratuje asystentka weterynarza Dawn Wiener (Greta Gerwig), główna bohaterka wcześniejszego Welcome to the Dollhouse, teraz już dorosła i samodzielna (a której przezwiskiem w dzieciństwie był właśnie tytułowy Wiener-Dog, czyli psia morda). Wraz ze swoją nową właścicielką i jej znajomym z dzieciństwa Brandon’em (Kieran Culkin) nasz psi bohater wyrusza w podróż furgonetką z New Jersey do Ohio. Zwierzę jeszcze kilkakrotnie przechodzi z rąk do rąk, wędrując do coraz to starszych i zgorzkniałych właścicieli. Na pewien czas jego panem staje się Dave Schmerz (Danny DeVito), niespełniony scenarzysta i wykładowca w szkole filmowej, który posługuje się jamnikiem do wywarcia zemsty na swoich uniwersyteckich przełożonych i studentach. Dzięki temu segmentowi obraz zamienia się na chwilę w ciętą satyrę pod adresem filmoznawstwa i amerykańskich szkół filmowych. Ostatnią właścicielką psa jest Nana (Ellen Burstyn), schorowana staruszka u kresu swojej życiowej drogi. To właśnie pod jej nieuwagę swój tragiczny koniec znajdzie nasz psi bohater.


          Komediodramat Wiener-Dog prezentuje świat widziany oczami niepozbawionego poczucia humoru zgorzkniałego cynika. Oglądanie tego obrazu nie napawa optymizmem co do realnego wymiaru ludzkiej natury, pozwala jednak na więcej niż odrobinę zadumy nad daremnością i bezsensem większości naszych poczynań. Todd Solondz pokazuje jak każdy z nas próbuje znaleźć sens oraz prawdziwą wartość w swoim życiu, i jak często nasze ku temu wysiłki kończą się żenującą porażką. Podejmowane przez bohaterów Wiener-Dog desperackie próby odnalezienia w świecie swojego miejsca (i co za tym idzie szczęścia) zestawione zostają z niegodnym pozazdroszczenia losem jamnika, który często staje się dla swoich kolejnych właścicieli jeszcze jedną szansą na lepsze, bardziej znośne życie. Jak każdy instrument na drodze do zamierzonego celu nasz psi protagonista przestaje być w końcu potrzebny, i źle zazwyczaj się to dla niego kończy.


          W amerykańskiej kulturze mamy do czynienia z prawdziwą patologią pragnienia szczęśliwych zakończeń. I nie dotyczy to tylko produkcji mainstreamowych. Todd Solondz gwarantuje nam brak takiego happy end’u, swoją markę zbudował w końcu na nie licowaniu się z powszechnymi oczekiwaniami ogółu. Jakby tego było mało, reżyser ten znajduje szczególne upodobanie w podkreślaniu i eksponowaniu brzydoty tego świata oraz ludzkich w nim postępków. Idąc niejako całkowicie pod prąd oczekiwaniom oraz wraźliwości filmowej widowni, Solondz kontrapunktuje bezsens i okropność swojego świata czarnym humorem. W pierwszym segmencie filmu grana przez Julie Delpy matka małego Remi’ego, próbując wytłumaczyć synowi konieczność sterylizacji jego psiego pupila, opowiada mu z kamienną twarzą historię swojego pudla z dzieciństwa, wabiącego się Croissant, zgwałconego wraz z licznymi leśnymi wiewiórkami przez wściekłego psa o imieniu Muhammad… W finałowej oniryczno-surrealistycznej scenie kreowana przez Ellen Burstyn bohaterka, pod wpływem odwiedzin granej przez Zosię Mamet wnuczki, dokonuje rozrachunku swojego długiego życia. Bilans okazuje się ciągiem zaprzepaszczonych możliwości i niewykorzystanych szans. Życie według Todd’a Solondz’a jest właśnie takim rachunkiem, który nigdy się nie zgadza, nigdy nie ma sensu, ale który w finale zawsze musimy zaakceptować. I nie miejmy co do tego żadnych złudzeń.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz