24 maja 2020

Bad Education (Zła edukacja). Wszystkie twarze pedagoga.

          Doktor Frank Tassone (znakomita rola Hugh Jackmana) był kierownikiem szkolnego dystryktu Roslyn na Long Island w stanie Nowy Jork na początku obecnego stulecia. Zasłynął jako bohater największej afery defraudacyjnej w historii amerykańskiego szkolnictwa publicznego. Mówi się, że szkoły państwowe są znacząco biedniejsze od tych prywatnych, szczególnie w Stanach Zjednoczonych. Pomimo tego Frank Tassone i jego prawa ręka, szkolna administratorka Pam Gluckin (fenomenalna jak zawsze Allison Janney), zdołali ukraść ponad 11 milionów dolarów publicznych pieniędzy, zanim cała sprawa ujrzała światło dzienne w 2004 roku po publikacji lokalnej szkolnej gazety. Żeby dobrze zrozumieć skalę malwersacji, trzeba uważnie przyjrzeć się jej głównym architektom, a w szczególności niejednoznacznej, skomplikowanej i szalenie frapującej postaci Franka Tassone, w którego rewelacyjnie wciela się znakomity Hugh Jackman, prezentując nam jedną z najbardziej zniuansowanych ról w swojej karierze, która staje na wysokości zadania i oddaje sprawiedliwość rzeczywistej postaci superintendenta o wielu twarzach.


          Kryminalny komediodramat Zła edukacja jest drugim pełnometrażowym dziełem reżysera Cory’ego Finleya, znanego wcześniej ze świetnego niezależnego thrillera Panny z dobrych domów (Thoroughbreds) z 2017 roku. Scenariusz obrazu napisał Mike Makowsky na podstawie artykułu prasowego o całej aferze autorstwa Roberta Kolkera, który ukazał się w New York Magazine w 2016 roku. Co ciekawe, Makowsky był absolwentem szkoły w Roslyn w czasach kiedy zarządzał nią Tassone i nawet miał okazję poznać osobiście osławionego kierownika krótko przed jego spektakularnym upadkiem. Bad Education pokazano premierowo na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Toronto we wrześniu 2019 roku. Prawa do dystrybucji obrazu zakupiło HBO Films za niebagatelne 17.5 miliona dolarów i od 25 kwietnia 2020 roku można oglądać Złą edukację na HBO i na wszystkich kanałach streamingowych tej stacji.


          Frank Tassone (Hugh Jackman) oraz Pam Gluckin (Allison Janney) mają bardzo ambitny cel: chcą swój szkolny dystrykt Roslyn na Long Island wywindować na pierwsze miejsce w rankingu najlepszych publicznych szkół w Stanach Zjednoczonych. Osiągnęli już bardzo dużo, są aktualnie na 4 miejscu, ale na ich nieszczęście jedna z uczennic lokalnego liceum, Rachel (w tej roli Geraldine Viswanathan), postanawia napisać artykuł do szkolnej gazety o ambitnym i kosztownym, jak się okazuje, architektonicznym projekcie krytej kładki, która ma połączyć osobne budynki szkolnego kampusu. Przeglądając szkolną dokumentację, Rachel wpada na trop finansowej malwersacji, która w finale położy kres karierze kochanego przez wszystkich superintendenta oraz jego zaufanej administratorki.


          W Stanach Zjednoczonych im lepszą reputacją cieszy się lokalna publiczna szkoła, tym wyższe są ceny nieruchomości w okolicy. To zależność, o której w Ameryce wiedzą wszyscy. Im większy prestiż szkoły, im więcej jej absolwentów dostaje się na studia do renomowanych uniwersytetów, tym zamożniejsza jest okolica i jej mieszkańcy, albowiem szkoła dostaje większy budżet od państwa na realizację swoich rozwojowych projektów. Taki system naczyń połączonych wykorzystali skrzętnie Frank Tassone i Pam Gluckin, z jednej strony umacniając pozycję oraz prestiż zarządzanej przez siebie placówki, z drugiej zaś defraudując dla prywatnej korzyści pieniądze, które szkoła otrzymywała od państwa w ramach zwiększonego budżetu za swoją rosnącą pozycję w rankingu. Pod przykrywką ambitnych architektonicznych projektów na kampusie, para zdołała wyprowadzić ponad 11 milionów dolarów ze szkolnego budżetu. Jak to jednak w takich przypadkach zazwyczaj bywa, to zwykła i rosnąca chciwość położyła kres całemu kryminalnemu procederowi. Bo czy zwykła kryta kładka między szkolnymi budynkami na kampusie (tak zwany ‘skywalk’) musi kosztować prawie 8 milionów dolarów??? Najśmieszniejsze w całej tej historii jest to, że oszustwo zostało zdemaskowane nie przez wewnętrzny audyt czy dużą amerykańską gazetę pokroju New Yorkera, ale przez małą lokalną szkolną gazetkę w Roslyn, gdzie znalazła się jedna odważna licealistka (świetnie zagrana przez Geraldine Viswanathan), która postanowiła drążyć temat szkolnego budżetu i nie wahała się zadawać lokalnej administracji trudnych pytań, ryzykując w ten sposób swoją osobistą przyszłością oraz perspektywami i reputacją całej szkoły.


          Bardzo dobry scenariusz czyni z tej kryminalnej tragikomedii, jaką jest Zła edukacja, film ponadprzeciętny, przywodzący na myśl żywe skojarzenia z innymi wybitnymi dziełami tego pokroju, jak choćby z filmem Wybory (Election) znakomitego Alexandra Payne’a na czele. Nie byłoby tego sukcesu, gdyby nie para odtwórców głównych ról i cała plejada świetnych drugoplanowych kreacji, wśród których wyróżniają się Ray Romano, Geraldine Viswanathan, Annaleigh Ashford, Rafael Casal, Alex Wolff czy Kayli Carter. Ale to Hugh Jackman i Allison Janney wyciągają ten obraz na wyżyny aktorskiego kunsztu, zaliczając jedne z najlepszych ról w całej swojej karierze. Szczególnie trudne zadanie miał tutaj Hugh Jackman, który musiał się wcielić w postać niezwykle złożoną i wewnętrznie skomplikowaną. Na zewnątrz doktor Frank Tassone był mistrzem dyplomacji, gotowym do wszelkiej pomocy względem swoich uczniów i ich rodziców. Jasne jest od pierwszej sceny, że Tassone miał w sobie pedagogiczny talent, autentyczne powołanie do nauczania. Kiedyś była to jego główna i jedyna pasja, zanim oczywiście chciwość przykryła i położyła całą jego edukacyjną karierę. Zagrana przez Jackmana postać to świetny przykład człowieka ze świadomością pedagogicznej misji, który w miarę upływu lat zamienia prestiż i ideę na jej wątpliwy finansowy ekwiwalent, zadowalając się głównie materialną stroną sukcesu i kariery. Doktor Tassone miał też silne narcystyczne skłonności, które potrafił dobrze maskować, ale które wypływają jedna po drugiej, głównie dzięki pełnej niuansów grze Jackmana. To między innymi narcyzm właśnie zaprowadził poważanego i lubianego przez wszystkich pedagoga na drogę oszustwa i defraudacji, a jego karierę zakończył za więziennymi kratami. Wielkie przestępstwa zawsze mają swoje drobne i pozornie niewinne początki.


10 maja 2020

The Death of Dick Long. Rzeczywistość jest dziwniejsza niż fikcja.

          Nie będzie w tym miejscu żadnym spoilerem podanie informacji, że jeden z bohaterów filmu o wiele mówiącym tytule The Death of Dick Long umiera, i robi to właściwie na samym początku seansu. Tajemnica tkwi bowiem nie w ‘czy’ i ‘kiedy’, ale ‘jak’ umiera Dick Long (w tej roli wystąpił sam reżyser obrazu Daniel Scheinert). Jeśli widział ktoś poprzedni film tego twórcy, Człowiek-scyzoryk (Swiss Army Man z 2016 roku), wyreżyserowany wspólnie z Danielem Kwan’em, to może się i tutaj spodziewać równie pojechanej fabuły. Różnica jednak jest zasadnicza: o ile Człowiek-scyzoryk był czystą fikcją, od początku do końca, o tyle wydarzenia w The Death of Dick Long zainspirowane zostały prawdziwymi przypadkami, które miały miejsce w amerykańskim stanie Waszyngton w 2005 roku. Najnowszy film Daniela Scheinerta jest ociekającą absurdem czarną komedią, która z pewnością nie jest dla każdego. Znajdą się na pewno zniesmaczeni i zbulwersowani tym obrazem, ale dla nich mam tylko jeden komentarz: rzeczywistość bywa dziwniejsza niż fikcja.


          Reżyser The Death of Dick Long, Daniel Scheinert, wywołał (wspólnie z Danielem Kwan’em) burzę wśród krytyków i publiczności w 2016 roku za sprawą kontrowersyjnej komedii Człowiek-scyzoryk (Swiss Army Man), opowiadającej o niecodziennej przyjaźni między rozbitkiem na bezludnej wyspie i nieustannie puszczającym gazy ludzkim trupem. W styczniu 2019 roku Scheinert powrócił na Sundance Film Festival ze swoją nową komedią, tym razem jednak o wiele czarniejszą i opartą na prawdziwych zdarzeniach. W przeciwieństwie do autentycznej historii, która wydarzyła się na prowincji w stanie Waszyngton, Scheinert i autor filmowego scenariusza, Billy Chew, przenieśli opowiadaną historię do prowincjonalnej Alabamy, z której obaj się wywodzą. Dzięki temu obraz zyskał autentyczny lokalny koloryt, który bardzo przekonująco zakotwicza fabułę w realiach małomiasteczkowego amerykańskiego Południa.


          Akcja The Death of Dick Long ma miejsce w małym mieście gdzieś na prowincji stanu Alabama. Zeke (Michael Abbott Jr.), Earl (Andre Hyland) i tytułowy Dick (reżyser Daniel Scheinert we własnej osobie) postanawiają się zabawić pewnej nocy po skończonej próbie amatorskiego zespołu rockowego, który tworzą. Bawią się tak ostro (przy wydatnej pomocy marihuany i alkoholu), że Dick ląduje z wewnętrznym krwotokiem w szpitalu… Przerażeni obrotem spraw koledzy Dicka postanawiają konsekwentnie tuszować sprawę i zatrzeć wszelkie ślady swojego udziału w rzeczonej imprezie, czy w ogóle jakiegokolwiek kontaktu tamtej nocy z przyjacielem. Podwożą zatem zakrwawionego Dicka pod szpital i zostawiają go tam bez portfela przy wejściu na izbę przyjęć. Dick umiera, a wieść o jego tragicznej śmierci lotem błyskawicy roznosi się po okolicy.


          Skala obrażeń i przyczyna śmierci Dicka wymaga zaangażowania lokalnej starszej pani szeryf ( w tej roli Janelle Cochrane) oraz jej młodej pomocnicy (Sarah Baker) w związku z podejrzeniem morderstwa. Lokalna społeczność tego małego miasteczka w Alabamie jest poruszona brutalnym końcem jednego ze swoich mieszkańców, bojąc się także o własne życie i zdrowie. Policja rozpoczyna swoje śledztwo w sprawie tragicznej śmierci Dicka Longa, a jego dwaj najbliżsi przyjaciele konsekwentnie idą w zaparte co do ostatnich godzin życia swojego kompana, kłamiąc bardzo źle i bardzo nieprzekonująco swoim rodzinom oraz policji. Czarne i tragikomiczne poczucie humoru w filmie bierze się głównie ze skali głupoty, absurdu i niekompetencji, jaką demonstrują w filmie Zeke (Michael Abbott Jr.) i Earl (Andre Hyland), wyglądający na typowych męskich przedstawicieli prowincjonalnego amerykańskiego Południa. Szczególnie Zeke jest tutaj w potrzasku nie do pozazdroszczenia, tak się bowiem dla niego niekorzystnie składa, że ma dużo inteligentniejszą od siebie żonę, Lydię (świetna rola Virginii Newcomb), i niemniej bystrą małą córkę, Cynthię (Poppy Cunnigham), które nie kupują bezkrytycznie nieudolnych prób Zeke’a wyłgania się z wszelkiej odpowiedzialności za przebieg wydarzeń z poprzedniej nocy. Lokalna pani szeryf, pomimo podeszłego wieku, ewidentnego alkoholizmu i laski, którą musi się wspomagać na co dzień, nie odpuszcza jednak w swoim śledztwie, podobnie jak wdowa po Dicku, Jane (Jess Weixler), chcąca dowiedzieć się, co właściwie przydarzyło się jej mężowi.


          „Ludzie są niezbadani od środka” - powiada w finale filmu oficer Dudley (Sarah Baker), policjantka odpowiedzialna za rozwikłanie tajemnicy zgonu tytułowego bohatera. Nie żeby tajemnica była aż tak głęboka i tak pokrętna, jej ujawnienie jednak staje się prawdziwym szokiem dla nieprzyzwyczajonych do takich rewelacji mieszkańców jednej z wielu zapadłych dziur na głębokiej amerykańskiej prowincji. Reżyser Daniel Scheinert i scenarzysta Billy Chew pochodzą z Alabamy właśnie i to im zawdzięczamy znakomite i zwalające z nóg swoim ironicznym humorem sportretowanie mieszkańców małej mieściny w tymże stanie. Aktorzy w The Death of Dick Long, pomimo satyrycznego ujęcia tematu, zagrali ze stuprocentowym realizmem i całkiem na poważnie swoje postaci, dodając filmowi autentyzmu oraz wiarygodności. Oglądając obraz Scheinerta aż czujemy na języku posmak lokalnego klimatu i lokalnych międzyludzkich stosunków. Postać Zeke’a, fenomenalnie w swej niekompetencji zagrana przez Michaela Abbotta Jr., wyrasta nam na protagonistę tej tragikomicznej opowieści. Śledzenie historii jego kłamstw, konfabulacji i wyjątkowo nieudacznych prób pozbycia się dowodów na niedawny kontakt ze zmarłym kumplem, to jak oglądanie szekspirowskiej w rozmachu komedii omyłek, która miast do szczęśliwego zakończenia i wyjaśnienia wszelkich nieporozumień, prowadzi do potężnego moralnego kaca, z którego nigdy do końca nie będziemy się w stanie wyleczyć.



26 kwietnia 2020

Never Rarely Sometimes Always (Nigdy, rzadko, czasem, zawsze). O aborcji. Znowu.

          Nigdy, rzadko, czasem, zawsze to dramat mający dwie amerykańskie nastolatki z prowincji za główne bohaterki opowieści. 17-letnia Autumn (Sidney Flanigan) zachodzi w nieplanowaną ciążę w małym miasteczku w Pensylwanii. W swoim rodzinnym stanie Autumn potrzebowałaby zgody jednego z rodziców na przeprowadzenie aborcji, a za wszelką cenę nie chce, aby ktokolwiek w domu się dowiedział. Wyrusza zatem z kuzynką i najlepszą przyjaciółką zarazem, Skylar (Talia Ryder), autobusem do Nowego Jorku w celu dokonania zabiegu. Znakomity film wrażliwej na problemy współczesnych amerykańskich nastolatków Elizy Hittman porusza zawsze kontrowersyjny temat aborcji, ale robi to w sposób odświeżająco realistyczny, pozbawiony jakiejkolwiek nachalnej propagandy i próby przemycenia wyrobionego z góry stanowiska w tej sprawie. Nigdy, rzadko, czasem, zawsze to bardziej film o młodej dziewczynie i jej problemie/problemach niż kolejny obraz z aborcją na pierwszym planie.


          Never Rarely Sometimes Always to trzeci pełnometrażowy film reżyserki Elizy Hittman, która zrobiła wcześniej świetne Beach Rats w 2017 roku. Podobnie jak w swoim poprzednim obrazie Hittman napisała scenariusz bazujący na problemach i doświadczeniach młodych Amerykanów. Film pokazano po raz pierwszy na Sundance Film Festival w styczniu 2020 roku, gdzie Hittman otrzymała szczególne wyróżnienie od jury festiwalu za swój filmowy neorealizm. Film uczestniczył również w głównym konkursie na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Berlinie w lutym tego roku i otrzymał na nim Srebrnego Niedźwiedzia, drugą najważniejszą nagrodę festiwalu. Na początku kwietnia tego roku ze względu na zamknięcie kin obraz stał się powszechnie dostępny na VOD. Warto go zobaczyć, bo to jeden z najlepszych filmów 2020 roku.


          Grana przez debiutantkę Sidney Flanigan Autumn jest dziewczyną skrytą oraz introwertyczną. Gdy dowiaduje się o swojej niechcianej ciąży nawet przez chwilę nie myśli, aby podzielić się swoim problemem z matką (zagraną przez znaną piosenkarkę Sharon Van Etten). Jedyną osobą z najbliższego kręgu, której Autumn mówi o swojej sytuacji, jest jej kuzynka i najlepsza przyjaciółka Skylar (Talia Ryder). Ta ostatnia dostarcza pieniądze potrzebne na dotarcie do Nowego Jorku, gdzie Autumn ma zamiar usunąć nieplanowaną ciążę.


          Eliza Hittman ma oko do swoich młodych aktorów/aktorek. Pokazała to już w Beach Rats, gdzie wyróżniali się głównie nastoletni chłopcy z debiutującym wtedy na dużym ekranie Harrisem Dickinsonem na czele. W Nigdy, rzadko, czasem, zawsze Sidney Flanigan i Talia Ryder grają równie przekonująco i realistycznie, jak to wcześniej zrobił Dickinson we wspomnianym Beach Rats. Hittman po raz kolejny napisała świetny scenariusz ze współczesnymi dialogami, które szkicują bez najmniejszego odcienia fałszu życie nastoletniej amerykańskiej dziewczyny w małym mieście na prowincji. Życie w prowincjonalnej Pensylwanii nie różni się specjalnie od życia na prowincji w Polsce. Gdy pojawia się prawdziwy problem, jak ten będący udziałem naszej głównej bohaterki, trzeba jechać aż do wielkiej metropolii, aby załatwić to po cichu i bez zbędnych ceregieli. Komplikacji w Nowym Jorku nasze dwie młode heroiny nie unikną, ale dzięki tym perypetiom będziemy się mogli bliżej przyjrzeć obu dziewczynom i ich wzajemnej przyjacielskiej relacji. Grana przez debiutującą na ekranie Flanigan Autumn potrzebuje u swego boku bardziej odważnej i rezolutnej Skylar. Dziewczyny nie rozmawiają ze sobą zbyt dużo, znaczna część komunikacji odbywa się na mocy koleżeńskiego porozumienia bez słów, wystarczy znaczące spojrzenie lub chwila wymownej ciszy. Reżyserka obrazu nie zamęcza nas nadmiernymi dialogami, a tym bardziej monologami swoich bohaterów, których w ogóle nie ma w filmie. Dzięki temu sceny takie jak ta, w której Autumn odbywa rozmowę z pracownicą nowojorskiej kliniki aborcyjnej, wybrzmiewają z podwójną mocą.

       
          Tytuł filmu Nigdy, rzadko, czasem, zawsze pochodzi od sugerowanych odpowiedzi, jakich Autumn może udzielić na zadawane jej w kwestionariuszu pytania. Pracownica kliniki aborcyjnej zadaje te pytania jeszcze przed przeprowadzeniem zabiegu, w ramach ogólnej procedury zbierania informacji o pacjencie. Pytania są osobiste i dotyczą często bardzo intymnych doświadczeń z życia naszej bohaterki. Jej reakcje oraz odpowiedzi na te pytania (lub ich brak) to najbardziej przejmujący fragment filmu, jak w pigułce zamykający całe życiowe, nierzadko bardzo bolesne doświadczenie tej młodej kobiety. I to właśnie te pozostawione bez odpowiedzi pytania są kluczem do zrozumienia Autumn. Opcje odpowiedzi oferowane przez kwestionariusz i tak byłyby niewystarczające i niesatysfakcjonujące, radykalnie upraszczające rzeczywistość, która przerasta często ludzi poziomem swojego skomplikowania. Czasami jednak wystarczą trafnie zadane pytania i wymowny brak odpowiedzi, aby poznać całą prawdę o człowieku.


12 kwietnia 2020

Clemency. Czekając na łaskę.

          Bernadine Williams (w tej roli nieoceniona Alfre Woodard) jest naczelniczką więzienia, w którym znajdują się cele śmierci. Część jej pracy polega na nadzorowaniu wykonywanych w więzieniu egzekucji, a te zawsze stanowią ekstremalne doświadczenie, szczególnie jeśli nie wszystko idzie zgodnie z planem i procedurą… Bernadine jest twarda i formalna w obejściu, a przynajmniej sprawia takie wrażenie. Z pozoru wydaje się pozbawioną emocji więzienną urzędniczką, która dobrze i rzetelnie wykonuje swoje obowiązki. Ale ta fasada dawno już zaczęła pękać, Bernadine kruszy się i rozpada od środka, na zewnątrz widzimy jeszcze zadbaną panią naczelnik, wypytującą skazańców o życzenia odnośnie ostatniego posiłku i kogoś, kto mógłby ewentualnie zgłosić się po ciało, prywatnie jednak Bernadine nie może spać, a jeśli już zasypia, to miewa najgorsze koszmary. Clemency jest filmem o emocjonalnej cenie, jaką muszą zapłacić ci, którzy egzekucji dokonują. Skazańcy w celach śmierci do ostatniej minuty czekają na akt łaski (to właśnie znaczy angielskie ‘clemency’). Jednak prawo łaski miałoby też dobre zastosowanie w stosunku do dokonujących egzekucji pracowników więzienia, o ile tylko byłoby w stanie przynieść im jakąkolwiek psychiczną oraz emocjonalną ulgę…


          Dramat Clemency wygrał konkurs dramatyczny festiwalu Sundance z początkiem 2019 roku, a jego reżyserka i scenarzystka zarazem, Chinonye Chukwu, stała się pierwszą czarnoskórą autorką, której film zdobył najbardziej prestiżową Nagrodę Jury na Sundance. Obraz został też doceniony na Film Independent Spirit Awards, otrzymując trzy nominacje do tych nagród: za najlepszy film, scenariusz oraz dla najlepszej aktorki dla Alfre Woodard, która daje tutaj pokaz mistrzowskiego i zarazem niezwykle subtelnego aktorstwa. W bardziej sprawiedliwym świecie ta fenomenalna kreacja Woodard zapewniłaby jej prowadzenie w Oscarowym wyścigu aktorek. Clemency to jednak film niezależny, a kino niezależne zawsze przegrywa w tego rodzaju wyścigach.


          Zagrana fenomenalnie przez Alfre Woodard Bernadine wydaje się wzorcową urzędniczką państwową. Jako naczelnik więzienia potrafi być zdecydowana oraz nieugięta. Najważniejsze dla niej to dotrzymanie wszelkich procedur i nieuleganie w ich trakcie emocjom. Te jednak kotłują się w niej coraz mocniej, co widać jak na dłoni w domowych relacjach Bernadine z mężem, Jonathanem (Wendell Pierce). Para już dawno się od siebie zdystansowała, a Bernadine jest przekonana o swojej wewnętrznej samotności i emocjonalnej torturze, której mąż nie rozumie i nigdy też nie będzie w stanie zrozumieć. Kiedy nasza heroina musi przeprowadzić dwunastą egzekucję w swojej profesjonalnej karierze, tym razem na skazanym za zabójstwo policjanta Anthony’m (świetny Aldis Hodge), przychodzi dla niej czas decydującej próby.


          Test dla Bernadine jest o tyle większy, że istnieją poważne przesłanki, że Anthony Woods, oczekujący wyroku śmierci skazaniec, został niesłusznie oskarżony i skazany za zabójstwo policjanta. Jego prawnik, Marty Lumetta (Richard Schiff w tej roli), robi wszystko, by zatrzymać nieubłaganą państwową machinę i ocalić swojego klienta przed śmiercią. Przed więzieniem zbierają się tłumy protestujących, którzy domagają się sprawiedliwości dla skazanego na śmierć Anthony’ego. Tymczasem kolejne sądowe batalie zostają przegrane, a z biura gubernatora nie ma wieści o łasce dla skazańca. Bernadine musi czynić swoją powinność, jakiekolwiek byłyby jej wewnętrzne przekonania tudzież wątpliwości. Problemy ze snem oraz koszmary powiększają jeszcze pęknięcia na fasadzie niewzruszonej pani naczelnik. Bernadine dystansuje się od męża, który nie może mieć nawet pojęcia o tym, co widzi i czego doświadcza w swojej pracy. Jest sama ze swoją psychiczną torturą, która staje się dla niej coraz bardziej niebezpiecznym obciążeniem. Załamanie nerwowe jest tuż za rogiem, a kontrowersyjna sprawa Anthony’ego Woodsa na pewno nie pomaga.


          Reżyserka i autorka scenariusza do Clemency, Chinonye Chukwu, ma znakomity filmowy talent do wychwytywania i wygrywania najbardziej dramatycznych i emocjonalnie naładowanych momentów. Aktorzy pokroju wspaniałej Alfre Woodard i nieustępującego jej poziomem Aldisa Hodge’a pomagają wznieść Clemency na wyższy poziom. Obraz opiera się głównie na subtelnej grze tych dwojga, i to właśnie ich aktorskie kreacje czynią z tego porażającego psychicznie filmu dzieło naprawdę warte obejrzenia. Temat obrazu może być i jak najbardziej jest depresyjny, ale sposób wykonania, zdjęcia, muzyka oraz przede wszystkim gra aktorów wznosi nasze filmowe doświadczenie na zupełnie inny, naprawdę bardzo rzadko w kinie spotykany poziom. Są takie trzy długie sceny w Clemency, obok których nie sposób przejść obojętnie. Pierwsza to sekwencja egzekucji skazańca na samym początku obrazu, która nie idzie zgodnie z planem, następnie ściskająca za serce scena rozmowy Anthony’ego z matką jego syna, Evette (w tej roli znana z serialu Orange Is the New Black niezrównana Danielle Brooks), i wreszcie ostatnia w filmie scena, podczas której sypie się w drobny mak urzędnicza i profesjonalna fasada, a wyziera z człowieka to, co ludzkie i co przemawia do najgłębszych pokładów naszego współczucia oraz empatii. Dla Alfre Woodard i dla tej jej jednej finałowej sceny warto jest obejrzeć cały ten niełatwy film.


26 marca 2020

Uncut Gems (Nieoszlifowane diamenty). Kino wiecznego niepokoju.

          Bracia Safdie w Nieoszlifowanych diamentach znów trzymają nas na skraju nerwowego wyczerpania, dokładnie tak samo jak to zrobili dwa lata wcześniej przy okazji filmu Good Time z Robertem Pattinsonem w głównej roli. W Uncut Gems stan podwyższonego niepokoju i ciągle rosnącego ryzyka nie tylko się powtarza, ale nawet przebija pułapy osiągnięte przez poprzednie dzieło braterskiego tandemu. W Nieoszlifowanych diamentach główny bohater, Howard Ratner (wybitna kreacja Adama Sandlera), jest personifikacją uzależnienia, tego od błyskotek i tego od hazardu. Grany przez Sandlera nowojorski jubiler żyje na krawędzi, ścigany przez wierzycieli i przede wszystkim przez własne wewnętrzne demony, które ani przez chwilę nie dają mu spokoju, szepcząc: więcej, odważniej, ryzykowniej.


          Reżyserski duet braci Benny’ego oraz Josha Safdie po raz drugi z rzędu strzelił w dziesiątkę swoim filmowym projektem, napisanym przy współpracy Ronalda Bronsteina. Nieoszlifowane diamenty są fascynującą kombinacją dramatu, thrillera i filmu kryminalnego, pokazanym premierowo na Telluride Film Festival w stanie Kolorado w końcówce sierpnia 2019 roku. Obraz wywołał powszechny zachwyt w niezależnych filmowych kręgach w USA, zdobywając aż pięć nominacji do Film Independent Spirit Awards, w tym za najlepszy film, reżyserię, scenariusz, montaż oraz za najlepszą pierwszoplanową rolę męską dla fenomenalnego Adama Sandlera, który całkowicie zasłużenie zwyciężył w swojej kategorii. Obraz pokonał konkurencję również w kategoriach najlepsza reżyseria oraz montaż.


          Howard Ratner (powalająca kreacja Adama Sandlera) to nowojorski jubiler, prowadzący swój sklep w Diamentowym Dystrykcie na Manhattanie. Howard uzależniony jest od hazardu i związanego z nim ryzyka. Nieustannie pożycza pieniądze, zastawia klejnoty w lombardzie, układa się z lub unika jak ognia swoich wierzycieli, często typów spod ciemnej gwiazdy. Lichwiarze wciąż depczą mu po piętach, grożąc poważnymi konsekwencjami jemu i jego najbliższej rodzinie. I wtedy przesyłką pocztową trafia do Howarda tytułowy nieoszlifowany diament: mieniący się wszystkimi kolorami opal, wykopany przez jedno z plemion Żydów w kopalniach północnej Etiopii, który nasz bohater chce drogo sprzedać na jednej z nowojorskich aukcji. Howard głęboko wierzy, że ten właśnie drogocenny kamień jest początkiem końca jego rozlicznych problemów. Nietrudno jednak przewidzieć, że stanie się dokładnie na odwrót…


          Żyjący na przysłowiowej krawędzi Howard otoczony jest przez ludzi z biznesowego półświatka. Jego wspólnik, Demany (LaKeith Stanfield), nakręca mu różną szemraną klientelę na jubilerskie błyskotki, wśród której zdarzają się gwiazdy sportu pokroju Kevina Garnetta (grający samego siebie koszykarz Boston Celtics). To właśnie jemu dość nierozważnie Howard wypożycza przed aukcją swój opal, co staje się pierwszą z długiej serii złych decyzji naszego bohatera. Howard jest Żydem oraz członkiem praktykującej żydowskiej familii. Nie stanowi to jednak dla niego żadnej ochrony przed własnym szwagrem Arno (Eric Bogosian), członkiem lichwiarskiej mafii, odzyskującej długi na wszelkie możliwe sposoby. Zadłużony po uszy Howard ma na utrzymaniu nienawidzącą go już od dawna żonę (w tej roli Idina Menzel), trójkę dzieci oraz duży dom, a ponadto młodą kochankę (w tej roli świetna Julia Fox) i mieszkanie w mieście, w którym rezyduje ta ostatnia. Debiutująca na dużym ekranie Julia Fox w roli kochanki i jednocześnie ekspedientki w jubilerskim sklepie Howarda to prawdziwe aktorskie objawienie: jej straceńcza miłość do dużo od siebie starszego faceta i gotowość do poświęceń dla niepoprawnego hazardzisty równa jest tylko sile uzależnienia od ryzyka i adrenaliny samego Howarda. Na przeciwległym biegunie emocji znajduje się żona Howarda, Dinah Ratner (bardzo dobra w tej roli Idina Menzel), która nie ma już najmniejszych nawet złudzeń co do charakteru oraz słabości męża. Kipiąca pogardą oraz niechęcią do męża Dinah chce od niego tylko jednego: jak najszybszego rozwodu.


          Howard Ratner to postać bardzo bliska Connie’mu Nikasowi, granemu przez Roberta Pattinsona bohaterowi poprzedniego filmu braci Safdie, czyli Good Time. Podobnie jak Connie, Howard wpada w pułapkę własnych impulsywnych decyzji, które zamiast wyciągnąć go z opresji, wpychają go jeszcze głębiej w ruchome piaski własnych słabości oraz uzależnień. Bracia Safdie są mistrzami w kreowaniu atmosfery wiecznego niepokoju i nieustającego zagrożenia. Stawka w Nieoszlifowanych diamentach ciągle rośnie, z minuty na minutę, a my, jako widzowie, nie dostajemy nawet chwili na złapanie oddechu. Relaks oraz odprężenie to pojęcia nieistniejące w filmowym świecie braci Safdie. Adam Sandler był pierwszym wyborem reżyserów do zagrania postaci Howarda i po dekadzie perturbacji oraz poszukiwań funduszów na realizację projektu udało się obsadzić odpowiedniego aktora w odpowiedniej roli. Po raz kolejny Sandler udowadnia, że potrafi być znakomitym aktorem dramatycznym, jeśli tylko dostanie właściwy materiał. Rola pogrążonego w długach hazardzisty i jubilera, człowieka wiecznie goniącego własny ogon i nigdy nie znajdującego spokoju oraz ukojenia, to być może kreacja jego życia.


2 marca 2020

Wild Nights with Emily (Szalone noce z Emily). Dickinson: pustelnica czy lesbijka?

          Emily Dickinson wielką poetką była. Być może nawet największą amerykańską poetką w historii. Długo jednak musiała czekać na film o swoim życiu, ale w końcu się doczekała, i to nawet dwóch w przeciągu zaledwie jednej dekady. W 2016 roku Terence Davies zrobił poruszający dramat A Quiet Passion (Cicha namiętność) z Cynthią Nixon w głównej roli. Ledwie dwa lata po wysublimowanym dziele Daviesa Amerykanka Madeleine Olnek zaszokowała widzów swoją wersją życia wielkiej poetki, kręcąc Szalone noce z Emily jako historyczną komedię, obalającą w bezpardonowy sposób upowszechniony mit o Dickinson jako o zatwardziałej w swoim staropanieństwie pustelnicy. Wild Nights with Emily nie tylko wywraca mit o poetce do góry nogami, ale czyni z niej kobietę zabawną, namiętną i zaprawioną w braniu oraz dawaniu ziemskich rozkoszy. Szalone noce z Emily odbrązawiają postać Dickinson, przydając jej wreszcie ludzką twarz.


          Madeleine Olnek napisała scenariusz do Szalonych nocy z Emily na podstawie najnowszych naukowych doniesień o życiu tej XIX-wiecznej amerykańskiej poetki, która, jak się okazuje, nie była wcale taką nudziarą i samotniczką jak dotychczas sądzono. Po prześwietleniu najnowszą technologią pozostałych po Dickinson listów i wierszy wyszła na jaw jej długoletnia romantyczna relacja z bratową, Susan Gilbert, z którą poetka utrzymywała więcej niż tylko platoniczną więź. Olnek napisała swój film jak odcinek popularnego komediowego serialu Drunk History, którym zresztą mocno się inspirowała. Szalone noce z Emily pokazano po raz pierwszy na South By Southwest Film Festival w marcu 2018 roku, a także na polskim American Film Festival we Wrocławiu w październiku 2018 r.


          Emily Dickinson (znakomita Molly Shannon) oraz Susan Gilbert (grana przez Susan Ziegler) znały się i przyjaźniły już od wczesnej młodości. Aby pozostać blisko siebie Susan wpadła na genialny pomysł: przyjęła oświadczyny Austina, brata Emily, i zamieszkała w sąsiadującym z rezydencją Emily domu w Amherst w stanie Massachusetts. Ich przyjaźń i romantyczna relacja przetrwały aż do śmierci Emily, owocując całą masą listów oraz wierszy, które Dickinson napisała z myślą i dla bratowej. Dowody tego uczucia zostały dosłownie wymazane z liryków oraz korespondencji przez niejaką Mabel Todd (świetnie zagraną przez Amy Seimetz), kochankę Austina i rywalkę Susan, która zajęła się pośmiertną edycją pozostałych po Dickinson tekstów i wierszy, a także doprowadziła do publikacji pierwszego kompletnego zbioru poezji Dickinson, przyczyniając się w ten sposób do odkrycia w Ameryce nikomu wcześniej nieznanej poetki, która za życia zdołała wydać w różnych gazetach zaledwie 11 swoich wierszy…


          Szalone noce z Emily są lekką komedią kostiumową na bardzo poważne tematy, a w jej centrum znajduje się nieśmiertelna poezja oraz głębokie uczucie dwóch kobiet, które były dla siebie bliską rodziną, a jednocześnie były sobie bliższe niż siostry. Romans Emily i Susan reżyserka filmu poprowadziła z werwą i odrobiną slapsticku, tak że na ekranie obserwujemy komedię ukrytych pocałunków, uścisków oraz pieszczot, ale też sceny zazdrości i wymieniane nieustannie za pośrednictwem dzieci Susan liściki między dwiema kochankami. Duchowa więź obu kobiet była tak silna, że przetrwała aż do śmierci Emily i gdyby nie impertynencka ręka Mabel Todd, o sile tego uczucia dowiedzielibyśmy się dużo wcześniej, ponieważ imię Susan pojawia się niezwykle często w wierszach i listach Dickinson. Aby nie gorszyć potomnych i możliwych czytelników poezji Dickinson, Mabel Todd skrupulatnie i za pomocą gumki wymazała imię Susan z pozostałej po Emily prywatnej korespondencji. Madeleine Olnek postawiła sobie za cel w Szalonych nocach z Emily przywrócić pamięć o miłości życia tej jedynej w swoim rodzaju poetki, ale postanowiła to zrobić nie w dydaktyczno-pouczającym tonie, który byłby zapewne nudny i nieznośny niczym jakaś feministyczna dysertacja naukowa, tylko w bardziej krotochwilny i nonszalancki sposób, przemycający w filmie komedię ludzką w najczystszej formie.


          Jeśli miałbym wybierać między Cichą namiętnością Terence’a Daviesa a Szalonymi nocami z Emily Madeleine Olnek, wybrałbym zdecydowanie dzieło Daviesa na pierwszy ogień, ale uzupełniłbym je natychmiast seansem komedii Olnek. Tak w ogóle oba te filmy powinno się wyświetlać wspólnie w kinie, jeden po drugim, żeby przypominały nam nieustannie, że każde życie ludzkie jest zarazem dramatem, jak i komedią, i to od nas zależy, jak je przeżyjemy: czy jako dramat, czy też komedię właśnie. W Szalonych nocach z Emily humor zapodawany jest zazwyczaj z poważną miną, w czym akurat grająca Dickinson aktorka Molly Shannon jest prawdziwą specjalistką. Dzięki temu komizm tego filmu jest bardziej niespodziewany, trochę jakby nie na miejscu. Ale w obrazie Olnek mamy do czynienia z obalaniem mitu wielkiej poetki-pustelnicy, więc nic tak naprawdę nie wydaje się być w tym filmie na swoim miejscu.


9 lutego 2020

Give Me Liberty (Wolności!). Rosyjska dusza w Ameryce.

          Film Wolności! od pierwszych sekund chwyta nas za kołnierz i wciąga w swój chaotyczny wir, w którym prowadzona w zawrotnie szybkim tempie akcja grozi katastrofalnym wykolejeniem na każdym kolejnym zakręcie. Kto zna i rozumie naturę rosyjskiej duszy, ten od razu złapie rytm tego obrazu, jego rwany montaż oraz chaotyczno-spontaniczną improwizację jego głównych bohaterów. Protagonistą zapierającego dech w piersiach Give Me Liberty jest Vic (znakomity Chris Galust), kierowca vana wykorzystywanego do medycznego transportu niepełnosprawnych mieszkańców Milwaukee w stanie Wisconsin. W filmie oglądamy sądny dzień z życia młodego Vica, w którym nic nie idzie tak, jak trzeba, wszystko chłopakowi wali się na głowę, jest ciągle spóźniony, grozi mu wylanie z pracy, a co najgorsze: nie może opędzić się od swojej rosyjskiej rodziny i znajomych, którzy każą się wieźć jego firmowym medycznym vanem na pogrzeb zmarłej rodaczki… Kto czuje rosyjskiego ducha chaosu, ten z miejsca pokocha ten film.


          Komedię Wolności! wyreżyserował Kirill Mikhanovsky, który wspólnie z Alice Austen (producentką dzieła) napisał również scenariusz do filmu. Obraz pokazano premierowo w styczniu 2019 roku na Sundance Film Festival, a następnie w maju 2019 roku na festiwalu w Cannes w sekcji Directors’ Fortnight. Give Me Liberty otrzymał Nagrodę imienia Johna Cassavetesa na Film Independent Spirit Awards w lutym 2020 r. obok trzech innych nominacji, w tym za montaż oraz aktorskie kreacje dla Chrisa Galusta (pierwszoplanowa rola męska) oraz Lauren ‘Lolo’ Spencer (drugoplanowa rola żeńska). Wolności! to jeden z najlepszych i jednocześnie najsłabiej wypromowanych niezależnych filmów amerykańskich w 2019 roku. Obraz ten zasługuje na najwyższe pochwały za swoją fabularną ambicję, imponujące techniczne wykonanie oraz fenomenalny casting, w którego skład weszli w przeważającej liczbie naturszczycy oraz aktorscy debiutanci, przydając filmowi niepodważalnego autentyzmu.


          Vic (debiutujący na ekranie Chris Galust) pracuje jako kierowca medycznego vana, rozwożącego niepełnosprawnych mieszkańców Milwaukee w stanie Wisconsin z ich domów do odpowiednich ośrodków pracy lub rehabilitacji. Akcja Wolności! ma właściwie miejsce w przeciągu 24 godzin, które stanowią zwrotny punkt w życiu młodego Vica. Jest to też dzień, w którym nasz bohater decyduje się zaryzykować swoją pracę i przetransportować swoim medycznym vanem kolorową ferię rosyjskich krewnych oraz znajomych, którzy muszą dotrzeć na pogrzeb zmarłej rodaczki. W tak zwanym międzyczasie i już po pogrzebie dzieje się tak dużo i w tak zawrotnym tempie, że Give Me Liberty mógłby z powodzeniem obdzielić fabułą kilka niezależnych amerykańskich produkcji.


          Choć Wolności! jest komedią, to poziom napięcia (a nawet autentycznego zagrożenia) osiąga w filmie pokaźne rozmiary, zbliżając go gatunkowo do miana tragikomedii. Komedia w Give Me Liberty zdecydowanie jednak przeważa, a im ktoś lepiej rozumie typowo rosyjską chaotyczno-spontaniczną tendencję do improwizacji, tym przedniej będzie się bawił podczas seansu Wolności!. Obiektywnie rzecz ujmując, z punktu widzenia fabuły, nie powinno nam jednak być do śmiechu: przeważająca liczba bohaterów filmu to osoby niepełnosprawne, podopieczni i pasażerowie głównego bohatera oraz jego (zaawansowani wiekiem) rosyjscy ziomkowie, zmierzający na pogrzeb znajomej staruszki. Van Vica staje się mknącym po ulicach Milwaukee amerykańskim tyglem kulturowym na kółkach, jako że jego biała, rosyjskiego pochodzenia klientela wymieszana jest w pojeździe z niepełnosprawnymi podopiecznymi naszego kierowcy, wśród których prym wiedzie wyszczekana Tracy (świetna debiutantka Lauren ‘Lolo’ Spencer), młoda czarnoskóra dziewczyna ze stwardnieniem zanikowym bocznym, które wymusza na niej poruszanie się na wózku. Tracy nie podoba się fakt, że kierowca vana nielegalnie przewozi nim swoich ziomków (w tym własnego dziadka) i gotowa jest skutecznie uprzykrzyć mu z tego powodu życie. Lauren ‘Lolo’ Spencer oraz grający Vica Chris Galust to prawdziwe aktorskie odkrycia tego filmu. Ta para (przy asyście grającego Dimę Maxima Stoyanowa) stanowi prawdziwą siłę napędzającą Wolności! Aż trudno uwierzyć, że są to debiutujący aktorzy, niosący ten niezależny film na swoich młodych barkach. Jeszcze trudniej uwierzyć w to, że reżyser filmu poznał odtwórcę głównej roli przypadkiem w piekarni, a Chris Galust jest z zawodu skromnym elektrykiem… Nośnikiem rosyjskiej duszy i ogólnie wschodnioeuropejskich wartości jest w filmie Dima (koncertowa kreacja Maxima Stoyanowa), podający się za rosyjskiego krewnego zmarłej staruszki. Wygląda jednak na utalentowanego oszusta, który korzysta z okazji i zamieszania, aby ugrać coś dla siebie w tym okołopogrzebowym chaosie. Robi to jednak z takim przekonaniem i pasją w oczach, że poza dostarczaniem w filmie komediowych akcentów, jest Dima jego naturalnym spoiwem oraz dopełnieniem.


          Twórcy Give Me Liberty deklarują, że są idealistami i że nadal wierzą w amerykański sen, jakkolwiek kulawy by nie był. W Wolności! pokazana jest kulejąca amerykańska opieka zdrowotna, ale także cała gama społecznych i rasowych nierówności oraz napięć, które skutecznie kontestują oraz odbrązawiają american dream. Kirill Mikhanovsky wpisał jednak w ten podupadający amerykański sen miasta Milwaukee lokalną społeczność rosyjskiego pochodzenia, która jest wolna i nieskrępowana w swoim chaosie oraz nieokiełznanej energii. Ta rosyjska wolność i pasja porywa za sobą frustrację oraz bezsilność zawiedzionych przez amerykańską służbę zdrowia niepełnosprawnych, jak również gniew i wściekłość wciąż marginalizowanych i spychanych do drugiej kategorii czarnoskórych. Vic mknie na złamanie karku swoim busem, który jest dziwnym amerykańskim tyglem kulturowym w mikro skali, a my na każdym zakręcie i za każdym rogiem spodziewamy się nieuchronnej katastrofy. Wolność to jednak ta noga na gazie, ta prędkość i ten pęd do przodu, pomimo wszystkich przeszkód i zagrożeń. Wolność to antyteza stagnacji.


26 stycznia 2020

The Lighthouse. Dwóch szaleńców i morze.

          Jedną z najgorszych rzeczy, jaka się może człowiekowi przydarzyć, jest wylądowanie na bezludnej wysepce w towarzystwie drugiego homo sapiens, którego nie można wprost znieść. To (w wielkim skrócie) jest zarys fabuły filmu The Lighthouse, najnowszego dzieła Roberta Eggersa, twórcy fenomenalnej Czarownicy: Bajki ludowej z Nowej Anglii. Dwaj mężczyźni (jeden starszy, drugi młodszy) przybywają na malutką, skalistą wysepkę u wybrzeży Nowej Anglii, aby przez miesiąc opiekować się miejscową latarnią. Sztorm zatrzymuje ich na miejscu dłużej niż trzeba, a wzajemne relacje obu latarników, od początku napięte i pełne nieufności, staczają się spektakularnie w otchłań szaleństwa i alkoholizmu. Psychologiczny dramat z elementami horroru okraszony jest fantastyczno-surrealistycznymi scenami, których przyrost w filmie jest wprost proporcjonalny do ilości wypitego przez latarników alkoholu, a także poziomu wzajemnej pogardy oraz nienawiści. I tak razem z Willemem Dafoe i Robertem Pattinsonem zstępujemy do kolejnych kręgów szaleńczego piekła, w którym przyszło zamieszkać granym przez nich bohaterom.  


          The Lighthouse jest drugim reżyserskim dokonaniem Roberta Eggersa, który wspólnie z bratem Maxem napisał również scenariusz obrazu. Podobnie jak wcześniejsza Czarownica: Bajka ludowa z Nowej Anglii, jest The Lighthouse filmem poruszającym się w domenie horroru, skrzyżowanego na dodatek z psychologicznym thrillerem oraz fantasy. Mieszanka to wybuchowa i jak najbardziej działająca, a szczególnego smaku dodają filmowi czarno-białe zdjęcia autorstwa Jarina Blaschke, który za swoją wyjątkową pracę otrzymał nominację do Oscara oraz do nagrody BAFTA w kategorii najlepsze zdjęcia właśnie. The Lighthouse pokazany został po raz pierwszy na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Cannes w maju 2019 roku, gdzie od dziennikarzy otrzymał nagrodę FIPRESCI. Z estetycznego i formalnego punktu widzenia najnowszy film Eggersa jest współczesnym arcydziełem i natychmiastowym klasykiem gatunku.


          Na małą wysepkę u wybrzeży Nowej Anglii w końcówce XIX wieku przybywają dwaj latarnicy: grany przez Willema Dafoe starszy i doświadczony Thomas Wake oraz jego młodszy pomocnik, Ephraim Winslow, w którego wciela się Robert Pattinson. Mężczyźni mają spędzić na skalistej wyspie równy miesiąc, doglądając miejscowej latarni i wykonując najrozmaitsze fizyczne prace w obejściu, od szorowania podłóg w chacie aż po zwożenie węgla do kotłowni. Wszystkie uciążliwe manualne obowiązki spadają właściwie na młodszego latarnika, którym starszy od początku pomiata i dyryguje, sobie samemu zostawiając opiekę nad światłem latarni. Nierówny podział obowiązków i znaczna różnica wieku między mężczyznami szybko przeradza się w coraz bardziej eskalujące napięcie, które przy porządnej dawce alkoholu szybko wymyka się spod jakiejkolwiek kontroli.


          We współpracy ze swoim operatorem, Jarinem Blaschke, Robert Eggers stworzył prawdziwą wizualną perłę, jaką bez cienia wątpliwości jest The Lighthouse. Film mógłby z powodzeniem udawać dzieło nakręcone w latach 30-tych XX wieku, ze względu na czarno-białe zdjęcia i niemalże kwadratowy format obrazu, który kreuje uczucie klaustrofobii oraz poczucie osaczenia w niesprzyjającym środowisku. Bohaterowie filmu skazani są na swoje towarzystwo przez okrągły miesiąc na pozbawionej roślinności skalistej wysepce, smaganej nieustannie przez porywisty wiatr i wzburzone fale oceanu. Do niesprzyjającej pogody na zewnątrz dokładają się jeszcze ogłuszające dźwięki syren okrętowych oraz nieprzerwane skrzeczenie działających na nerwy lokalnych mew. Atmosfera w zamkniętych pomieszczeniach jest jeszcze bardziej frustrująca niż ogłuszający hałas na zewnątrz. Przy skąpym, migotliwym świetle lampy naftowej następuje ostre zderzenie charakterów dwóch całkowicie obcych sobie latarników. Starszy, z finezją i polotem zagrany przez weterana Dafoe, to typ przyzwyczajony do rozkazywania i ustawiania innych po kątach, gadatliwy i ze skłonnością do wygłaszania długich, teatralnych przemów. Jego poprzedni pomocnik podobno oszalał, być może z odrobiną pomocy ze strony swojego przełożonego. Młodszy latarnik, równie znakomicie zagrany przez Roberta Pattinsona, jest małomówny i skrywający sekrety z przeszłości. Nie podoba mu się poczucie wyższości starszego towarzysza, jak i fakt bycia obarczonym wszystkimi ciężkimi fizycznie obowiązkami, z jednoczesnym zakazem wchodzenia na najwyższy poziom latarni, której światło może oglądać tylko obmierzły przełożony. Taki podział ról między dwojgiem mężczyzn musi doprowadzić do katastrofy.


          Sztorm na dobre odcina naszych bohaterów od reszty świata, pozostawiając ich na łaskę i niełaskę samych siebie. Latarnicy topią lęk oraz frustrację w morzu alkoholu (wbrew przepisom) i to wtedy następuje decydująca degrengolada w objęcia szaleństwa. Alkohol rozwiązuje języki, brata i przełamuje opór, ale też pomaga wypłynąć na wierzch kłębowisku emocji. I tak wylewają się niechęć, uraza, irytacja, gniew oraz wściekłość. Omamieni trunkiem latarnicy widzą i robią rzeczy, które ściągają ich głębiej w odmęty szaleństwa. Szczególnie młody Efraim Winslow napędzany jest ambicją i urażoną dumą, prześladowany przez własną przeszłość gotów jest zrobić wszystko, byle tylko przezwyciężyć złą passę. Jego umysł nie jest jednak jasny, Efraim widzi rzeczy, których nie da się przypisać tylko alkoholowemu zamroczeniu. Prześladuje go nie tylko przeszłość i surrealistyczne wizje, ale też jednooka mewa, która potrafi być równie irytująca co stary przełożony. The Lighthouse spowity jest w ciemnościach, tak samo jak dusze jego bohaterów. W kadrach brakuje naturalnego światła, lampy naftowe tylko pogłębiają tę złowieszczą grę światłocieni w ciasnych, zamkniętych pomieszczeniach. Światło tytułowej latarni staje się obsesją zamroczonych latarników, ale zamiast oświecenia przynosi im tylko zaślepienie.