26 września 2020

I'm Thinking of Ending Things (Może pora z tym skończyć). Zima życia.

          “Inne zwierzęta żyją teraźniejszością. Ludzie nie potrafią, więc wymyślili nadzieję” – mówi główna bohaterka najnowszego filmu Charliego Kaufmana Może pora z tym skończyć. Wraz z chłopakiem jedzie na farmę jego rodziców, aby ich poznać w pewne zimowe popołudnie. I chociaż spotkanie z rodziną pary powszechnie traktowane jest jako wstęp do budowania poważnego związku, dziewczyna w monologu wewnętrznym zastanawia się, czy może jednak nie powinna z tym skończyć. Co przez to rozumie? Jeśli ktoś widział wcześniej choć jeden film napisany przez Charliego Kaufmana, ten wiedzieć już powinien, że nic w jego filmach nie jest takie, jak się może na początku wydawać. W Może pora z tym skończyć nie jesteśmy pewni imienia jego głównej bohaterki, nie jesteśmy też przekonani, co zamierza zrobić i co rozumie przez wyrażoną w monologu wewnętrznym myśl o zakończeniu pewnych rzeczy. Wreszcie, nie możemy też być pewni, że wieziona samochodem przez swojego chłopaka dziewczyna jest w istocie główną bohaterką filmu. Im głębiej w las (a raczej w zimową śnieżycę), tym coraz mniej rozumiemy, na farmie u rodziców robi się jeszcze bardziej surrealistycznie, a zwyczajna logika rzeczywistości ustępuje miejsca logice snu. Dość szybko jasnym się staje, że bohaterowie Może pora z tym skończyć nie żyją swoją teraźniejszością, ale są produktem czyichś fantazji, wspomnień, marzeń i tej najzwyklejszej ludzkiej potrzeby posiadania nadziei na lepsze jutro.

           I'm Thinking of Ending Things (Może pora z tym skończyć) jest trzecim reżyserskim dokonaniem Charliego Kaufmana, autora scenariusza do tak znakomitych filmów jak Być jak John Malkovich, Adaptacja, Zakochany bez pamięci, Synekdocha, Nowy Jork czy Anomalisa. Scenariusz do swojego ostatniego dzieła Kaufman napisał na podstawie wydanej w 2016 roku powieści Iaina Reida pod tym samym co film tytułem. Może pora z tym skończyć został zrobiony dla Netflixa i to właśnie na tejże platformie streamingowej film miał swoją międzynarodową premierę na początku września 2020 roku. Obraz przypomina w swojej estetyce surrealistyczne filmy autorstwa Davida Lyncha i może wydawać się dość nieprzystępny i trudny do zrozumienia przy pierwszym seansie. Zapewniam jednak, że jeśli skupimy się już przy pierwszej próbie jego obejrzenia, pojęcie sedna sprawy wcale nie okaże się takie nieosiągalne. A jeśli na dodatek złapiemy rytm i wyczujemy przesłanie tego obrazu, to możemy zakończyć seans z najprawdziwszymi łzami w oczach, co akurat było moim udziałem.

         Lucy (świetna kreacja Jessie Buckley) podróżuje w samym środku zimowej zawieruchy na farmę rodziców swojego chłopaka, Jake’a (w tej roli Jesse Plemons). Jake siedzi za kółkiem samochodu, zagajając raz po raz rozmowę, Lucy natomiast odpływa myślami do wewnątrz, zastanawiając się, czy aby nie powinna z tym wszystkim skończyć. Nic jednak, co dotyczy tej dziewczyny, nie jest dla nas jasne. W filmie nazywana jest Lucy, Louise, a nawet Yvonne. Zmienia się nie tylko jej imię, ale także zawód oraz historia pierwszego spotkania z obecnym chłopakiem. Sprawy nie klaruje wcale dotarcie na farmę rodziców Jake’a, granych fenomenalnie przez Toni Collette oraz Davida Thewlisa, którzy kilkakrotnie zmieniają w trakcie spotkania wiek, wygląd i stan zdrowia. Aby zanurzyć się w złożonej strukturze i symbolice filmu, musimy pozwolić logice snu przejąć pełną kontrolę i poprowadzić nas już do końca trwania seansu.

          I'm Thinking of Ending Things ma jeden ważny polski akcent: zdjęcia do filmu zrobił Łukasz Żal, operator odpowiedzialny za zdjęcia do takich polskich filmów jak Ida czy Zimna wojna, oba w reżyserii Pawła Pawlikowskiego. I choć Może pora z tym skończyć nie jest filmem czarno-białym, jak dwa poprzednie dzieła Łukasza Żala, to w pewnym sensie obraz ten również ma w sobie pewną kolorystyczną jednostajność, łączącą go z poprzednimi operatorskimi osiągnięciami Żala. Tej kolorowej jednostajności nadaje filmowi wszechobecny śnieg. Padający na wszystko i wszystkich śnieg jest jednym z głównych symboli niosących Może pora z tym skończyć. Charlie Kaufman ma pewien prywatny zestaw tematów i obsesji, do których powraca we właściwie każdym swoim filmie. Niemożność komunikacji czy nawiązania prawdziwej międzyludzkiej więzi to jeden z głównych motywów jego twórczości. Prawie połowa czasu trwania Może pora z tym skończyć to rozmowy między Jake’iem i jego dziewczyną w samochodzie w drodze na farmę i z powrotem. I choć para wydaje się mieć wiele wspólnych tematów i wyczuwa się między nimi jakąś formę porozumienia, to monolog wewnętrzny dziewczyny poddaje wszystko w wątpliwość, kwestionując sens tej relacji i zapowiadając jej nieuchronny koniec. Tożsamość to kolejny popularny u Kaufmana wątek. Nieustannie przed naszymi oczami zmienia się tożsamość (wydawałoby się) głównej bohaterki filmu i naszej przewodniczki po zastanym świecie. Rewelacyjnie zagrana przez Jessie Buckley postać raz jest biolożką, innym razem poetką, a u rodziców Jake’a staje się fizykiem kwantowym, malarką i kelnerką, wszystko w zależności od tematu rozmowy. Jej realność wyparowuje z każdą kolejną minutą filmu, dziewczyna czuje się coraz bardziej osaczona w świecie, który nie jest jej własnym. Tak jak jej imię pozostaje niedookreślone, tak samo niedookreślona i zmienna jest jej tożsamość. Wskazówkę do odczytania jej postaci poddaje nam ona sama, mówiąc w pewnym momencie do siedzącego obok w samochodzie Jake’a: „To tragiczne, jak niewielu ludzi posiada swoje dusze przed śmiercią. Nie ma nic rzadszego u żadnego człowieka, mówi Emerson, niż jego własny czyn. I to prawda. Większość ludzi to inni ludzie. Ich myśli są cudzymi opiniami, ich życie mimiką, ich pasje cytatem. To cytat z Oscara Wilde'a.”…

          Tak jak wszechobecny jest w I'm Thinking of Ending Things śnieg i zimowa zawierucha, tak równie nieubłagany jest w filmie upływ czasu, starość i będące ich konsekwencją zniedołężnienie, nie tylko na ciele, ale przede wszystkim na umyśle. To kolejny zestaw ulubionych motywów Charliego Kaufmana. Nie jest to bynajmniej kino budująco-optymistyczne, ale to samo w zasadzie moglibyśmy powiedzieć o życiu, którego finał również trudno zaklasyfikować jako napawający otuchą. Zawsze jednak pozostaje nadzieja, wymyślona przez ludzi, aby jakość uciec od tyranii teraźniejszości i odpłynąć w świat nieposkromionej fantazji. Nie inaczej jest w ostatnim akcie Może pora z tym skończyć, gdzie fantazja w surrealistycznym wydaniu rozsadza wszelkie pozory realności przedstawionego świata. Piękny i zarazem dojmująco smutny to spektakl, w którym rojenia kompletnie oderwanego od rzeczywistości umysłu tworzą całkowicie alternatywny, surrealistyczny świat, rządzący się swoją własną, pokręconą logiką sennego marzenia. Ale czyż nie za to właśnie kochamy kino?


13 września 2020

First Cow (Pierwsza krowa). Chwytaj byka za rogi, a krowę za wymiona.

           Fabułę dramatu First Cow w reżyserii Kelly Reichardt można całkiem celnie zinterpretować jako genezę amerykańskiego snu. Opowieść rozgrywa się w XIX-wiecznym Oregonie, gdzie ludzie z różnych stron Ameryki przybywają, aby łatwo i szybko wzbogacić się w poszukiwaniu złota lub futer. Dwaj główni bohaterowie obrazu zawędrowali w tamte strony albo szukając lepszego życia i zarobku jak kucharz Cookie (grany przez Johna Magaro), albo uciekając przed kryminalną przeszłością jak chiński imigrant King-Lu (w tej roli Orion Lee). Zrządzeniem losu ci dwaj mężczyźni trafiają na siebie w kryzysowym momencie i pomagają sobie wzajemnie w przetrwaniu na niegościnnej dla nich ziemi. Co więcej, Cookie i King-Lu rozkręcają lokalny biznes przy wykorzystaniu mleka tytułowej dojnej krowy, należącej do miejscowego gospodarza ziemskiego. Właściciela krowy nikt oczywiście o pozwolenie na jej dojenie nie zapytał, ale jak głosi odwieczna zasada przyszłych bogaczy i potentatów, pierwszy milion trzeba po prostu ukraść…

          First Cow to najnowszy dramat wybitnej niezależnej amerykańskiej reżyserki Kelly Reichardt, która wcześniej zrobiła m.in. świetny Kobiecy świat (Certain Women) w 2016 roku. Scenariusz do filmu jego autorka napisała wspólnie z Jonathanem Raymondem na podstawie jego własnej powieści pod tytułem The Half Life. Swój ostatni film Reichardt zaprezentowała premierowo na Festiwalu Filmowym w Telluride (w stanie Kolorado) pod koniec sierpnia 2019 roku. Obraz walczył również w konkursie głównym o Złotego Niedźwiedzia na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Berlinie w lutym 2020 roku. W marcu tego roku wprowadzono First Cow na amerykańskie ekrany, a od lipca film jest również dostępny w amerykańskich serwisach VOD. Podobnie jak wszystkie poprzednie dzieła Reichardt, również jej ostatni obraz wzbudził jednogłośny zachwyt filmowej krytyki, która choć przyznaje, że film ma bardzo powolne tempo i na początku testuje naszą cierpliwość, to jednak wart jest obejrzenia do samego końca, przynosząc w finale zasłużoną satysfakcję.

          Mamy rok 1820. Uczony kulinarnego fachu w Bostonie kucharz Cookie (John Magaro) przybywa do Oregonu w towarzystwie żądnych miejscowych futer traperów. Przypadkiem poznaje ukrywającego się w lesie przed krwawą zemstą chińskiego imigranta King-Lu (Orion Lee) i ratuje mu skórę. King-Lu okazuje się mieć żyłkę do interesów i namawia Cookie’go do wejścia we wspólny biznes, którego istota polega na sprzedaży słodkich ciastek miejscowej ludności. Problem w tym, że mleko do wypieku tychże słodkości para pozyskuje nielegalnie od jedynej mlecznej krowy w okolicy, której panem jest lokalny właściciel ziemski rodem z Anglii (w tej roli Toby Jones). Pokątny cukierniany biznes się kręci, a para wspólników ryzykuje życiem próbując dorobić się funduszy na zakup własnego kawałka oregońskiej ziemi.

          Kto nie ma cierpliwości do tzw. slow cinema, ten w ogóle nie powinien brać się do oglądania filmu First Cow. Obraz można w pełni docenić dopiero po obejrzeniu dwóch całych godzin niespiesznie przedstawionych kolei losu pary jego głównych protagonistów. Ale kto wytrwa i wciągnie się w historię Cookie’go i King-Lu, ten otrzyma godną nagrodę w postaci pięknie sfilmowanej opowieści o męskiej przyjaźni w wyjątkowo niesprzyjających okolicznościach czasu, miejsca i przyrody. First Cow można interpretować na dwóch zupełnie różnych płaszczyznach. Na społeczno-ekonomicznej płaszczyźnie to przypowieść o początkach american dream. Dwóch nie posiadających niczego mężczyzn próbuje dorobić się czegoś na zasiedlanym przez białych osadników Oregonie. Zaczynają od zera, a nawet mniej, bo muszą uciekać się do kradzieży swojego podstawowego surowca, czyli mleka, aby wyprodukować swój podstawowy towar (słodkie ciastka). Ich szemrana cukiernia odnosi ogromny sukces wśród lokalnej ludności, nawet sam właściciel dojonej nielegalnie pod osłoną nocy krowy płaci za posmarowane miodem ciastka, które przypominają mu o cukierniach rodzinnego Londynu. Cookie i King-Lu może nie dorabiają się na swoim biznesie kroci, ale zdecydowanie swoją przedsiębiorczością i smykałką do interesów kreują pewien wzór dla przyszłych amerykańskich pokoleń biznesmenów i milionerów. Jak znakomicie pokazuje finał filmu, robienie interesów zawsze niesie ze sobą duże ryzyko, z utratą życia włącznie. Ale jak trafnie zauważa w pewnym momencie obrotny King-Lu - mózg całej operacji - wszystkie wartościowe rzeczy w życiu są ryzykowne, a byka trzeba zawsze brać za rogi.

         Druga płaszczyzna, na której możemy odczytać First Cow jest czysto międzyludzkiej natury. To film o przyjaźni w czasach, kiedy trudno było o szczerą przyjaźń, liczyły się natomiast głównie potencjalny zysk i interesowność. King-Lu i Cookie są partnerami w biznesie, ale traktują się z szacunkiem i pełnym wzajemnym zrozumieniem. Nikt nikogo tutaj nie wykorzystuje (no może poza tytułową krową), a ich biznesowa współpraca utrzymana jest we wzorowej wprost harmonii. Czasy osadnictwa oraz kolonizowania zachodnich rubieży Ameryki to historia okrucieństwa, gwałtów i wywłaszczenia. W filmie Kelly Reichardt na pierwszy plan wychodzi jednak spokojna i niespieszna refleksja nad tym czasem i jego ludźmi. Mamy wywłaszczonych z ich własnej ziemi Indian, w dużej mierze już zasymilowanych w ramach lokalnej społeczności, mamy imigrantów ze wszystkich części świata w poszukiwaniu szczęścia na tym gęsto zalesionym krańcu świata, mamy wreszcie tytułową ‘pierwszą krowę’, która staje się punktem zwrotnym w opowieści, dającym jej paliwa (nie tylko w postaci mleka) oraz stanowiącym ważny łącznik między tymi, którzy już coś mają (grany przez Toby’ego Jonesa właściciel ziemski) a tymi, którzy dopiero chcą się dorobić ich kosztem. Dzieją się w First Cow także brutalne rzeczy, ludzie jak zawsze potrafią być sobie wilkami i tylko tytułowa krowa patrzy na to wszystko swoimi spokojnymi oczami o nieprzeniknionej czarnej głębi.


16 sierpnia 2020

Saint Frances (Święta Frances). Cichy radykalizm.

          Bridget (Kelly O’Sullivan) jest 34-letnią singielką pracującą jako kelnerka w restauracji. Nienawidzi swojej pracy, więc gdy dostaje wakacyjną fuchę jako niania 6-letniej Frances (Ramona Edith Williams), natychmiast rzuca kelnerskim fartuchem i stawia się na wezwanie dwóch matek małej Frances: Mai (Charin Alvarez) oraz Annie (Lily Mojekwu). Bridget nie za bardzo wie, w którym kierunku zmierza jej życie, nie robi tego, co chciałaby robić, nie wchodzi też w żadne głębsze relacje z poznawanymi przygodnie na przyjęciach mężczyznami. Niańczenie małej Frances okazuje się dla Bridget niezwykle wymagającym zajęciem, na które nasza bohaterka z pewnością nie była przygotowana. Ale wejście w sam środek domowego ogniska rodziny małej podopiecznej staje się dla Bridget punktem zwrotnym w jej życiu. Obserwacja niesfornej Frances i problemów jej dwóch matek pozwala Bridget wyjść niejako poza siebie i spojrzeć na problemy swoje i innych z zupełnie odmiennej perspektywy.

          Komediodramat Saint Frances jest pełnometrażowym reżyserskim debiutem Alexa Thompsona, do którego scenariusz napisała i jednocześnie główną rolę zagrała aktorka Kelly O’Sullivan. Film pokazano po raz pierwszy na festiwalu SXSW (South by Southwest) w marcu 2019 roku, ku bardzo pozytywnej reakcji jury oraz publiczności. Obraz otrzymał w Austin w Teksasie zarówno Nagrodę Publiczności, jak i Specjalną Nagrodę Jury dla Alexa Thompsona. Film docenili również polscy widzowie American Film Festival jesienią 2019 roku, przyznając mu także swoją Nagrodę Publiczności. Saint Frances wprowadzono do amerykańskich kin z końcem lutego 2020 roku. Obecnie film można obejrzeć choćby na YouTubie.

          Heroina Saint Frances znajduje się w życiowym ślepym zaułku. Praca kelnerki nie daje jej żadnej satysfakcji, nie jest też gotowa na ustatkowanie się z żadnym z przygodnie spotykanych partnerów. Gdy zachodzi w nieplanowaną ciążę z najnowszym kochankiem, Bridget od razu decyduje się na aborcję. W mniej więcej tym samym czasie nasza bohaterka zmienia pracę i staje się nianią 6-letniej Frances (Ramona Edith Williams). Poznanie tej małej dziewczynki, a w szczególności jej rodziców, Mai oraz Annie, pozwala 34-letniej Bridget zupełnie inaczej spojrzeć na najważniejsze sprawy w jej własnym życiu.

          Saint Frances jest niemalże wzorcowym modelem odważnego niezależnego kina. To film, który przełamuje kinowe stereotypy i mówi w sposób bezpośredni oraz bezpruderyjny o sprawach, o których zazwyczaj nie mówi się w filmach głównego nurtu. Wielka w tym zasługa znakomitego scenariusza autorstwa Kelly O’Sullivan, która poza napisaniem pełnokrwistych współczesnych postaci wcieliła się w pierwszoplanową postać Bridget, kobiety, której wcale nie musimy w tym obrazie polubić, a nawet której nie da się tak bezwarunkowo sprzyjać. Bridget nie ma żadnego planu na życie, wydaje się tym faktem mocno zniesmaczona, momentami jest nawet cyniczno-sarkastyczna w swoim stosunku do otoczenia i przydarzających się jej wypadków. Bridget wydaje się poniekąd nieco zgaszona i trochę nieobecna, tak jakby nie miała pełnej kontroli nad tym, co dzieje się w jej życiu. I rzeczywiście, nasza heroina nie radzi sobie z wieloma rzeczami, które jej się przydarzają, co nie jest też do końca jej winą. Osiągnięciem Saint Frances jest przedstawienie dylematów Bridget i osób z jej kręgu w sposób całkowicie bezpruderyjny. W filmie wszechobecny jest motyw krwi. O ile krew w kinie mainstreamu jest zazwyczaj mile widziana, szczególnie w horrorach, thrillerach i filmach akcji, o tyle jeśli mowa o miesięcznej krwi kobiety, to jest to nadal swego rodzaju temat tabu. Filmowcy, w przeważającej większości mężczyźni w końcu, nie radzą sobie z tym tematem na ekranie, obchodzą go z daleka albo traktują w sposób całkowicie powierzchowny. W Saint Frances Bridget krwawi często i w dużych ilościach. Krwawi w trakcie seksu z nowym chłopakiem i jako rezultat przeprowadzonej aborcji. Ciągły upływ krwi wyjaśnia ciągłe zmęczenie i często zły humor naszej bohaterki, ale też jest widomym znakiem tego, że coś w życiu Bridget jest nie tak i wymaga naprawy.

          Debiut Alexa Thompsona i Kelly O’Sullivan nie jest tylko filmem poświęconym przypadkom jego głównej bohaterki. Autorka scenariusza świetnie rozpisała postaci długoletniej lesbijskiej pary, Mai i Annie, które doczekały się swojego drugiego dziecka i potrzebują pomocy w opiece nad pierworodną Frances, bardzo energetyczną i niezależną dziewczynką, która wcale nie ułatwia Bridget zadania. Maya i Annie borykają się z całą gamą swoich problemów: Maya cierpi na nasilającą się poporodową depresję, a Annie jest ciągle nieobecna w domu ze względu na wymagającą pracę prawniczki. Grające te dwie postaci aktorki Charin Alvarez oraz Lily Mojekwu mają też w filmie swoje pięć minut, znakomicie zaaranżowane i zagrane sceny, które chwytają za serce i sięgają do istoty przedstawianego problemu. Kolejna niezapomniana scena to ta z udziałem matki Bridget, która rzuca trochę inne światło na macierzyństwo w życiu każdej kobiety i to jak dalekie od perfekcji są czasem nasze matki, co wcale nie ujmuje im niczego, wręcz przeciwnie, ta macierzyńska niedoskonałość tylko dodaje im więcej człowieczeństwa i autentyczności. Komediodramat Saint Frances porusza całe spektrum typowo kobiecych spraw i problemów, robiąc to w niezwykle szczery, nieoceniający oraz zaangażowany sposób. Menstruacja, antykoncepcja, aborcja i depresja poporodowa to nie są popularne tematy w kinie głównego nurtu. W Saint Frances te problemy w sposób naturalny i niewymuszony wysuwają się na pierwszy plan, a ich potraktowanie jest rozbrajająco szczere, bezpruderyjne, a nawet radykalne w taki cichy, nienarzucający się sposób.

2 sierpnia 2020

Palm Springs. Dzień świstaka.

          Nie ma chyba osoby, która by nie znała, a przynajmniej nie słyszała o Dniu świstaka (Groundhog Day), amerykańskiej komedii romantycznej z 1993 roku z Billem Murray’em oraz Andie MacDowell w rolach głównych. Koncept pętli czasowej, po raz pierwszy zastosowany w tamtym filmie do gatunku komedii romantycznej, również ograny jest we współczesnym kinie niemalże do znudzenia - do tego stopnia, że co roku pojawia się po kilka filmów o ludziach uwięzionych w tych pułapkach czasu i zmuszonych do przeżywania w nieskończoność tego samego dnia. Komedia Palm Springs jest jednak zaskakującym i niezwykle świeżym spojrzeniem na ten od lat już zarzynany filmowy koncept. To wciąż rom-com à la Dzień świstaka, ale dla zupełnie nowego pokolenia i z całkowicie nowymi, frapującymi postaciami na pierwszym planie.


          Palm Springs jest pełnometrażowym reżyserskim debiutem Maxa Barbakowa, do którego scenariusz napisał Andy Siara. Film pokazano premierowo w konkursie głównym na festiwalu Sundance w styczniu 2020 roku. Obraz wsławił się rekordową finansową wartością umowy, jaką studio Neon i platforma streamingowa Hulu zapłaciły na Sundance za możliwość jego późniejszej dystrybucji. Palm Springs sprzedany został w sumie za 22 miliony dolarów przy zaledwie 5-milionowym budżecie produkcyjnym. Od lipca 2020 roku film można już oglądać na Hulu.


          Nyles (w tej roli Andy Samberg) utknął w pętli czasowej w tytułowym Palm Springs w Kalifornii, gdzie przebywa jako jeden z gości weselnych na ślubie, na którym jedną z druhen jest jego dziewczyna, Misty (Meredith Hagner). Nyles nie pamięta już dokładnie ile czasu przeżywa jeden i ten sam dzień w kółko, ale sądząc po jego zrezygnowanym nastawieniu i przekonaniu, że nic tak naprawdę nie ma znaczenia, można założyć, że spędził w czasowej pętli długie lata. Coś w monotonnym życiu Nyles’a zmienia się, gdy pewnego wieczoru uwodzi zblazowaną Sarę (świetna Cristin Milioti), starszą siostrę panny młodej. Sarah upija się tanim winem przy weselnym barze, idzie z Nyles’em na szybki seks na pustynię i w efekcie podąża za nim nieopatrznie do feralnej jaskini, która ją także wciąga w niekończącą się pętlę czasu. Od tego momentu Nyles nie jest już sam w swojej zgryzocie.


          Pojawienie się Sary w pętli czasowej zmienia dynamikę filmu i wytrąca Nylesa z jego kwietystycznej pół-śpiączki. Sarah nie jest zrezygnowana tak jak on i nie zamierza pogodzić się ze swoim losem. Nie chce, aby dzień jutrzejszy był powtórką dnia dzisiejszego i zrobi wszystko, aby z pętli się wydostać. Tylko że Nyles przetestował już większość scenariuszy wyrwania się z nieszczęsnej pułapki i wszystkie zakończyły się porażką. Teraz poprzestaje na wiecznym siorbaniu piwa i bawieniu się do upadłego na weselnym przyjęciu, które jest jego jedyną szansą na chwilowe zapomnienie o beznadziejnym losie. Sarah jest jednak całkowicie nowa w pętli i musi na własnej skórze przerobić wszystkie sposoby ucieczki z przeklętej pułapki. Jej wigor, jej zdecydowanie i jej świeże siły dodają też animuszu Nyles’owi, który powoli zaczyna się w Sarze zakochiwać. W normalnym, nie zapętlonym świecie ta para nie miałaby żadnych szans na głębsze uczucie, ale w rzeczywistości, w której te dwa tak różne charaktery się znajdują, emocjonalne zbliżenie jest wprost nieuchronne.


          Palm Springs nie jest wcale przewidywalną komedią romantyczną, jakich mamy teraz nadpodaż. Główni bohaterowie filmu ewoluują, zmieniają nastawienie, otwierają się emocjonalnie i zakochują, ale jednocześnie mają całkowicie inne charaktery i inne plany odnośnie egzystencjalnego potrzasku, w jakim się znajdują. Poza Nyles’em i Sarą w pętli jest również niejaki Roy (w tej roli J.K. Simmons), który także pewnego dnia podążył do jaskini za Nyles’em i szczerze teraz tego żałuje. Roy sfrustrowany jest do tego stopnia, że od czasu do czasu urządza sobie niewybredne polowanie na Nylesa, którego całkowicie wini za swoją obecną sytuację i w zemście szuka ukojenia. Ale Sarah nie poprzestaje na wściekłości ani na rezygnacji, ma dostatecznie silną motywację, aby próbować wyrwać się z pętli za wszelką cenę i nawet miłość Nylesa nie jest w stanie jej zatrzymać… Dzięki tak dynamicznym i inteligentnym bohaterom jak Sarah i Nyles Palm Springs ani przez chwilę nie nudzi. Cristin Milioti oraz Andy Samberg mają tę niezbędną chemię między sobą, a postać zagrana przez J.K. Simmonsa dostarcza niejednokrotnie oczekiwanego w filmie comic relief. Romantyczna miłość w pętli czasowej też nie jest wcale tak oczywista ani przewidywalna, jak można byłoby się spodziewać. To uczucie jest zapętlone, skomplikowane i najeżone tym wszystkim, co doświadczona życiem miłość zamienia w kolce swojej róży: rozczarowaniem, żalem, lękiem i nieufnością.


20 lipca 2020

Driveways. Stary człowiek i chłopiec.

         Driveways w reżyserii Andrew Ahn to antyteza widowiskowego kina akcji, zorientowanego na fabułę i próbującego za wszelką cenę zadziwić widza kolejnymi narracyjnymi woltami. Nie oznacza to jednak, że mamy do czynienia z obrazem nudnym lub niemiłosiernie się dłużącym. Film amerykańskiego reżysera koreańskiego pochodzenia to krótki dramat rozpisany na trzy główne postaci, rozgrywający się w upalne lato w małym miasteczku w stanie Nowy Jork. Cody (Lucas Jaye) to 9-letni chłopiec, który przybywa wraz z matką Kathy (Hong Chau) do domu zmarłej niedawno ciotki, aby uprzątnąć posesję i przygotować ją do sprzedaży. W czasie gdy matka Cody’ego zajmuje się zapuszczonym domem, chłopiec nawiązuje nietypową znajomość z emerytowanym sąsiadem Del’em, znakomicie zagranym przez zmarłego niedawno Briana Dennehy. Znajomość weterana wojny w Korei i małego chłopca ewoluuje w silną więź, która nadaje ton i sens całemu filmowi. Driveways to film wymagający skupienia i uwagi, ale dający w zamian unikatowe doświadczenie życiowej mądrości, przekazywanej z pokolenia na pokolenie pomiędzy pozornie obcymi sobie wiekiem i pochodzeniem ludźmi.


          Andrew Ahn debiutował w 2016 roku bardzo dobrym niezależnym obrazem Łaźnia (Spa Night), który pokazał na festiwalu Sundance. Driveways miał swoją światową premierę na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Berlinie w lutym 2019 roku, po czym pokazywany był też na Tribeca Film Festival w USA w kwietniu 2019 roku. Film dostał dwie nominacje do amerykańskich Film Independent Spirit Awards, w tym dla najlepszej aktorki dla Hong Chau oraz za najlepszy pierwszy scenariusz dla Hanny Bos i Paula Thureena. Od początku maja 2020 roku film dostępny jest już na amerykańskich platformach VOD.


          Kathy (bardzo dobra Hong Chau) przybywa do małego nowojorskiego miasteczka z 9-letnim synem Cody’m (rewelacyjny wprost Lucas Jaye), aby zająć się domem, pozostawionym jej przez zmarłą nagle starszą siostrę. Kathy nie utrzymywała z siostrą zażyłych kontaktów i jak się szybko okazuje, niewiele o niej tak naprawdę wiedziała. Po przybyciu na miejsce i otwarciu domu Kathy zszokowana uświadamia sobie, że jej zmarła siostra była nie lada zbieraczką i w efekcie dom jest zawalony gratami aż po sam sufit. Kathy musi spędzić zatem więcej czasu niż pierwotnie planowała na porządkowaniu obejścia i usuwaniu stosu niepotrzebnych rzeczy, tak aby przygotować dom do sprzedaży. W międzyczasie jej syn, raczej samotnik z natury, nawiązuje niecodzienną przyjaźń z emerytowanym sąsiadem Del’em (znakomity Brian Dennehy). To lato stanie się dla małego Cody’ego ciekawą lekcją życia i budowania więzi z innymi.


          Andrew Ahn jest piewcą cichych, mało spektakularnych życiowych historii, które rozgrywają się pod naszym nosem częstokroć w ogóle niezauważane, ale jakże istotne dla przeżywających je postaci. Tak było już w jego debiutanckiej Łaźni, która opowiadała o rodzącej się świadomości seksualnej młodego amerykańskiego geja o koreańskich korzeniach w mało sprzyjającym mu środowisku konserwatywnych emigrantów z Korei. W Driveways Kathy i Cody też mają azjatyckie korzenie. I choć oboje urodzili się już w Ameryce, to czują się jednak nieco wyalienowani w małym miasteczku na prowincji w stanie Nowy Jork, zamieszkanym głównie przez białych pokroju Dela, weterana wojny w Korei jakby nie było… Ale to właśnie Del udziela matce i synowi niezbędnej sąsiedzkiej pomocy i wsparcia, od udostępnienia energii elektrycznej aż po gry i zabawy z małym Cody’m, który wyraźnie stroni od rówieśników z sąsiedztwa, będących na zupełnie innym niż on poziomie emocjonalnym. Cody to bowiem niezwykle wrażliwy chłopak, mentalnie dojrzalszy niż inne dzieci w jego wieku. Zamiast więc grać w gry komputerowe i biegać po okolicy z innymi dzieciakami, Cody woli czytać z Del’em, grać z nim w gry planszowe lub po prostu słuchać opowieści z jego długiego życia…


          Więź jaka tworzy się między Cody’m i Del’em to esencja Driveways. W pewnym sensie stary weteran oraz mały chłopiec to dwie pokrewne i zarazem bardzo samotne dusze. W ogóle cały film jest tak naprawdę o samotnych wewnętrznie bohaterach, którzy wbrew pozornym zewnętrznym przepaściom i różnicom znajdują nić porozumienia, ewoluującą w coś o wiele bardziej złożonego i wyjątkowego, w coś co zostaje już oraz naznacza nas na resztę życia. Kathy jest samotną matką, która chce zostać pielęgniarką, ale w tym natłoku pracy i obowiązków nie ma zbyt wiele czasu dla jedynego syna, który nauczył się już radzić sobie sam i potrafi bez problemu zagospodarować sobie czas bez pomocy czy uwagi ze strony matki. Cody potrzebuje jednak innych ludzi, jakiegoś wzoru, matrycy, kogoś, kto byłby mu przewodnikiem lub nauczycielem. Tym kimś szybko staje się dla niego stary Del, który choć momentami zrzędliwy, to potrafi również być ciepły i wyrozumiały, nigdy też nie patrzy na Cody’ego z góry z pełną protekcjonalności wyższością. Bo mały Cody, choć tak jeszcze młody, jest tak naprawdę starą i bardzo wrażliwą duszą w środku, głodną opowieści innej, jeszcze starszej duszy, jaką jest Del. A nie ma lepszego porozumienia aniżeli to pomiędzy dwiema takimi wiekowymi duszami.


6 lipca 2020

Shirley. Kto się boi Shirley Jackson?

          W swoim najnowszym filmie reżyserka Josephine Decker patrzy na znaną amerykańską pisarkę Shirley Jackson z bardzo oryginalnej perspektywy. Obraz nie jest bowiem rasową biografią, nie jest też zwyczajnym dramatem ze skomplikowaną heroiną w centrum uwagi. Shirley pokazuje nam panią Jackson, jej męża i otaczający ich krąg przyjaciół oraz znajomych, tak jakby byli oni wszyscy bohaterami jednego z opowiadań (względnie powieści) słynnej pisarki. A że Shirley Jackson specjalizowała się w gotyckich powieściach grozy oraz opowiadaniach z suspensem i tajemnicą w tle, takie też jest dzieło Josephine Decker: pełne napięcia, niedopowiedzeń i czającego się po ciemnych zakamarkach szaleństwa, tego potencjalnego i tego jak najbardziej namacalnego. Jest w Shirley sporo fikcji oraz subiektywnego wyobrażenia autorki filmu o swojej bohaterce, to jednak właśnie czyni z tego obrazu dzieło intrygujące i ze wszech miar ekscentryczne. Shirley to nie biografia, to autorska wizja z Jackson jako kobietą na pograniczu jawy i snu, kreacji i szaleństwa.


          Swoje ostatnie filmowe dziecko Josephine Decker zaprezentowała w styczniu 2020 roku na festiwalu Sundance, na którym dostała specjalne wyróżnienie jury w uznaniu swojej autorskiej wizji. Decker wyreżyserowała Shirley na podstawie scenariusza Sary Gubbins, która z kolei miała za swoje źródło powieść Susan Scarf Merrell opartą na życiu Shirley Jackson w North Bennington w amerykańskim stanie Vermont. Od razu więc jest jasne, że film Decker patrzy na pisarkę przez pryzmat fikcji i wyobrażenia na jej temat, jakie miała inna literacka autorka, dodając od siebie kolejny poziom filmowej tym razem metafory.


          Jest upalne lato 1950 roku w North Bennington w stanie Vermont. Do miasta zjeżdża młode małżeństwo akademików. Fred Nemser (w tej roli Logan Lerman) ma być nowym asystentem uznanego wykładowcy i krytyka literackiego, Stanleya Hymana (Michael Stuhlbarg), prywatnie męża pisarki Shirley Jackson (w tej roli znakomicie obsadzona Elizabeth Moss). Żona Freda, Rose (świetna Odessa Young), ma prowadzić audyt uniwersyteckich zajęć, ale szybko znajduje sobie całkiem inne zajęcie: profesor Hyman oferuje parze zamieszkanie u siebie w domu w zamian za pomoc przy codziennych pracach domowych. W ten oto sposób Rose wmanewrowana zostaje chytrze w gotowanie, pranie i sprzątanie na stancji u znanej pisarki oraz jej męża-kobieciarza. Poza tymi przyziemnymi obowiązkami Rose ma też mieć oko na Shirley, która prawie nie wychodzi z łóżka, ma depresję i fobię społeczną jednocześnie, a także próbuje napisać kolejną powieść, dla której inspiracją staje się tajemnicze zaginięcie młodej miejscowej dziewczyny. Pojawienie się w domu Shirley młodej Rose daje nieoczekiwanie pisarce nową muzę i źródło dziwnej fascynacji, która stymuluje jej twórczą wenę oraz prowadzi do coraz bardziej nieprzewidywalnych zachowań, wytrącających wszystkich domowników z ich naturalnych orbit.


          Elizabeth Moss w roli Shirley Jackson to kolejny godny podziwu popis tej niesamowicie utalentowanej amerykańskiej aktorki. Moss ma duże doświadczenie w kreowaniu postaci kobiet na granicy wytrzymałości i szaleństwa, przyciskanych nieustannie przez okoliczności oraz innych ludzi do przysłowiowej ściany (wystarczy wymienić tutaj głośny serial Opowieść podręcznej, Niewidzialnego człowieka, Królową Ziemi czy choćby Her Smell). W Shirley Moss wciela się w kobietę dręczoną przez agorafobię, depresję i zdradzającego ją męża, który jest jej pierwszym i najważniejszym krytykiem, ale też kotwicą, dzięki której Jackson nie traci całkowicie kontaktu z rzeczywistością. To znakomicie grany przez Stuhlbarga Stanley Hyman wyciąga Shirley z łóżka, zmusza ją do ubrania się, wzięcia kąpieli i zjedzenia przyzwoitego posiłku. Jackson wydaje się dryfować przez większą część dnia na granicy snu i delirium, uaktywnia się dopiero po zmroku, próbując przelać na papier swoje nowe literackie pomysły, zazwyczaj z marnym skutkiem. Gdy więc w mieście pojawiają się Fred i Rose, młodzi i entuzjastyczni, Stanley od razu zaprasza ich do siebie do domu z nadzieją, że ten powiew nowości i świeżości w domowym obejściu wybije jego żonę z letargu. I rzeczywiście, zamieszkanie w domu Rose ma niespodziewany uboczny efekt na Shirley. Wzajemna fascynacja przeradza się w obsesję, a ta prowadzi pisarkę do napisania nowej powieści, dla której młoda Rose jest namacalnym źródłem inspiracji.


          W Shirley największej transformacji doświadcza jednak nie tytułowa bohaterka, ale jej młodsza wiekiem muza, która daje twarz Pauli, zaginionej dziewczynie z sąsiedztwa, której tajemnicze i nagłe zniknięcie nieustannie intryguje Shirley. Pisząc powieść z zaginioną dziewczyną w centrum opowieści, Jackson eksploruje i odkrywa dla siebie postać Rose, która nie jest wcale tak prosta i niewinna, jak wydawało się na początku Stanley’owi i Shirley. Odessa Young wznosi się tutaj na poziom Elizabeth Moss, godnie jej partnerując w tej grze pozorów i namiętności. Przestraszona oraz zbulwersowana na początku ekscentrycznym zachowaniem pisarki, Rose również odkrywa Shirley dla siebie, a to odkrycie prowadzi ją na drogę dojrzałości i pełnej niezależności. Strach i przerażenie to nie tylko pierwsza reakcja Rose na kontakt ze słynną panią Jackson. Pisarka ma opinię wariatki w lokalnej społeczności, prawie w ogóle nie chodzi na przyjęcia i w gości, a jeśli już raz do roku jej się to zdarzy, to siedzi z zaciętą i pełną nienawiści miną w salonie, popijając czerwone wino i rzucając nienawistne spojrzenia miejscowym żonom, matronom i paniom domu. Shirley doskonale wie, że w umysłach tych perfekcyjnych gospodyń ma reputację wiedźmy i sekutnicy, która nie potrafi zadbać o dom i męża, która gotowa jest w mgnieniu oka wszcząć dziką awanturę pod byle pretekstem, ale która nie potrafi dobrze ugotować obiadu czy porządnie wywabić plamy po czerwonym winie… Wszyscy tak naprawdę boją się Shirley Jackson, podziwiając jej talent jednocześnie, a wejście w jej ekscentryczną orbitę nie może obyć się bez spektakularnej kolizji.


22 czerwca 2020

The Last Black Man in San Francisco. Aby znienawidzić, musisz wpierw pokochać.

          The Last Black Man in San Francisco jest prawdziwą kwintesencją arthouse’owego niezależnego kina. Pełnometrażowy debiut reżysera Joe Talbota ma w sobie zdecydowanie więcej z poezji niż z prozy życia. Przepięknie sfilmowana historia dwóch czarnoskórych przyjaciół w gentryfikującym się zawrotnie szybko San Francisco to jednocześnie poemat, oda, elegia i hymn ku czci. Od pierwszych właściwie minut projekcji wiadomo, że to obraz wyjątkowy, z niezapomnianymi kadrami z okolic i z samego San Francisco oraz ze znakomicie dobraną muzyką, która ułatwia nam bezkolizyjną nawigację po tym szczególnym amerykańskim mieście, tak kochanym przez wielu, a jednocześnie łamiącym serca tym wszystkim, którzy w obliczu ostatnich społeczno-ekonomiczno-rasowych przemian nie poznają już dłużej przedmiotu swojej miłości.


          W stu procentach niezależny dramat The Last Black Man in San Francisco jest dziełem niezwykle twórczej współpracy między reżyserem i jednocześnie scenarzystą obrazu, Joe Talbotem, oraz jego przyjacielem, aktorem i współautorem oryginalnej historii, Jimmie’m Fails’em, który zarazem gra w filmie postać głównego bohatera. Opowieść z filmu stanowi po części autentyczną historię z życia samego Fails’a i jego najbliższej czarnoskórej rodziny, która w osobie jego dziadka emigrowała po II wojnie światowej z Nowego Orleanu do San Francisco właśnie. The Last Black Man in San Francisco pokazano premierowo na festiwalu Sundance w styczniu 2019 roku, gdzie film dostał nagrodę za najlepszą reżyserię oraz specjalne wyróżnienie jury festiwalu za twórczą współpracę przy realizacji tego ambitnego filmowego projektu.


          Jimmie (Jimmie Fails we własnej osobie) błąka się po San Francisco w towarzystwie swojego najlepszego przyjaciela, Montgomery’ego (w tej roli świetny Jonathan Majors). Jimmie wydaje się być literalnie i duchowo bezdomny, odkąd jego rodzina straciła piękny, wiktoriański dom w lepszej dzielnicy San Francisco. Wszyscy bliscy Jimmiego rozeszli się każdy w swoją stronę, a tylko nasz główny bohater nie może zapomnieć domu, w którym mieszkał jako dziecko, i który utożsamia z jedynym prawdziwym ogniskiem domowym w swoim życiu. Jimmie pomieszkuje zatem u przyjaciela i regularnie odwiedza ukochany budynek, w którym mieszka teraz starsze małżeństwo. Gdy ci są zmuszeni się wyprowadzić, Jimmie i Montgomery instalują się czym prędzej w opuszczonym domu. Stary dobry squat nie może jednak długo funkcjonować w gentryfikującym się pełną parą San Francisco.


          W przypadku filmu takiego jak The Last Black Man in San Francisco ciężko jest przytaczać racjonalne argumenty na korzyść tego obrazu, zachwalając wszystkie jego kinematograficzne walory. Walorów ten film posiada niezliczoną liczbę, tylko tak jak w przypadku analizy wybitnego wiersza, poezja i liryzm giną gdzieś w trakcie logicznego wywodu. Żeby go w pełni docenić, ten obraz trzeba po prostu obejrzeć ze skupieniem i w trosce o najdrobniejsze szczegóły. Liczy się każdy zapierający dech w piersiach kadr San Francisco, każdy fenomenalny kawałek muzyczny w tle, każde wiele mówiące zbliżenie na twarz jednego z bohaterów obrazu. The Last Black Man in San Francisco ma w sobie sporo z oniryczno-surrealistycznej poetyki, wielkie miasto jest bardziej wytworem wyobraźni jego mieszkańców niż rzeczywistym miejscem w czasie i przestrzeni. Patrzymy na San Francisco oczami Jimmiego Fails’a, który je kocha i jest jednocześnie boleśnie przez nie zraniony. Wciąż otwartą raną jest utrata przez ojca wiktoriańskiego domu z czasów wczesnego dzieciństwa, boli każdy nowy plac budowy i masowe ‘uszlachetnianie’ poszczególnych dzielnic miasta, które polega na pozbywaniu się biedniejszych mieszkańców i wypychaniu ich na obrzeża metropolii. Czarnoskóra społeczność San Francisco przybyła do tego miasta krótko po II wojnie światowej z głębokiego Południa Stanów Zjednoczonych, tworząc tutaj swoją kulturę i nowe miejsce dla rozwoju. W ostatnich latach jednak, tak jak w przypadku rodziny głównego bohatera filmu, czarni są spychani do biedniejszych lub dalej położonych dzielnic miasta, nie ma dla nich miejsca w centrum w domach z połowy XIX wieku z wiktoriańskimi wieżyczkami w kształcie kapelusza czarownicy…


          Ekonomia i społeczno-rasowe przemiany w USA i w San Francisco w szczególności nie stanowią jednak prawdziwej esencji The Last Black Man in San Francisco. Istotą tego filmu jest miłość do miejsca, do miasta i konkretnego domu, która, gdy wzgardzona lub niezaspokojona, może przemienić się w permanentne rozczarowanie, a nawet nienawiść. Warto jednak pamiętać, tak jak przypomina nam to w jednej ze scen nasz główny bohater, że aby móc krytykować i nienawidzić, trzeba wpierw pokochać. Bez autentycznej miłości nie ma prawdziwego zawodu i prawdziwej nienawiści. Tę autentyczną miłość do San Francisco i opowiadanej przez siebie historii czuć i widać w reżyserskiej maestrii Joe Talbota, wywodzącego się z rodziny od pięciu pokoleń już zamieszkującej to miasto. Widać ją na twarzy i w gestach Jimmiego Fails’a, widać wyraźnie w porażających swym pięknem kadrach operatora Adama Newport-Berra, w ścieżce dźwiękowej kompozytora Emile’a Mosseri. The Last Black Man in San Francisco to wybitny film o miłości i przywiązaniu nie tylko do miejsca, ale też do ludzi, którzy to miejsce tworzą. Ten obraz to wreszcie również liryczny poemat na cześć przyjaźni między dwojgiem ludzi. Rzadko kiedy zdarza się napotkać w filmie przyjaźń tej miary, co ta łącząca Jimmiego i jego artystycznie uzdolnionego kompana. Piszący sztuki teatralne Montgomery jest jak introwertyczne yin, przeciwne i jednocześnie uzupełniające ekstrawertyczne yang Jimmiego. Ta wzorcowa para przyjaciół jest współzależna i podtrzymuje się nawzajem w tym ciągle zmieniającym się świecie.



8 czerwca 2020

Blow the Man Down. Kobiety u steru.

          Blow the Man Down jest filmem zrobionym przez kobiety, o kobietach i dla kobiet. Każdy mężczyzna, któremu nie przeszkadzają silne kobiety u steru, potrafiące przejąć pełną kontrolę nad swoim życiem i interesami, powinien obejrzeć ten obraz z prawdziwą przyjemnością. Tym bardziej że mamy tu do czynienia z feministyczną wersją filmu Fargo braci Coen, a oryginalny scenariusz Blow the Man Down jest skrzyżowaniem czarnej komedii i thrillera. W nadmorskiej miejscowości Easter Cove w stanie Maine kolejno giną szemrani członkowie lokalnej rybackiej społeczności, a w centrum zamieszania (i podejrzeń) znajdują się dwie młode siostry Connolly, Priscilla i Mary Beth (świetnie zagrane przez Sophie Lowe oraz Morgan Saylor). Policja jest na tropie, ale to nie ona nadaje ton w tej małej portowej miejscowości. Los niejednego sekretu i niejednej osoby w Easter Cove znajduje się bowiem w rękach lokalnej kobiecej starszyzny, która niczym gang gospodyń domowych ma policję w garści…


          Blow the Man Down jest debiutanckim pełnometrażowym dziełem kobiecego duetu Bridget Savage Cole oraz Danielle Krudy, które napisały scenariusz filmu i go wyreżyserowały. Obraz pokazano po raz pierwszy na Tribeca Film Festival w Nowym Jorku w kwietniu 2019 roku, gdzie też zdobył nagrodę za najlepszy scenariusz. Film pokazano również we wrześniu 2019 roku na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Toronto. Ekskluzywne prawa do dystrybucji obrazu wykupiło Amazon Studios, które udostępniło go na swojej platformie streamingowej Amazon Prime Video w marcu 2020 roku.


          Siostry Priscilla i Mary Beth Connolly przeżywają ciężkie chwile w nadmorskim Easter Cove. Dopiero co pochowały matkę, a już w noc po pogrzebie uwikłały się w skomplikowaną kryminalną aferę, wymagającą pozbycia się ciała zamordowanego lokalnego obwiesia (o nazwisku Górski notabene). Na ich nieszczęście nieżyjący mężczyzna był prawą ręką lokalnej bizneswoman, Enid Nory Devlin (znakomita rola jak zawsze fenomenalnej Margo Martindale), która prowadzi miejscowy burdel pod przykrywką B&B. Enid ma w swoich szponach policję i pokaźnego haka na młode siostry Connolly, którego nie zawaha się użyć w walce o ratowanie swojego nielegalnego biznesu. Ale Enid ma też sporo za uszami, nagrabiła sobie też niemało w konfrontacji z lokalnym głosem sumienia Easter Cove, czyli nieformalnym kołem gospodyń domowych, któremu przewodzą Susie, Doreen i Gail (w tych rolach znakomite June Squibb, Marceline Hugot i Annette O’Toole). Easter Cove to mała portowa mieścina, ale jak się szybko okazuje, tajemnic ma niemało…


          Blow the Man Down wyróżnia się swoim oryginalnym scenariuszem, przywodzącym na myśl najlepsze kryminalne intrygi spod pióra braci Coen z kultowym Fargo na czele. Obraz ma wiarygodny lokalny koloryt, a społeczność rybackiego miasteczka została tutaj oddana z dbałością o detal i mentalność poszczególnych postaci, ale jednocześnie z odrobiną ironii oraz dystansu – nieprzypadkowo chór lokalnych rybaków pieśnią komentuje stan bieżących spraw w Easter Cove. Nawiązanie do antycznego chóru w greckiej tragedii jest jak najbardziej na miejscu w Blow the Man Down, albowiem rozmach podszytego kryminałem dramatu jest w filmie niemały. Miasteczko skrywa też wiele mniejszych i większych sekretów, spowite jest też gęstą siecią rozmaitych powiązań oraz wzajemnych zależności. Nie brakuje w nim także starych porachunków i grzechów z przeszłości, które tym bardziej komplikują nawigację lokalnych towarzyskich wód.


          W tym portowym kociołku (czy wręcz kurwidołku) starają się utrzymać na powierzchni siostry Connolly. Odziedziczyły po zmarłej matce podupadający sklep rybny i masę długów. Starsza z sióstr, Priscilla (Sophie Lowe), stara się jakoś związać koniec z końcem i próbuje finansowo stanąć na nogi, jest też tą bardziej odpowiedzialną z dwojga sióstr. Mary Beth (Morgan Saylor) nie jest już tak zaradna i w noc po pogrzebie matki zadaje się w barze z niejakim Górskim (Ebon Moss-Bachrach), a wycieczka do jego lokalu kończy się tragicznie. Śmierć Górskiego wciąga obie siostry w zawirowania lokalnej równowagi sił pomiędzy potężną burdelmamą w osobie Enid Devlin (w punkt dobrana do tej roli Margo Martindale) a trzema statecznymi gospodyniami domowymi, które próbują wykorzenić występek w rodzinnej miejscowości i jednocześnie ukoić swoje nieczyste sumienie. W Easter Cove rządzą kobiety, to one kierują biznesem i mężczyznami w okolicy. Wpływają na miejscową policję i biorą sprawy w swoje ręce, gdy te zaczynają się wymykać spod kontroli. Blow the Man Down pokazuje jak kobieta może być filarem społeczności, głównym pracodawcą, ale też przestępczym bossem. W Blow the Man Down to kobiety kobietom zgotowały taki los.