29 maja 2016

Prince Avalanche (Droga przez Teksas). Kontemplacyjny minimalizm.

          Dwóch facetów przemierza latem lasy Teksasu malując linie drogowe po niedawnych pożarach, które zniszczyły lokalną infrastrukturę. Brzmi jak fabuła typowego indie movie? Jasne. Prince Avalanche w istocie jest modelowym wręcz przykładem niezależnego kina, w dodatku takiego, które zdecydowanie stawia na kontemplację, a nie na akcję i dialogi. Droga przez Teksas dzięki swojemu minimalizmowi jest obrazem fascynującym, a nawet hipnotycznym. Nie potrzeba wielkiej przenikliwości, aby szybko pojąć, że prawdziwa podróż odbywa się wewnątrz umysłów obojga bohaterów, a nudna i monotonna praca jest tylko pretekstem do wycieczki w głąb własnego ego.


          Reżyserem oraz autorem scenariusza do Prince Avalanche jest David Gordon Green, twórca od lat już kojarzony z amerykańskim independent cinema, mający jednak na koncie także rozliczne romanse z kinem robionym dla wielkich wytwórni (przykłady to: Pineapple Express (Boski chillout) z 2008 roku, Your Highness (Wasza wysokość) z 2011 roku czy The Sitter (Facet do dziecka) z tego samego 2011 roku). Droga przez Teksas oznacza dla reżysera powrót do niezależnych korzeni, na gruncie których stworzył swoje najlepsze dotychczas filmy, takie jak choćby debiutancki George Washington (Sztama) z 2000 roku czy All the Real Girls (Dziewczyny z krwi i kości) z 2003 roku. Komediodramat Prince Avalanche pokazany został premierowo na Sundance Film Festival w styczniu 2013 roku, po czym pojechał na Międzynarodowy Festiwal Filmowy w Berlinie w lutym tego samego roku, skąd wrócił ze Srebrnym Niedźwiedziem za najlepszą reżyserię dla Davida Gordona Greena.


          Akcja filmu rozgrywa się w 1988 roku w środkowym Teksasie, którego lasy zostały zniszczone w 1987 roku przez rozległe pożary. Obraz kręcono w hrabstwie Bastrop, które również ucierpiało na skutek ognia, tym razem w 2011 roku. Alvin (Paul Rudd) oraz Lance (Emile Hirsch) pracują dla teksańskiej administracji drogowej, malując linie drogowe na autostradach, które ucierpiały z powodu pożarów. Letnia praca jest idealną ucieczką z miasta dla starszego Alvina, który szuka w lasach Teksasu wyciszenia i okazji do przemyślenia osobistych dylematów. Młodszy Lance jest w rzeczywistości bratem partnerki Alvina, szukającym letniego zajęcia oraz zarobku. Alvin i Lance to na pierwszy rzut oka charakterologiczne przeciwieństwa. Alvin ceni sobie spokój i harmonię, lubi swoją pracę, jest metodyczny i zrównoważony. Lance z kolei nie może żyć bez typowo miejskich rozrywek, potwornie nudzi się na teksańskim pustkowiu. To, co łączy obu bohaterów, to fakt, że obaj zostawili za sobą życie osobiste i kobiety, które czekają na nich w mieście. To właściwe życie dopadnie ich wkrótce w ich leśnej kryjówce.


          Droga przez Teksas oparta jest na nieco wcześniejszym islandzkim filmie Tak czy siak (Á annan veg) z 2011 roku w reżyserii Hafsteinna Gunnara Sigurðssona. Ograniczone do minimum dialogi oraz kontemplacyjna aura filmu od razu zdradzają skandynawskie inspiracje przy jego powstawaniu. Europejska historia rodem z peryferyjnej Islandii przeszczepiona na grunt amerykańskiego kina drogi znakomicie zdaje egzamin. Amerykańskie filmy często grzeszą nadmierną ekspresywnością i przegadaniem scenariusza, a to na pewno nie jest przypadek Drogi przez Teksas. Film Greena pozwala cieszyć się świetnie uchwyconym krajobrazem po katastrofie, jaką dla lasów środkowego Teksasu były ogromne pożary. Natura ma nieposkromioną zdolność do regeneracji, co doskonale widać w Prince Avalanche, gdzie przetrzebione ogniem lasy wyglądają na budzące się po bardzo długiej i ciężkiej zimie. Jest to bardzo adekwatne tło dla historii dwóch mężczyzn, którzy muszą zmierzyć się z bólem oraz spustoszeniem w środku.


          Dzieło Greena ma właściwie tylko dwóch aktorów. Paul Rudd i Emile Hirsch znakomicie wywiązują się ze swoich zadań, tworząc bardzo dobrze dobrany aktorski duet. Ich postaci skonstruowane są według wzorca mentor i jego adept, szybko jednak ta oczywista relacja zostanie podważona i unicestwiona, ani Alvin Paula Rudd’a  nie okaże się tak mądry i zrównoważony, na jakiego początkowo wygląda, ani Lance Emile’a Hirsch’a tak głupi oraz beztroski. Obaj bohaterowie skrywają w swoim wnętrzu emocjonalne uniwersum, które w pełni dochodzi do głosu w chwili kryzysu oraz konfrontacji. Gdy nadchodzi czas próby przestają się liczyć słowne deklaracje czy puste gesty, ważne okazują się działania pary protagonistów i ich życiowe decyzje, które jasno ukazują nam z kim tak naprawdę mamy na ekranie do czynienia. Często wśród filmowych krytyków uważa się Davida Gordona Greena za naśladowcę takich gigantów światowego kina jak Werner Herzog czy Terence Malick. Droga przez Teksas udowadnia, że mamy przed sobą reżysera, który potrafi tworzyć oryginalne, autorskie kino, idealnie wpisujące się w ducha oraz klimat amerykańskiej prowincji.


22 maja 2016

The Witch (Czarownica). Horror, który daje do myślenia.

          Stephen King, zwany mistrzem horroru, był pod niemałym wrażeniem Czarownicy. Chyba trudno jest naprawdę przestraszyć specjalistę od budzących grozę historii. Debiutanckiemu filmowi Roberta Eggers’a ta sztuka się jednak udała. Tajemnica ogromnego sukcesu The Witch tkwi w tonie, w jakim reżyser zdecydował się nam przekazać swoją opowieść. Ton, klimat filmu oraz zdjęcia do niego wprowadzają nas w sam środek rodziny osadników w Nowej Anglii w 1630 roku. Niczym świadkowie uczestniczymy w przerażającym spektaklu osuwania się w histerię i szaleństwo, a wszystko to przy niemałym udziale nadnaturalnych sił. Pierwszym i zarazem ostatecznym źródłem autodestrukcji bohaterów Czarownicy nie są jednak wcale nieczyste moce zamieszkujące pobliski las, ale zło, które pod postacią przesądu, a napędzane lękiem, tkwi w każdym z nas.


          Czarownica została napisana i wyreżyserowana przez Roberta Eggers’a, prawdziwego debiutanta w filmowym rzemiośle. Debiut tego autora okazał się jednak na tyle dojrzały i fascynujący, że twórca dostał nagrodę za najlepszą reżyserię na festiwalu Sundance w 2015 roku, gdzie obraz miał swoją międzynarodową premierę. Znakomicie przyjęty przez krytykę (o co horrorom jest niezwykle ciężko) film Eggers’a odniósł również ogromny sukces wśród publiczności. Inni autorzy opowieści grozy, na czele ze Stephen’em King’iem i Brian’em Keene’m, dali też wyraz swojemu zachwytowi nad filmem w mediach społecznościowych.


          The Witch jest rzadkim przykładem horroru kostiumowego, którego akcja rozgrywa się w Nowej Anglii w 1630 roku, 62 lata przed znaną powszechnie histerią z polowaniem na czarownice w Salem. W centrum opowieści znajduje się purytańska (kalwińska dokładnie) rodzina osadników w Nowym Świecie, która zostaje przez swoją wspólnotę skazana na banicję. William (Ralph Ineson) wraz żoną Katherine (znana z Gry o tron Katie Dickie) oraz piątką dzieci przenosi się na skraj ogromnego lasu. Tam właśnie rodzina rozpoczyna nowe życie, utrzymując się w przymusowej izolacji z uprawy roli i hodowli zwierząt. Szybko jednak okazuje się, że pobliski las zamieszkany jest przez nadprzyrodzone moce pod postacią tytułowej czarownicy. Kiedy w tajemniczych okolicznościach znika najmłodsze dziecko Williama i Katherine, a zaraza niszczy plony, para szybko nabiera przekonania, że ciąży na nich przekleństwo. Co więcej, rodzice zaczynają podejrzewać swoją najstarszą córkę Thomasin (świetna Anya Taylor-Joy) o konszachty z ciemnymi mocami i obwiniają ją o zniknięcie najmłodszego syna oraz sprowadzenie na rodzinę nieszczęścia. Gdy przesąd i strach biorą górę nad zdrowym rozsądkiem oraz opanowaniem, cała rodzina jest na prostej drodze od histerii i szaleństwa ku autodestrukcji.


          Twórca Czarownicy, Robert Eggers, miał swego czasu ogromną predylekcję ku podaniom oraz opowieściom o wiedźmach właśnie. Swój pierwszy autorski scenariusz oparł na autentycznych źródłach pisanych z epoki, czyli XVII-wiecznej Nowej Anglii. Pełny tytuł filmu to The VVitch: A New-England Folktale, czyli Czarownica: Bajka ludowa z Nowej Anglii. Oparcie dialogów na języku żywcem wyjętym z ówczesnych dokumentów oraz zapisów sądowych procesów, a także utkanie całej fabuły filmu na bazie ludowych przekazów oraz wyobrażeń o nadnaturalnych siłach, czających się w Nowym Świecie na purytańskich przybyszów ze starego kontynentu, nadaje dziełu Eggers’a niepowtarzalne wrażenie autentyczności, tak jakby autor zaserwował nam pierwszej klasy dokument o życiu i przesądach kolonistów w Nowej Anglii na początku ery osadnictwa. I choć mamy do czynienie tylko z jedną 7-osobową rodziną żyjącą na skraju pustkowia, skupiają się w niej jak w soczewce wszelkie religijne wierzenia i przede wszystkim podskórny lęk przed dziką naturą oraz jej niszczącą potęgą. Właściwie prawie od samego początku wiemy, że bohaterowie Czarownicy muszą stawić czoła nadprzyrodzonym mocom zamieszkującym złowieszczy las w bezpośrednim sąsiedztwie ich osady. Tytułowa czarownica nie jest bynajmniej tylko wytworem ich chorych przesądów. Nie bez kozery w końcu mamy do czynienia z czystej próby horrorem. Najbardziej przerażające w filmie nie jest jednak dręczenie Bogu ducha winnej rodziny przez nieubłagane moce zła, ale terror psychologiczny jaki wywierają na siebie wzajemnie nasi bohaterowie.


          Czarownicę cechuje ogromne napięcie, które nie ustępuje ani na moment przez cały czas trwania filmu. Dodając do tego znakomite zdjęcia, kolory i dopracowaną w detalach scenografię, otrzymujemy bardziej nawet klimatyczny thriller psychologiczny niż stylowy horror kostiumowy. W filmie Eggers’a nadprzyrodzone moce żerują na żyjącej na bezludziu rodzinie, ale to nie one odpowiadają za jej finalne unicestwienie. Zła czarownica uruchamia tylko spiralę paranoi i wzajemne przerzucanie się odpowiedzialnością przez członków rodziny za spadłe na ich dom nieszczęścia. Zamiast stanąć jednym frontem w konfrontacji z ciemnymi mocami, nasi bohaterowie rzucają się sobie do gardeł, tak jakby istota zła tkwiła we wnętrzu drugiego człowieka, a nie poza nim. Być może, paradoksalnie, potwierdzają tym samym nieświadomie wymykającą się ich umysłom prawdę o ludzkiej naturze?  Ponieważ Czarownica przypomina dokument o purytańskiej rodzinie z Nowego Świata rodem z XVII wieku, my, jako współcześni widzowie, mamy w filmie okazję dojrzeć wiele rzeczy, których jego bohaterowie ani nie mieli szans dojrzeć, ani tym bardziej pojąć.


9 maja 2016

Rabbit Hole (Między światami). Po drugiej stronie ciemnego tunelu.

          Jeden z najwybitniejszych filmów o radzeniu sobie z utratą ukochanej osoby. Między światami to katarktyczny i poruszający do głębi obraz o wychodzeniu naprzeciw zlokalizowanego wewnątrz każdego z nas potencjalnego uniwersum bólu i cierpienia. Becca (Nicole Kidman) i Howie (Aaron Eckhart) stracili w wypadku czteroletniego syna. Od tego momentu mija właśnie osiem miesięcy. Żadne z nich nie pogodziło się jeszcze z utratą dziecka. Każde jednak manifestuje to w zupełnie inny sposób. Życie toczy się jednak dalej a Becca i Howie wciąż nie wiedzą jak przejść do tej innej rzeczywistości, tej, w której możliwe są radość i spełnienie, a nade wszystko ucieczka od wszechobecnego smutku. We wzruszający sposób para próbuje na naszych oczach odnaleźć to tajemnicze przejście do tego lepszego świata.


          Między światami wyreżyserował John Cameron Mitchell, niezależny twórca i aktor, znany przede wszystkim jako autor rewelacyjnego Calu do szczęścia (Hedwig and the Angry Inch) z 2001 roku. Rabbit Hole to trzecia z kolei fabuła tego reżysera, pokazana premierowo na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Toronto we wrześniu 2010 roku. Autorem scenariusza do filmu jest David Lindsay-Abaire, który napisał go w oparciu o własną (wystawianą na Broadwayu) sztukę teatralną pod tym samym tytułem z 2005 roku. Obraz Między światami zgromadził na planie znakomitą obsadę, wybijają się w szczególności kreacje stworzone przez Nicole Kidman i Aarona Eckharta jako pary pogrążonych w żałobie rodziców. Na wzmiankę zasługuje też rola Dianne Wiest, która w filmie wciela się w postać Nat, matki głównej bohaterki. Nicole Kidman za swoją brawurową interpretację dostała w 2011 roku nominacje do Oscara i Złotego Globu w kategorii najlepsza aktorka pierwszego planu.


          Becca i Howie przed ośmioma miesiącami stracili czteroletniego synka, który wpadł pod koła nadjeżdżającego samochodu. Para próbuje przezwyciężyć ból i cierpienie oraz zainicjować jakiś nowy etap w swoim życiu. Mąż i żona inaczej jednak podchodzą do bolesnej pamięci o nieżyjącym synu. Howie próbuje szukać wsparcia na grupowej terapii dla par, które straciły dziecko. Obsesyjnie też powraca do nagranych wspólnie z synkiem filmików na komórce. Becca nie wierzy w terapię, stara się uporządkować i pozbyć należących do syna rzeczy, tak aby nie przypominały jej nieustannie o przeszłości. Na dodatek jej młodsza siostra Izzy (Tammy Blanchard) zachodzi w ciążę ze swoim nowym chłopakiem. W poszukiwaniu drogi ucieczki przed niechcącym ustąpić wewnętrznym bólem Becca nawiązuje kontakt z Jason’em (Miles Teller), młodym chłopakiem, który prowadził feralny samochód, pod który wpadł jej syn…


          Przedstawiona w wielkim skrócie fabuła filmu zdaje się zapowiadać skłaniającą ku depresji ciężką psychodramę. Nic bardziej mylnego. Wbrew pozorom Rabbit Hole to film bardzo lekki, wręcz przyjemny w odbiorze. Chociaż to czystej próby dramat, obraz przemyca także dużą dawkę humoru, która nadaje mu tej lekkości i pogody ducha, tak charakterystycznej dla większości amerykańskich produkcji niezależnych. Głęboko w treść dialogów wpisana jest nadzieja na wyjście z tego potrzasku, jakim jest niekończąca się żałoba po śmierci dziecka. Powagę i cierpienie postaci granej w filmie przez Nicole Kidman równoważą niejako jej własna matka Nat (Dianne Wiest) oraz młodsza siostra Izzy (Tammy Blanchard), której podejście do życia cechuje o wiele więcej luzu w porównaniu ze starszą, sztywną i szorstką wręcz w codziennym obejściu siostrą. Daleka od szorstkości oraz sztywności jest też Nat, matka głównej bohaterki. Ona też straciła kiedyś syna, ofiarę uzależnienia od heroiny. Tragedia ta nie uczyniła jednak z niej osoby ironicznej i zgorzkniałej, emanuje wprost matczynym ciepłem, ma także do przekazania córce kilka ciekawych (a nawet zabawnych) rad w temacie zmagania się ze śmiercią własnego dziecka. Wreszcie nic tak nie pomaga w rozluźnieniu napiętej i grobowej w filmie atmosfery, jak wypalona w samochodzie przed seansem terapii grupowej marihuana…


          Elementem, który najbardziej przybliża bohaterów Między światami do stanu pogodzenia z losem, katharsis to bowiem zbyt mocne i praktycznie nieosiągalne dla nich słowo, jest obecna w filmie teoria światów/wymiarów równoległych. Jason (debiutujący na ekranie Miles Teller), młodociany chłopak, który śmiertelnie potrącił synka pary protagonistów, jest aspirującym autorem komiksów. On i Becca nawiązują w filmie bliższą relację. Jason pożycza kobiecie narysowany przez siebie komiks, w którym opowiada o nieskończonych alternatywnych rzeczywistościach, w których żyją nieskończone alternatywne wersje nas samych, prowadzące wszystkie możliwe wersje życia, jakie nie mogą być naszym udziałem tu i teraz. W tej teorii światów równoległych tkwi bardzo głęboko zakorzeniona nadzieja na to, że gdzieś w innym paralelnym wymiarze istnieje inna nasza wersja, która ma się zdecydowanie lepiej niż my w tym życiu. Być może jest szczęśliwa, spełniona i nie cierpi tak jak my. Tytułowa ‘królicza nora’ to przejście do tej alternatywnej rzeczywistości, gdzie być może nie istnieją ból, smutek i melancholia. Tak jak w Alicji w Krainie Czarów jest to czysto fantastyczne rozwiązanie, ale być może warto zadać sobie trud i poszukać takich tajemnych przejść do innego, lepszego życia w naszym wewnętrznym wymiarze?


30 kwietnia 2016

Enough Said (Ani słowa więcej). Spojrzeć cudzą parą oczu.

         Spojrzeć na bliskiego nam mężczyznę oczami innej kobiety. Taką właśnie ciekawą perspektywę oferuje nam romantyczna komedia Ani słowa więcej w reżyserii uznanej niezależnej autorki filmowej Nicole Holofcener. Eva (Julia Louis-Dreyfus), protagonistka obrazu, nawiązuje nową (i obiecującą) relację z będącym tak jak ona po rozwodzie Albertem (James Gandolfini). Przez czysty przypadek zaprzyjaźnia się jednak w tym samym czasie z jego eks-małżonką Marianne (Catherine Keener). Kiedy zdaje sobie sprawę ze wspólnej historii tych dwojga, Eva decyduje się utrzymać obie znajomości, starając się dowiedzieć jak najwięcej o Albercie od jego byłej. Oczywiście Albert i Marianne nie wiedzą o sobie nawzajem. Ta mocno wątpliwa etycznie strategia Evy musi ją w końcu zaprowadzić w przysłowiowy kozi róg. Czy aby na pewno jednak postępowanie Evy jest godne potępienia? Czego byśmy sami nie zrobili, aby uchronić się przed niepowodzeniem w kolejnym związku? I jak bardzo interesowne potrafią być nasze przyjaźnie oraz znajomości, choć wciąż powtarzamy sobie, że to inni tak naprawdę nas potrzebują?


          Enough Said to już piąty fabularny projekt filmowy reżyserki Nicole Holofcener. To jednocześnie jej najbardziej mainstreamowe dzieło. Film pokazany został po raz pierwszy na Toronto International Film Festival w 2013 roku, z miejsca zdobywając uznanie krytyki, a zaraz potem i publiczności. Ani słowa więcej chwalono przede wszystkim za świetny i pozostający blisko realnego życia scenariusz autorstwa samej Holofcener. Pierwszorzędne dialogi bezbłędnie przenoszą na duży ekran James Gandolfini oraz Julia Louis-Dreyfus, dla których są to jednocześnie chyba ich najlepsze filmowe wcielenia (nie licząc rzecz jasna tych telewizyjnych). Julia Louis-Dreyfus otrzymała za swoją kreację nominację do Złotego Globu w kategorii najlepsza aktorka w komedii/musicalu. W przypadku Gandolfini’ego była to także jedna z jego ostatnich w życiu ról. Aktor zmarł na krótko przed oficjalną premierą filmu i jemu też obraz jest zadedykowany.


          Heroina Enough Said, Eva, jest mieszkającą w Los Angeles masażystką w średnim wieku. Z dawno już zakończonego związku ma dorastającą córkę, która właśnie wyjeżdża do college’u. Na pewnym cocktail party Eva poznaje Alberta, tak jak ona rozwodnika z nastoletnią córką. Para zaczyna umawiać się na randki, wszystko idzie w najlepszym kierunku. Do momentu oczywiście, kiedy Eva zdaje sobie sprawę, że jej nową klientką i znajomą jest eks-żona Alberta, poetka Marianne, którą poznała osobno na tym samym przyjęciu, na którym spotkała też Alberta. I tak masując Marianne, Eva poznaje coraz to nowe szczegóły z nieudanego pożycia małżeńskiego swojej klientki, zawiązując nawet pewną nić porozumienia z byłą żoną swojego obecnego chłopaka. A wszystko to oczywiście w trosce o przyszłość swojego nowego związku…


          Eva i Albert wydają się być dobrze dobraną parą. Oboje są prostymi, nieskomplikowanymi i przede wszystkim niezwykle ciepłymi osobowościami. Z kolei Marianne, poprzednia żona Alberta i obecna koleżanka Evy, jest postacią z trochę innej bajki. To wyrafinowana poetka z klasą, dobra znajoma samej Joni Mitchell. Jest poukładana do granic możliwości, a jej schludność i snobistyczne uporządkowanie niejako automatycznie separują ją od otoczenia. Grająca ją w filmie Catherine Keener to stała współpracowniczka reżyserki, wystąpiła we wszystkich pięciu jej filmach. Nietrudno nam uwierzyć w porażkę mariażu Marianne i Alberta, obserwując w szczególności niechlujność i spore problemy z nadwagą tego ostatniego. Wcielający się w Alberta James Gandolfini zagrał niejako antytezę swojej najgłośniejszej kreacji, czyli postaci bezwzględnego mafiosa Tony’ego Soprano z serialu dramatycznego Rodzina Soprano (The Sopranos,1999-2007) telewizji HBO. Podobnie sprawy się mają z rolą Evy w wykonaniu Julii Louis-Dreyfus. Eva jest czystym zaprzeczeniem postaci wice-prezydent, a następnie prezydent Stanów Zjednoczonych Seliny Meyer z głośnego serialu komediowego HBO Figurantka (Veep, 2012-). Tam mamy do czynienia z wulgarną i nieznośną egoistką na najwyższym w państwie stanowisku, w Ani słowa więcej Eva to właściwie ucieleśnienie ciepła i psychicznego komfortu.


          Najbardziej pociągającą cechą w Enough Said jest realistyczne i bezpretensjonalne podejście do rzeczywistości. Film ogląda się z nieukrywaną przyjemnością i zaangażowaniem. Idealnie dobrana aktorska obsada sprawia wrażenie jakbyśmy nie oglądali wymyślonego scenariusza, ale autentyczną kronikę towarzyską z kalifornijskiego przedmieścia. Wrażliwa i właściwie bezbronna w swojej naiwności Eva pada ofiarą własnych towarzyskich kalkulacji, pociągając za sobą szok i rozczarowanie nieświadomych jej machinacji Alberta i Marianne. Postaci z Ani słowa więcej pozostają z nami na długo, może właśnie dlatego, że emanują tą jakże ludzką predyspozycją ku niedoskonałości.


17 kwietnia 2016

City Island. Rodzina w oparach dysfunkcji.

          Poznajcie głośną a jednocześnie pełną sekretów rodzinę Rizzo z nowojorskiego Bronxu. Familia to bardzo stereotypowa a zarazem specyficzna. Rizzo to hałaśliwi Amerykanie włoskiego pochodzenia, wrzeszczący na siebie i przekrzykujący się wzajemnie w trakcie wspólnego obiadu. Głośni w codziennej komunikacji, mają jednak mnóstwo cichych sekretów, które trzymają przed sobą w głębokiej tajemnicy. Nikt tutaj nie jest bez winy. W finałowej scenie, niczym w operze buffa, na wierzch wychodzą wszystkie słabości, a każdy wstydliwy sekret zostaje bezlitośnie obnażony. I znów stereotyp w parze z dysfunkcją stają się niezawodną metodą na piekielnie zabawną niezależną komedię.


          City Island to komediodramat napisany i wyreżyserowany przez Raymonda De Felitta, nowojorskiego twórcę spod znaku indie. Obraz debiutował w 2009 roku na Tribeca Film Festival w Nowym Jorku, na którym to zdobył Nagrodę Publiczności (Audience Award). Tytuł filmu to jednocześnie nazwa dzielnicy na nowojorskim Bronxie, gdzie dawniej mieściła się rybacka osada. Tam też rozgrywa się akcja tego filmowego dzieła, portretującego niełatwą w obejściu rodzinkę Rizzo.


          Głównym bohaterem City Island jest Vince Rizzo (bardzo dobry Andy Garcia), głowa rodziny pracująca jako strażnik więzienny. Vince ma jednak swoje głęboko skrywane ambicje: w sekrecie przed żoną Joyce (Julianna Margulies) uczęszcza na organizowane na Manhattanie kursy dla aktorów (chce być jak swój idol, Marlon Brando). Swojej połowicy mówi, że wychodzi na partyjkę pokera. Małżonka jest przekonana, że poker to najzwyklejsza przykrywka dla romansu. Dwójka dzieci Vince’a i Joyce też ma swoje tajemnice: córka Vivian (Dominik García-Lorido) straciła stypendium i wyleciała z college’u, teraz w tajemnicy przed rodzicami pracuje jako striptizerka, aby móc w następnym roku sfinansować swój powrót na studia. Z kolei młodociany syn Vince Jr (Ezra Miller) ma nietypowy fetysz: kręcą go otyłe dziewczyny, które gotują i jedzą przed internetową kamerką, za pieniądze oczywiście. Tak się dobrze dla chłopaka składa, że jedna z nich mieszka akurat w domu naprzeciwko… Największy sekret jednak Vince ojciec przyprowadza pewnego dnia do domu w postaci zwolnionego warunkowo z więzienia Tony’ego (Steven Strait). Dwudziestokilkuletni chłopak jest w istocie nieślubnym synem ojca rodziny z czasów sprzed jego obecnego małżeństwa. Ale wie o tym tylko sam Vince i nikomu nie chce zdradzić powodów przyjęcia pod swój dach byłego więźnia. Przybycie do domu tajemniczego Tony’ego staje się ostatecznym testem zaufania dla pogrążonej w sieci kłamstw rodziny.


          City Island wykorzystuje sprawdzoną recepturę na niezawodną komedię: to mieszanka stereotypowych zachowań, dziwnych upodobań oraz ciągu sekretów i niedopowiedzeń między poszczególnymi bohaterami opowieści. Rodzina Rizzo to typowa familia o włoskich korzeniach zamieszkująca nowojorski Bronx. Należą do klasy pracującej, mają średnie wykształcenie, są głośni i mają poważne problemy z wzajemną komunikacją. Nie mogąc liczyć na zrozumienie w domu, realizują się poza nim. I tak Vince ojciec udaje przed żoną, że chodzi na partyjki pokera, albowiem jest przekonany, że Joyce wyśmieje jego marzenie zostania aktorem. Zamiast żonie zwierza się koleżance z kursów aktorskich, Molly (Emily Mortimer). To właśnie Molly wydobywa z niego wszystkie jego sekrety, zachęcając go jednocześnie do podzielenia się nimi z całą rodziną. Gdy żona Vince’a wreszcie pozna Molly, z miejsca (błędnie) założy, że ma przed sobą kochankę męża.


          Dysfunkcyjność i zakłamanie bohaterów City Island upodabnia ten film do innego niezależnego przeboju: Little Miss Sunshine (Mała miss) z 2006 roku. Tak samo jak w Małej miss wzajemna niechęć i z trudem maskowane silne emocje bohaterów doprowadzają rodzinę Rizzo na sam skraj przepaści. Finałowa scena jest w filmie prawdziwą eksplozją zduszonych wcześniej sekretów, żalów i pretensji. Twórca obrazu, Raymond De Felitta, znakomicie czuje komediową konwencję, a będąc rodowitym nowojorczykiem włoskiego pochodzenia z Bronxu, potrafi nadać filmowi znany z doświadczenia lokalny posmak. I tak bliski dramatu rodzinny konflikt zamienia się w pełną humorystycznych fajerwerków komediową farsę.


28 marca 2016

James White. Życie w skali 1:1.

          James White nie jest przyjemnym w odbiorze filmem. Jego tytułowy bohater to zmagający się z odchodzeniem najbliższych mu osób młody chłopak o silnych autodestrukcyjnych skłonnościach. Bądźmy zatem przygotowani na bardzo realistyczny niezależny dramat opowiadający o przyspieszonym dojrzewaniu w obliczu śmierci obojga rodziców. James White stara się za wszelką cenę uciec od odpowiedzialności i zagłuszyć ból, sięgając po alkohol i narkotyki, przesiadując w barach do białego rana oraz wdając się w przypadkowe, jednorazowe romanse. Nic jednak nie pomaga w tych nieustannych próbach wyciszenia buzujących pod powierzchnią emocji. Czy James ma szansę odnaleźć drogę do siebie i osiągnąć wewnętrzną harmonię? Do końca filmu to najważniejsze pytanie pozostanie otwarte.


          James White jest debiutanckim obrazem Josha Mond’a. Reżyser napisał bardzo osobisty scenariusz do filmu bazując w części na własnych doświadczeniach w radzeniu sobie ze śmiercią matki. Obraz pokazany został premierowo na Sundance Film Festival w 2015 roku. Uwagę krytyki oraz publiczności zwróciły przede wszystkim dwie główne role, rewelacyjnie zagrane przez Christophera Abbott’a (tytułowy James White) oraz Cynthię Nixon (postać jego matki Gail White). Dla obojga aktorów to z pewnością najlepsze kreacje w ich dotychczasowej karierze.


          Tytułowy James White (Christopher Abbott) to dwudziestokilkuletni nowojorczyk, który nie ma łatwego życia. Właśnie zmarł mu ojciec, z którym nie utrzymywał bliskiego kontaktu, a który lata wcześniej rozstał się z jego matką i założył nową rodzinę. James jest za to mocno związany z własną matką, której pomaga w jej walce z rakiem. Gail White (Cynthia Nixon) jest już w czwartym stadium tej choroby i jedyną osobą, na którą może liczyć jest właśnie jej syn. James nie ma pojęcia jednak, jak poradzić sobie z emocjonalnym chaosem w środku. Tłumione uczucia, lęki oraz przede wszystkim ból pchają go w stronę licznych uzależnień. Te z kolei obijają się negatywnie na jego relacjach z dziewczyną Jayne (Makenzie Leigh) oraz najlepszym przyjacielem Nick’iem (Scott Mescudi). Po części z winy choroby matki James nie ma pracy, planów na przyszłość, przerasta go też śmiertelna choroba ukochanej rodzicielki. Czy w końcu uda mu się stanąć na nogi?


          Przejmujący debiut Josha Mond’a jest niezwykle realistycznym, odartym z wszelkich ozdobników portretem dwojga bliskich sobie ludzie znajdujących się u kresu swoich możliwości. Gail White umiera na raka i jest tego w pełni świadoma. Jej syn James pielęgnuje ją w chorobie najlepiej jak potrafi, śpiąc w mieszkaniu matki na sofie. Psychicznie jest jednak strzępem człowieka, a ucieczki w alkohol i narkotyki dają mu tylko chwilowe znieczulenia od przerastającej go rzeczywistości. Kamera w filmie prawie nie odstępuje Jamesa na krok, dokonując nieustannych zbliżeń na jego twarz. Pomimo ciągłego obcowania z Jamesem twarzą w twarz nie jesteśmy jednak w stanie przeniknąć do końca jego myśli, możemy być pewni tylko ich ogromnego natężenia i skrajnej desperacji. To miotanie się przerażonego życiem i jego ciemnymi stronami głównego bohatera zostało koncertowo zagrane przez Christophera Abbotta, dla którego bez wątpienia ta rola była największym dotychczasowym aktorskim wyzwaniem. Cynthia Nixon z kolei w swojej kreacji Gail White również osiąga wyżyny swojego aktorstwa, usuwając w cień swoje wcześniejsze (głównie telewizyjne) role.


          O filmie Josha Mond’a trudno jest pisać, nie wychodząc poza oczywistości. Podobnie jak niełatwo jest oglądać na ekranie życiową tragedię przedstawioną w skali 1:1. W całej pełni obraz mogą doświadczyć tylko ci, którzy bezpośrednio zmierzyli się w życiu z ciężką chorobą i śmiercią bliskich. Jedynym chyba w filmie momentem ucieczki od koszmaru rzeczywistości jest jednocześnie jego najbardziej wzruszająca scena. W chwili gdy James zanosi matkę do toalety, ta nie ma już sił na powrót do łóżka. Oboje zatem przysiadają w łazience, czekając na powrót sił. Wtedy to James zaczyna opowiadać matce alternatywną wersję ich przyszłości, pełną miłości i optymizmu, kiedy to oboje żyją szczęśliwi oraz spełnieni w wymarzonym Paryżu, otoczeni przez kochających ludzi. James i Gail uśmiechają się pod koniec tej opowieści, tak jakby byli już zupełnie gdzie indziej, i głęboko w to wierząc.


20 marca 2016

Spring Breakers. Amerykański koszmar.

          Nie dajcie zwieść się plakatowi, ani tym bardziej zwiastunowi promującemu ten film. Roześmiane dziewczęta w bikini reklamujące Spring Breakers to sarkastyczna parodia mainstreamowych produkcji filmowych, przeznaczonych dla spragnionej zabawy amerykańskiej młodzieży. Reżyser obrazu, Harmony Korine, użył tych opatrzonych klisz rodem ze studia w Hollywood, aby dotrzeć ze swoim filmem do szerszej, komercyjnej widowni. Pomysł na promocję chwycił, a nieoczywisty przekaz Spring Breakers dotarł do zaskoczonej nim i zbitej z pantałyku publiczności. Co takiego budzi tyle kontrowersji wokół tej niezależnej produkcji? Chyba głównie to, że amerykański sen został w filmie przedstawiony jako słoneczny i kolorowy koszmar, a wszystko to w formie półtoragodzinnego popkulturowego teledysku, pełnego rapu i nagości.


          Twórcą Spring Breakers jest Harmony Korine, enfant terrible amerykańskiego kina niezależnego. Reżyser znany jest ze swojego specyficznego stylu, oznaczającego przede wszystkim eksperyment, ucieczkę od tradycyjnych sposobów opowiadania filmowych historii, absurd oraz dużą dawkę czarnego humoru. Spring Breakers to jego ostatnie dotychczas dzieło, które pozwoliło jego nietypowej filmowej wizji po raz pierwszy dotrzeć do szerokiej widowni. Film pokazany został po raz pierwszy na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Wenecji we wrześniu 2012 roku. Od tamtego momentu nie przestaje obrastać w kult.


          Film ma właściwie cztery równorzędne bohaterki, studentki jednego z college’ów w Kentucky, które znudzone nauką postanawiają wybrać się na upragnione wiosenne ferie na słoneczną Florydę. Dziewczyny to Faith (Selena Gomez), Candy (Vanessa Hudgens), Brit (Ashley Benson) oraz Cotty (Rachel Korine). Aby sfinansować swoją podróż obrabowują lokalny fast-food, używając do tego młotka i pistoletu na wodę… Po przybyciu na Florydę oddają się nieustannemu imprezowaniu aż do momentu, gdy lądują za kratkami za ekscesy z narkotykami. Wtedy to z pomocą przychodzi im lokalny gangster i raper jednocześnie, Alien (świetna rola Jamesa Franco). Po tym jak Alien wpłaca za dziewczyny kaucję w więzieniu, te w towarzystwie tego dilera narkotyków i broni jeszcze głębiej wchodzą na kryminalną ścieżkę.


          Kto zna styl filmów Harmony Korine’a ten od razu zrozumie, że nie można Spring Breakers’ów brać całkiem na serio. Czarny humor, sarkazm, parodia, absurd, czy wreszcie obfitość patologii charakteryzują właściwie wszystkie dzieła tego reżysera. Nie inaczej sprawy mają się ze Spring Breakers’ami. Obraz ten można potraktować jak przewrotny komentarz tego twórcy do współczesnej amerykańskiej popkultury, która pod swoją kolorową i atrakcyjną powierzchnią skrywa wypalenie i uczucie wewnętrznej pustki, które z kolei prowadzą do przemocy i traktowania innych ludzi wyłącznie w kategorii przedmiotów. Młode ciała dziewczyn i chłopców to w filmie przede wszystkim seksualne obiekty. Dla kuriozalnego gangstera (a przy okazji i rapera) Aliena (znakomity James Franco) powodem do największej dumy jest kasa i wszystkie te rzeczy, które za jej pomocą zgromadził. Wygląda na to, że amerykański sen prowadzi wprost do hedonistyczno-materialistycznego szaleństwa sowicie zaprawionego kryminałem.


          Spring Breakers wbrew pozorom nie jest typowym młodzieżowym dramatem kryminalnym. Współczesna fabuła jest tylko pretekstem, żeby wejść głębiej pod powierzchnię amerykańskiej popkultury. Czy jednak coś pod tą powierzchnią w ogóle się znajduje? Ucieczka od szarej rzeczywistości amerykańskiego Kentucky to dla czterech bohaterek filmu słońce Florydy, plaża, alkohol, nieskrępowany seks i narkotyki. I pragnienie by tego rodzaju zabawa trwała w nieskończoność. Zatrzymanie czasu w miejscu nie jest zbyt oryginalnym życzeniem, ale czy wypada się zżymać na 20-letnie studentki, tylko dlatego że chcą się bawić? Niepokoi jednak to, że w pogoni za wolnością oraz dobrą zabawą dziewczyny zatracają po drodze sumienie i jeszcze coś, co pozwoliłoby im uświadomić sobie, że już dawno i bezpowrotnie postradały niewinność.


6 marca 2016

While We're Young (Ta nasza młodość). Przepaść nie do przeskoczenia.

          Dojrzałość versus młodość to odwieczny pojedynek zawsze budzący silne namiętności. To również wciąż niewyczerpany kulturowy motyw, na bieżąco zapładniający artystów wszystkich sztuk. Jednym z ostatnich dzieci tego pokoleniowego starcia jest film While We're Young w reżyserii Noah Baumbach’a. W tym niezależnym obrazie dojrzałość zostaje najpierw uwiedziona przez młodość, aby potem przejrzeć prawdziwą naturę obiektu swojej fascynacji. Raz jeszcze boleśnie zdajemy sobie sprawę, że nic nie jest w stanie zasypać pokoleniowej różnicy, a podziw i zauroczenie tylko dokładają dziegciu do tej i tak już gorzkiej prawdy.


          Ta nasza młodość jest kolejnym udanym komediodramatem autorstwa Noah Baumbach’a, bardzo płodnego twórcy spod znaku independent cinema. Noah Baumbach’a można (być może trochę na wyrost) nazwać Woody’m Allen’em amerykańskiego kina niezależnego. W ostatniej dekadzie (2005-2015) reżyser ten wypuścił aż sześć bardzo dobrze przyjętych indie dzieł, m.in. The Squid and the Whale (Walka żywiołów) z 2005 roku, Greenberg z 2010 oraz Frances Ha z 2012 r. Pokazana premierowo na Toronto International Film Festival we wrześniu 2014 roku Ta nasza młodość idzie w ślady poprzednich obrazów Baumbach’a, budząc często skrajne reakcje, ale za to z pewnością nie pozostawiając nikogo obojętnym.


          W While We're Young główni bohaterzy to Josh (Ben Stiller) oraz Cornelia (Naomi Watts), para 40-stolatków żyjących w Nowym Jorku. Josh i Cornelia od lat są kochającym się małżeństwem, on kręci filmy dokumentalne, ona jest filmową producentką. Para nie ma i nie zamierza mieć już dzieci. Ich stabilny (i dość przewidywalny) rytm życia zmieni diametralnie poznanie małżeństwa 20-letnich hipsterów z Brooklyn’u, Jamie’go oraz Darby (w tych rolach odpowiednio Adam Driver i Amanda Seyfried). Urzeczeni świeżą energią oraz zrelaksowanym podejściem do życia młodszej pary, Josh wraz z Cornelią dają się wciągnąć w ich towarzyski krąg, oddalając się stopniowo od swoich dotychczasowych przyjaciół, czyli w większości pochłoniętych rodzicielstwem par w średnim wieku. To zauroczenie młodością oraz jej przywilejami będzie jednak miało dla Josha i Cornelii pewne nieuniknione acz odkrywcze konsekwencje.


          Dla Bena Stillera to już druga ważna rola u Baumbach’a, po znakomitym Greenberg’u oczywiście. Także w While We're Young Stiller zręcznie odgrywa postać niepewnego siebie, nie do końca spełnionego faceta. Jego Josh uważa, że ma duży potencjał, unikalną wizję, ale zabrakło mu szczęścia do realizacji swoich dokumentalnych projektów z większym sukcesem. Josh wydaje się pewny tego, co chce osiągnąć, jednocześnie jednak nie potrafi klarownie wytłumaczyć swojej wizji wszystkim zainteresowanym. Żyje więc wciąż w cieniu swojego teścia, Leslie’go Breitbart’a (Charles Grodin), sławnego dokumentalisty i zarazem ojca Cornelii. Naomi Watts w roli Cornelii świetnie partneruje Stiller’owi, a między parą wyczuwa się na ekranie autentyczną chemię. Po drugiej stronie natomiast mamy Adama Drivera i Amandę Seyfried, którzy naturalnie i przekonująco wchodzą w role pary nowojorskich hipsterów. Nie sposób nie odnieść wrażenia, że komediodramat Baumbach’a bardziej niż z przypadków Josha i Cornelii, natrząsa się z gustów i zachowań ich młodych znajomych.


          Kino Noah Baumbach’a charakteryzuje się oryginalnymi scenariuszami, które z bystrością obserwacji podążają za swoimi (z reguły nowojorskimi) protagonistami. W While We're Young para bohaterów wkracza w wiek średni, jednocześnie nie czując autentycznej więzi ze swoimi równolatkami, obarczonymi zazwyczaj potomstwem. Josh i Cornelia dają się więc porwać swoim nowym znajomym, młodym hipsterom z Brooklyn’u, których swobodny i pozbawiony większych trosk tryb życia obiecuje powiew świeżości w dość zatęchłym towarzyskim kręgu pary. To, czego nasi bohaterowie nie chwytają na samym początku owej międzypokoleniowej znajomości, uderzy ich ze zdwojoną mocą w finale filmu. Josh i Cornelia przyswajają sobie lekcję, że czasu cofnąć nie mogą, a ich zafascynowanie znacznie młodszą parą tylko potęguje wrażenie nieprzystawania. Protagoniści Tej naszej młodości nie w pełni świadomie manifestują tym swoją niezgodę na upływ czasu i bezpowrotne przekroczenie tych punktów w swoim życiu, kiedy na pewne rzeczy może już być za późno. W finale filmu, nie bez wstydliwego olśnienia, Josh i Cornelia przyznają, że do tej pory czuli się jak dzieci imitujące dorosłych. Cóż, dorosłość nie zawsze idzie w parze z dojrzałością.


28 lutego 2016

It Follows (Coś za mną chodzi). Horror jako egzystencjalny lęk.

          Jeszcze trudniej niż dobrą komedię jest zrobić udany horror. Coś za mną chodzi to właśnie przykład tego rzadko spotykanego sukcesu. Co jest szczególnie godne uwagi, to fakt, że udało się nakręcić rewelacyjny (i dający do myślenia) niezależny horror bez konieczności wydawania milionów dolarów na wymyślne efekty specjalne. It Follows miast wylewać na nas kubły sztucznej krwi, skutecznie przeraża nas najgłębszymi egzystencjalnymi lękami, dręczącymi ludzkość od jej zarania. Strach przed śmiercią, seksem czy intymnością został w Coś za mną chodzi pomysłowo ujęty w ramę nieustannie powracającego koszmaru.


          Reżyserem i autorem scenariusza It Follows jest David Robert Mitchell. Twórca obrazu zbudował pomysł na film w oparciu o pewien ciągle mu się śniący w okresie dorastania koszmar. W owym śnie przyszły reżyser był niezmordowanie prześladowany przez bliżej nieokreśloną nadprzyrodzoną siłę. Mitchell napisał scenariusz do Coś za mną chodzi rozwijając pierwotny pomysł w wieloznaczną i niepokojącą fabułę. Film miał swoją premierę na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Cannes w maju 2014 roku. Od tamtego momentu It Follows nie przestaje fascynować i inspirować zarówno krytyków, jak i publiczność, skłaniając do rozlicznych oraz pogłębionych interpretacji.


          Protagonistką Coś za mną chodzi jest młodziutka Jay (Maika Monroe), nastolatka, która z napięciem i niecierpliwością chce wreszcie wkroczyć w dorosłość. Bramą do niej prowadzącą jest według Jay seks. Kiedy za sprawą Hugh (Jake Weary) dziewczyna traci dziewictwo, rozpoczyna się właściwy horror. Wkrótce po zbliżeniu Hugh informuje Jay, że przez seksualny akt przekazał jej dalej klątwę. Od tego momentu za dziewczyną będzie podążać niewidziane przez innych tytułowe ‘coś’, które zabije ją, jeśli tylko ją dopadnie. Owa paranormalna istota może przybrać formę kogoś znajomego, ale może też być kimś obcym w tłumie. Aby pozbyć się klątwy, Jay przez seks musi przekazać ją komuś innemu. W tej, wydawałoby się, sytuacji bez wyjścia wspierają zdesperowaną bohaterkę jej siostra Kelly (Lili Sepe) oraz najbliżsi przyjaciele: Yara (Olivia Luccardi) oraz Paul (Keir Gilchrist). Czy dziewczyna ucieknie przed przeznaczeniem?


          It Follows jest od początku do końca bezbłędnie skonstruowanym horrorem. Film ani na chwilę nie traci swojego napięcia, zdjęcia i obsada są znakomite, a fabuła oryginalnie rozwija się z właściwą koszmarowi logiką. Coś za mną chodzi jest ogromnym osiągnięciem od strony wizualnej. Fenomenalnie też buduje odpowiedni klimat bycia w potrzasku. Przede wszystkim jednak na film można również popatrzeć jak na wieloznaczną parabolę. Wielu komentatorów zwraca uwagę na seks i intymność, jako na wątki kluczowe w interpretacji tego dzieła. Dla głównej bohaterki seks miał być wejściem w dorosłość, osiągnięciem wolności w pewnym osobistym wymiarze. Stał się jednak traumą, początkiem nieszczęścia. Zamiast poczucia wolności Jay znalazła się w pułapce klątwy, będącej konsekwencją seksualnego aktu. It Follows wskazuje tym samym na wielorakość skutków życia erotycznego, które zamiast spełnienia może przynieść także lęk i frustrację. Obraz tym samym w paraboliczny sposób pokazuje seks jako źródło odwiecznych obaw przed bólem i chorobą.


          Silniejszy niż lęk przed seksem (jako źródłem klątwy) jest w Coś za mną chodzi lęk przed śmiercią, będącą nieuniknioną konsekwencją klątwy. W filmie Mitchell’a ten strach opada ludzi bardzo młodych, dzieci właściwie. Na tym lęku budowane jest w filmie całe napięcie, a bierze się ono głównie ze skontrastowania nieustannie kroczącej w naszym kierunku śmierci z młodością, która powinna być jeszcze na przeciwległym biegunie życia. Strach przed ostatecznym unicestwieniem punktowany jest w filmie cytatami o nieuchronności śmierci z poezji T.S. Elliota oraz Idioty Fiodora Dostojewskiego. Najbardziej frapującym elementem w filmie jest jednak nieobecność w nim osób dorosłych, rodziców bohaterów. Jeśli się już pojawiają, to na chwilę i tylko w tle, niezdolni do jakiejkolwiek pomocy dzieciom. Częściej zresztą ukazują się w negatywnej roli, niczym zjawy z przeszłości. Młodzi protagoniści It Follows muszą zatem liczyć tylko na siebie, starając się rozwiązać problemy, które sami swoim postępowaniem stworzyli. Kluczowe pytanie brzmi: czy te problemy w ogóle by istniały, gdyby dorośli byli bardziej obecni w ich życiu?