18 kwietnia 2015

Tiny Furniture (Mebelki). W próżni między młodością a dorosłością.

          Mebelki można śmiało potraktować jako prolog do niesamowicie popularnego serialu HBO Girls (Dziewczyny). Film z serialem łączy osoba Leny Dunham, twórczyni Dziewczyn oraz reżyserki i scenarzystki obrazu Tiny Furniture. Mebelki to właściwie cykl skeczy obracających się wokół codziennego życia głównej bohaterki Aury (w tej roli sama Lena Dunham). Aura właśnie wróciła z college’u do rodzinnego domu i nie za bardzo wie, co dalej zrobić z własnym życiem. Szybko poznajemy jej najbliższą rodzinę, a także krąg dawnych i nowych znajomych, spośród których wytrwali fani serialu Dziewczyny szybko rozpoznają bohaterów słynnej produkcji HBO.


          To właśnie niezależny komediodramat Tiny Furniture pozwolił jego scenarzystce oraz reżyserce w jednej osobie Lenie Dunham na zaistnienie w wielkim świecie amerykańskiego showbiznesu. Obraz został nakręcony w 2009 roku za jedyne 65 tys. dolarów, które Dunham wyciągnęła od swoich rodziców. To w zupełności wystarczyło. Wrodzony aktorski talent Leny, a także jej znakomite ucho do dialogów szybko zwróciły uwagę wybitnego amerykańskiego producenta oraz reżysera znanych komedii Judda Apatowa (40-letni prawiczek, Wpadka). W ten sposób poczęty został głośny serial Dziewczyny. Za Mebelki Lena Dunham otrzymała też prestiżowe Independent Spirit Award za najlepszy pierwszy scenariusz, a wszystko to w wieku zaledwie 24 lat…


          Protagonistka Tiny Furniture Aura nie ma lekko po powrocie ze studiów w rodzinne pielesze. Szybko zaostrza się jej konflikt z matką Siri (w tej roli Laurie Simmons, rzeczywista matka Leny Dunham) oraz z młodszą siostrą Nadine (Grace Dunham, również siostra Leny w realnym świecie). Cała trójka mieszka w lofcie na Manhattanie w Nowym Jorku, utrzymywana z pieniędzy matki-odnoszącej sukcesy fotografki. Aura również chciałaby być znana, ona także ma artystyczne ambicje. Na sam początek jednak szuka pracy i odnawia dawne znajomości (m.in. z koleżanką z czasów dzieciństwa Charlotte-w tej roli znana z Girls Jemima Kirke). Dla Aury ukończenie college’u oznaczało również zerwanie z ówczesnym chłopakiem, stąd 22-letnia dziewczyna poszukuje w Nowym Jorku, poza pracą oczywiście, materiału na nowego partnera. Wszystko to nakręcone jest w serii bardzo zabawnych scen-skeczy, w których to samym bohaterom wcale nie jest do śmiechu.


          Z Tiny Furniture przebija ten sam komediowy talent, który Lena Dunham prezentuje nam w swoim kultowym już serialu Dziewczyny. Najzabawniejsze w filmie są momenty, w których główna bohaterka jest śmiertelnie poważna, całkowicie na serio mierząc się z problemami typowej 22-latki. Aura wydaje się być w głębokim dołku. Czas tuż po skończeniu studiów, a jeszcze przed pierwszą poważną pracą to bardzo niestabilny, rozchwiany okres. Wie to każdy, kto kiedykolwiek w swoim życiu znalazł się w tej próżni pomiędzy młodością a dorosłością, rozdarty między zależnością od rodziców a odpowiedzialnością za swoje życiowe wybory. Lena Dunham znakomicie potrafi wycisnąć komizm z nawet najbardziej beznadziejnych, stresujących sytuacji, przekuwając desperację oraz stracone złudzenia swojego pokolenia w obosieczny miecz wysokiej klasy humoru. Cięte, ironiczne dialogi to tylko jeden z atutów jej wcześnie rozwiniętego warsztatu. To, co najbardziej zadziwia oraz fascynuje w jej filmie, to umiejętność jednoczesnego rozśmieszania i zarazem zawstydzania widza. Aura chce być po prostu, jak zresztą każdy z nas, szczęśliwa oraz spełniona. W drodze jednak do realizacji tego celu dziewczyna najzwyczajniej popełnia błędy, ośmiesza się, zdradza swoje rozliczne wady i słabości. My, widzowie, jesteśmy rozbawieni tymi spektakularnymi potknięciami bohaterki Mebelków, rozpoznając w nich jednocześnie swoje własne wstydliwe sekrety.


          Nakręcony w całkowicie niezależnych warunkach Tiny Furniture otworzył Lenie Dunham drogę do sławy i wielkiej kariery na srebrnym ekranie. O ile Dziewczyny z HBO są już produktem znacznie bardziej wykoncypowanym oraz dostosowanym do oczekiwań telewizyjnego mainstream’u, o tyle Mebelki prezentują wizję świata bez zbędnych dekoracji czy nadmiernego makijażu. Film zrobiony został za śmieszne pieniądze, sceny nakręcono w rodzinnym mieszkaniu Leny z udziałem jej prawdziwej matki, siostry oraz najbliższych przyjaciół i znajomych. Tiny Furniture spełniają wszelkie kryteria niezależnej produkcji, dając jej autorce to, co najważniejsze w tego rodzaju kinie: niczym nieskrępowaną swobodę kreacji. Lena Dunham perfekcyjnie wykorzystała tę twórczą wolność, doskonale wiedziała co chce przekazać, i potrafiła swój przekaz ująć w klarowny, dojrzały styl. Jednym słowem: wygrała.



5 kwietnia 2015

Frances Ha. Woody Allen w spódnicy.

          Nakręcona w czerni i bieli Frances Ha budzi jednoznaczne skojarzenia z filmem Manhattan Woody’ego Allena z 1979 roku. Powody? Po pierwsze: miejce akcji, czyli współczesny Nowy Jork. Po drugie: inteligentne, ale nie przeintelektualizowane, nabrzmiałe naturalnym humorem dialogi. Po trzecie: typ bohatera, w tym wypadku to jednak nie neurotyczny intelektualista w średnim wieku, ale 27-letnia aspirująca tancerka, obarczona jednakże rozlicznymi problemami, tak natury emocjonalnej, jak i czysto ekonomicznej. Frances Halladay stara się w średnio przyjaznym Nowym Jorku związać jakoś koniec z końcem oraz poukładać swoje relacje z najbliższymi znajomymi. Tak jak allenowski Isaac Davis z Manhattan’u, Frances wydaje się mocno pogubiona w swoim życiu, niepewna siebie oraz swoich możliwości. To właśnie owo emocjonalne i zawodowe jednocześnie zapętlenie zbliża pozornie nieprzystających do siebie protagonistów z dwóch różnych czarno-białych filmów o Nowym Jorku.


          Frances Ha jest kolejnym obrazem ikony amerykańskiego kina niezależnego Noah Baumbacha, tak jak Woody Allen zresztą mającego żydowskie korzenie. Baumbach napisał scenariusz filmu do spółki z odtwórczynią głównej roli Gretą Gerwig, z którą współpracował już przy okazji swojego poprzedniego dzieła, czyli obrazu Greenberg z Benem Stillerem w roli głównej. Frances Ha została bardzo dobrze przyjęta na Telluride Film Festival (premiera) oraz Toronto Film Festival w 2012 roku, ze szczególnym wyróżnieniem dla Grety Gerwig za jej performance w tytułowej roli. Gerwig otrzymała za tę interpretację w 2014 roku nominację do Złotego Globu w kategorii najlepsza aktorka w komedii/musicalu.


           Frances Halladay (Gerwig), protagonistka komediodramatu, jest 27-letnią tancerką z miernymi perspektywami na karierę zawodową w jednej z nowojorskich szkół tańca. W życiu prywatnym właśnie zrywa ze swoim chłopakiem, skupiając się na swojej relacji z najlepszą przyjaciółką Sophie (Mickey Sumner). Sophie wystawia jednak Frances do wiatru wyprowadzając się z ich wspólnego mieszkania na Brooklynie do swojej wymarzonej lokalizacji w innej części miasta. Frances zaczyna więc swoją peregrynację po Nowym Jorku, przenosząc się z miejsca na miejce oraz borykając się z ciągłymi finansowymi problemami. Jesteśmy świadkami dalszych zmagań Frances w walce o zawodową realizację jej głównej pasji, czyli tańca oraz ewolucji relacji z Sophie. Niejako mimochodem poznajemy też barwną galerię mieszkańców Nowego Jorku, których na swojej drodze poznaje bohaterka.


          Jednym Frances Ha może kojarzyć się z Woodym Allenem, innym natomiast z serialem HBO Girls (Dziewczyny) Leny Dunham. Dziewczyny bliższe są filmowi Baumbacha o tyle, o ile stanowią portret współczesnych dwudziestoparoletnich kobiet próbujących zaistnieć w wielkiej metropolii, jaką jest Nowy Jork. To, co jednak odróżnia kreację Grety Gerwig od bohaterek serialu Leny Dunham to zupełny brak pewności siebie, kiepska asertywność oraz ogólne mentalne ‘niepozbieranie’ Frances Halladay. Protagonistki Dziewczyn potrafią wyrzucać z siebie z prędkością karabinu maszynowego pełne pogardy i pewności siebie osądy na temat stanu świata oraz zachowania innych ludzi. Bohaterka obrazu Baumbacha robi natomiast wrażenie zdezorientowanej, pogubionej, niepewnej każdego wypowiedzianego przez siebie zdania. W ten sposób postać Frances Halladay wydaje się być zdecydowanie bliżej rzeczywistości niż wygadane i pyskate kreacje Leny Dunham. Taka ‘swojskość’ czy też naturalizm heroiny jest niezaprzeczalnie dużym osiągnięciem aktorki Grety Gerwig, która stworzyła niezwykle uniwersalną postać, utkaną z własnych doświadczeń, lęków i ograniczeń.


          Frances Ha stanowi też ciekawą panoramę artystycznego Nowego Jorku, w którym na bycie artystami mogą pozwolić sobie tylko ludzie naprawdę bogaci. Cała reszta natomiast klepie słodką biedę, starając się, tak jak główna bohaterka, gdzieś na stałe zaczepić. Pod postacią dwóch znajomych Frances z Chinatown (u których dziewczyna chwilowo pomieszkuje) mamy z kolei mały rzut oka na współczesną kulturę ‘hipsterów’. Lev (w tej roli znany też z Girls Adam Driver) oraz Benji (Michael Zegen) oferują naszej protagonistce zupełnie inną perspektywę na życie, w ramach której wszystko toczy się niespiesznie, bez przesadnej troski o pieniądze na utrzymanie (które zawsze dostarczą w końcu rodzice). Lev i Benji spędzają czas na swojej radosnej artystycznej twórczości (jeden jest początkującym malarzem, drugi scenarzystą), gromadzeniu rozmaitych wytworów kultury w swoim apartamencie, a także oglądaniu francuskich filmów (Benji) lub sypianiu z licznymi jednonocnymi znajomościami (Lev). Frances Ha jest przykładem bardzo szczerego, naturalistycznego w warstwie dialogowej oraz zanurzonego głęboko we współczesności kina, będącego jednocześnie wypadkową wpływu twórczości Woody’ego Allena z jednej strony, a francuskiej Nowej Fali z drugiej. To także interesująca alternatywa dla skrajnie popularnych Dziewczyn Leny Dunham.


28 marca 2015

Mud (Uciekinier). Mark Twain w XXI wieku.

          Uciekinier mógłby z powodzeniem być ekranizacją którejś z powieści Marka Twaina. Film Jeffa Nicholsa to opowieść o dorastaniu dwóch chłopców na Południu Stanów Zjednoczonych. Ellis oraz Neckbone żyją nad rzeką Arkansas, dopływem Missisipi. Ich dojrzewanie ma za tło bujną, ale też niebezpieczną przyrodę tych terenów. Kiedy w okolicy pojawia się obcy, tytułowy Mud (Matthew McConaughey), chłopcy wikłają się w przygodę godną Toma Sawyera lub Hucka Finna.


          Uciekinier jest trzecim w pełni autorskim obrazem Jeffa Nicholsa, następnym po znakomitym Take Shelter z 2011 roku. Film miał swoją premierę na festiwalu w Cannes w maju 2012 roku, na którym to walczył w konkursie głównym. Obraz został szczególnie doceniony w Stanach Zjednoczonych za wiarygodny oraz nostalgiczny po trosze portret amerykańskiego Południa. W filmie wybija się przede wszystkim znakomita kreacja Matthew McConaughey’ego w tytułowej roli oraz interpretacje dwójki młodych protagonistów (Tye Sheridan jako Ellis i Jacob Lofland jako Neckbone). Warto również zwrócić uwagę na obecność w obsadzie Sama Sheparda oraz Michaela Shannona w drugoplanowych rolach.


          Życie dwojga młodych chłopców, mieszkających w domach zbudowanych na rzece Arkansas, ulega diametralnej zmianie w momencie, gdy na pobliskiej rzecznej wysepce spotykają tytułowego uciekiniera o imieniu Mud (McConaughey). Mud wyjaśnia nastolatkom, że przybył w te strony, aby spotkać się ze swoją ukochaną Juniper (Reese Witherspoon) i razem wyjechać daleko stąd. Ellis oraz Neckbone zgadzają się pomóc przybyszowi w zorganizowaniu wyprawy oraz naprawie potrzebnej do tego łodzi. Pośredniczą również w wymianie informacji między Mud’em a przebywającą w pobliskim miasteczku Juniper. Szybko jednak okazuje się, że Mud nie mówi chłopcom całej prawdy, a jego przeszłość ma mocno kryminalne zabarwienie.


          Uciekinier jest swoistym hołdem, złożonym przez reżysera filmu krainie jego dzieciństwa. Arkansas z obrazu Nicholsa przypomina pejzaż żywcem wyjęty z powieści Marka Twaina. Tak samo jak najpopularniejsze narracje tego wybitnego amerykańskiego powieściopisarza, Mud jest dziełem opowiadającym przede wszystkim o niełatwym dojrzewaniu nastoletnich bohaterów w ciągle zmieniającym się otoczeniu. Życie w chacie zbudowanej na rzece zawsze ma przejściowy charakter, a losy ludzi związanych z wartką wodą dzielą jej rozliczne meandry. Młodzi bohaterowie filmu, Ellis oraz Neckbone, przyzwyczajeni są do tego, że wielka rzeka jest źródłem utrzymania dla ich rodzin, nie znają innego życia, a miasto nie daje im takich możliwości eksploracji. Spotkanie z wiecznie tułającym się Mud’em pozwala obu chłopcom zrozumieć jak niestały i pełen rozczarowań może być ludzki los.


          Matthew McConaughey w tytułowej roli jest bez wątpienia centralną postacią w filmie. To jego historia napędza całą fabułę oraz dostarcza pierwszorzędnego napięcia, a także akcji. Jego postać z Uciekiniera budzi oczywiste skojarzenia z figurą Jima, zbiegłego czarnego niewolnika z powieści Przygody Hucka Marka Twaina. I choć czasy nieodwracalnie się zmieniły, archetyp wciąż żyje w zbiorowej świadomości, a osoba nie mogącego znaleźć swojego miejsca, wiecznie się tułającego outsidera jest niewątpliwie jednym z archetypów naszej kultury, bez względu na miejsce, czasy czy kolor skóry. Uciekinier jest pięknym filmem, który rzuca światło na to, dlaczego niektóre jednostki wyrzucone zostają na margines społeczeństwa oraz na to, jak sobie radzą, aby najzwyczajniej przetrwać, mimo wszystko.



8 marca 2015

Whiplash. W pogoni za perfekcją.

          Mówi się, że muzyka łagodzi obyczaje. Ta powtarzana przez wszystkich opinia nijak nie ma zastosowania do amerykańskiego filmu Whiplash. Należałoby więc albo zrewidować ten komunał, albo wyjąć spod jego mocy muzykę jazzową. Tak się bowiem składa, że w Whiplash główny bohater, początkujący perkusista jazzowy Andrew, ma za nauczyciela dziką, sadystyczną bestię, a nie człowieka. Terence Fletcher, dyrygent orkiestry w konserwatorium, do którego uczęszcza Andrew, daleki jest od stereotypu rozmiłowanego w muzyce, spokojnego melomana; bliżej mu natomiast do figury poganiacza niewolników, tudzież specjalizującego się w psychicznych torturach agenta bezpieki. Powstaje zasadnicze pytanie: na ile Whiplash jest filmem o muzyce, a na ile studium zezwierzęcenia ludzkiej natury?


          Whiplash to drugi pełnometrażowy obraz młodego amerykańskiego reżysera Damiena Chazelle’a (rocznik 1985). Chazelle miał początkowo problemy z zebraniem funduszy na film, dlatego w 2013 roku powstał krótkometrażowy obraz pod tym samym tytułem, będący fragmentem oryginalnego scenariusza, napisanego przez samego Chazelle’a. Krótki metraż zdobył w 2013 roku na Sundance Film Festival Główną Nagrodę Jury w swojej kategorii, co umożliwiło jego twórcy sfinansowanie pełnometrażowego projektu. W następnej edycji festiwalu Sundance (2014) Whiplash zgarnął wszystkie liczące się nagrody w konkursie dramatycznym, w tym Główną Nagrodę Jury oraz Nagrodę Publiczności. Zwieńczeniem powszechnego triumfu obrazu było aż 5 nominacji do nagród Amerykańskiej Akademii Filmowej, w tym w kategorii najlepszy film roku oraz najlepszy scenariusz adaptowany. Ostatecznie film Chazelle’a otrzymał 3 statuetki Oscara: dla najlepszego aktora drugoplanowego dla J.K. Simmons’a oraz za najlepszy dźwięk i montaż.


          Damien Chazelle oparł napisany przez siebie scenariusz na własnych doświadczeniach ze szkoły muzycznej; dla potrzeb dramaturgii filmu twórca demonizuje jednak postać nauczyciela w fikcyjnym nowojorskim konserwatorium, do którego uczęszcza protagonista obrazu Andrew (świetny Miles Teller). Ów dyrygent orkiestry - Terence Fletcher (budzący postrach J.K. Simmons, nagrodzony za tę rolę wszystkimi możliwymi w Ameryce i poza nią laurami, z Oscarem i Złotym Globem włącznie) - ma bardzo jasną wizję swojej pedagogicznej misji. Polega ona na bezwzględnym zmuszaniu podopiecznych do ciągłego przekraczania ich własnych ograniczeń tak, aby wyhodować w finale geniusza, który zachwyci swą grą cały jazzowy świat. Młody Andrew ma taką właśnie ambicję sięgnięcia geniuszu, dlatego przyjmuje wyzwanie na zasadach narzuconych przez swojego nauczyciela. W konsekwencji obserwujemy na ekranie spływającą potem i krwią, morderczą walkę o zaistnienie w muzycznym świecie.


          Obraz Chazelle’a skonstruowany jest jak najlepszej klasy thriller, w którym widz staje się świadkiem pojedynku uczeń-nauczyciel, prowadzonego niemalże na śmierć i życie. Nauczyciel (Fletcher) nie zadowala się dobrym wykonaniem, w pogoni za perfekcją ucieka się do werbalnego obrażania, policzkowania, a nawet rzucania przedmiotami w swoich studentów. Andrew nie jest zainteresowany przeciętną drogą rozwoju amerykańskiego nastolatka, w miejsce randek z dziewczyną preferuje wielogodzinne, wykańczające go fizycznie sesje gry na perkusji, a wszystko to, aby dorównać najlepszym jazzowym perkusistom w historii. Film zmusza nas do ciągłego zadawania sobie pytania: czy warto? Czy lepiej być samotnym i w pojedynkę ścigać własną ambicję bycia genialnym, czy może lepiej szukać spełnienia w życiu osobistym, wśród bliskich i przyjaciół? Andrew ma gotową odpowiedź na ten dylemat, a jego upór oraz poświęcenie w dążeniu do celu wprost zdumiewają. Whiplash prezentuje nam wypaczoną, iście sadomasochistyczną wersję amerykańskiego snu, w którym nie ma już miejsca na nic poza bezwzględną realizacją wymarzonego celu.


          Muzyka jazzowa w obrazie Chazelle’a staje się tylko pretekstem do przedstawienia skrajnie indywidualnej historii zmagania się z własną, nieubłaganą naturą. Jazz jest tylko przyjemnym dodatkiem, dźwiękową scenerią dla dramatu ludzkiej chimery. Chimerą natomiast stają się po kolei wszystkie ludzkie marzenia, pragnienia i usiłowania, stopniowo zamieniając pełnego wad oraz słabości człowieka w przypominającą maszynę bestię, zaprogramowaną według kodu perfekcji. Z Whiplash nie dowiemy się niczego nowego o muzyce, o jazzie, posiądziemy natomiast pełne spectrum możliwości ludzkiej transgresji. Nic tak przecież nie kontrastuje ze zezwierzęceniem natury człowieka, jak kojąca moc tworzonej przez niego muzyki.


21 lutego 2015

Me and You and Everyone We Know (Ty i ja, i wszyscy, których znamy). Ocierając się o skandal.

          Ekscentryczny, wyjątkowy, ryzykowny… Te trzy przymiotniki najlepiej streszczają fabułę debiutanckiego filmu reżyserki, artystki i performerki Mirandy July. Ekscentryczna jest główna bohaterka obrazu, Christine Jesperson, grana w filmie przez samą reżyserkę. Jej zachowanie oraz, szerzej, podejście do życia mocno odbiegają od przeciętnej amerykańskiego miasteczka, w którym przyszło jej mieszkać. Wyjątkowy jest użytek, jaki ze swej sztuki czyni Christine. Sztuka performance’u, którą para się nasza protagonistka, jest dla Christine niekonwencjonalnym sposobem nawiązania konwencjonalnego kontaktu z otoczeniem, próbą odkrycia nowych kanałów komunikacji. Ryzykowne są wreszcie podejmowane w filmie wątki i tematy, a połączenie flirtu/seksu z dziecięcą oraz nastoletnią obsadą jest na amerykańskim gruncie mieszanką iście wybuchową. Miranda July wyszła jednak z opałów obronną ręką.


          Ty i ja, i wszyscy, których znamy miał swoją premierę na Sundance Film Festival w 2005 roku, gdzie film walczył w konkursie głównym. Miranda July, reżyserka obrazu i zarazem autorka jego scenariusza, otrzymała w Park City Specjalną Nagrodę Jury za oryginalność wizji. Film został też powszechnie doceniony na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Cannes, na którym jego autorka wyróżniona została m.in. Złotą Kamerą (Caméra d’Or) za najlepszy debiut.


          Me and You and Everyone We Know ma właściwie dwoje protagonistów. Z jednej strony mamy Christine (w tej roli sama Miranda July), artystyczną performerkę, która zarabia na życie jako kierowca seniorów. Christine szuka miłości, tak jak szuka uznania dla swojej sztuki. Z drugiej strony mamy Richarda (John Hawkes), sprzedawcę w sklepie z obuwiem w tym samym mieście. Richard jest w trakcie separacji z żoną, z którą ma dwóch synów. To właśnie utraty rodziny najbardziej boi się Richard. Christine i Richard spotykają się w sklepie, a ich światy, a także światy wszystkich tych, których znają, zaczynają krążyć wokół, przecinać się, zazębiać. Wkrótce, na naszych oczach, powstaje całkiem nowa, ciekawa, ludzka konstelacja.


          Debiut Mirandy July to film nie dla każdego. Twórczyni dzieła operuje specyficznym, sobie tylko właściwym, artystycznym językiem. Jej postrzeganie świata, ludzkich interakcji, czy wreszcie skupienie się w wielu momentach na - z pozoru - zwyczajnych detalach przedstawionego świata może budzić zdziwienie, a nawet lekkie poirytowanie. Swoją autorską wizją reżyserka świadomie prowokuje widza i wystawia go na swoistą próbę charakteru…Wszystko to jednak przemawia na korzyść dzieła, albowiem zmusza nas, widzów, do spojrzenia na życie z zupełnie innej, nieco bardziej ekscentrycznej perspektywy. Celebracja chwili, momentu porozumienia, rozmowy, kontaktu między dwojgiem ludzi to swoiste centrum świata w Ty i ja, i wszyscy, których znamy. To, że wszyscy szukamy bliskiej, autentycznej relacji z drugim człowiekiem wie, świadomie bądź nie, prawie każdy. Mało kto jednak zastanawia się w jakiej sytuacji, w jakim kontekście, na jakich warunkach dochodzi do kluczowego zbliżenia między dwojgiem ludzi. Ten właśnie wysiłek podejmuje Miranda July, a jego efekty godne są głębszej refleksji.


          Nie sposób też odmówić reżyserce filmu ogromnej odwagi. Miranda July stąpa bowiem w swoim dziele po krawędzi urwiska, z którego bardzo łatwo - szczególnie w Stanach Zjednoczonych - stoczyć się w oskarżenia o przemycanie wątków pedofilskich. Autorka wychodzi jednak z tematu inicjacji seksualnej wśród nieletnich z obronną reką, podchodząc do tego ryzykownego motywu z typową dla siebie delikatnością oraz wyjątkowością spojrzenia. To właśnie oryginalność, a nawet poetyckość wizji July ratuje film przed popadnięciem w żenującą dosłowność, która mogłaby się zakończyć dla artystki prawdziwą wizerunkową katastrofą w rodzimym kraju. Me and You and Everyone We Know i tak otrzymał w Stanach Zjednoczonych najwyższą kategorię wiekową (R), za seksualne treści z udziałem nieletnich, film został jednak właściwie odczytany i doceniony przez amerykańskich krytyków, a na głowę reżyserki nie spadły kalumnie o domniemanym propagowaniu pedofilii, co w USA zdarza się częściej niż powinno. Warto jednak pamiętać, że to, co uchodzi i jest właściwie odbierane na gruncie amerykańskiego kina niezależnego, nie może już liczyć na taką samą dozę zrozumienia i pobłażliwości w przypadku twórców kina głównego nurtu. Stosowanie podwójnych moralnych standardów przy ocenie filmów niezależnych i tych z mainstreamu stanowi prawdziwą plagę amerykańskiej kinematografii, a cała ta artystyczna hipokryzja uprawiana jest oczywiście w imię zasad politycznej poprawności.


          Niezaprzeczalną siłą Ty i ja, i wszyscy, których znamy jest podejście bez uprzedzeń do typowo ludzkich zachowań, otwarte potraktowanie kontrowersyjnych wątków, bez poczucia konieczności kamuflowania niewygodnych tematów. Oglądając film July mamy wrażenie, że patrzymy na świat oczami kogoś spoza znanej nam dobrze rzeczywistości, kogoś niewinnego i zarazem zdziwionego, ale też zachwyconego szeroko pojętym uniwersum. Bardzo rzadko we współczesnym kinie mamy możliwość obcowania z podobną wizją.


7 lutego 2015

Beginners (Debiutanci). 75 lat w szafie.

          Debiutanci to film potwierdzający prawdziwość wyświechtanego powiedzenia, że lepiej późno niż wcale. Główni protagoniści obrazu bardzo późno dojrzewają do odpowiedzi na kluczowe pytanie: jak żyć? Grany przez Ewana McGregora Oliver Fields w wieku 38 lat wciąż lęka się poważnego związku z kobietą. Za wzór do naśladowania może mu jednak posłużyć jego ojciec Hal (Christopher Plummer), który w wieku 75 lat, wkrótce po śmierci żony, oświadcza synowi i znajomym, że jest gejem. Co więcej, Hal przez całe 44 lata małżeństwa czuł się homoseksualistą, czasy nie były jednak sprzyjające… Hal wie doskonale, że nie może dłużej zwlekać, a gejem czysto teoretycznie być nie chce. Debiutanci są zapisem przekraczania Rubikonu dojrzałości i prawdy o sobie. To komediodramat o tym, że w życiu każdego człowieka, prędzej czy później, dochodzi do zasadniczego przełomu, kiedy to zaprzestajemy walki z własną naturą i poddajemy się wreszcie jej nakazom.


          Debiutanci to drugi po Rodzince (Thumbsucker, 2005) fabularny obraz reżysera, scenarzysty i grafika Mike’a Mills’a. Film miał swoją premierę na Toronto Film Festival we wrześniu 2010 roku. Furorę w świecie filmowym, i nie tylko, zrobiła kreacja Christophera Plummera, który wcielił się w filmie w postać Hala Fields’a, mężczyzny przeżywającego swój coming out grubo po 70-tce. Interpretacja ta przyniosła 82-letniemu wtedy aktorowi Złotego Globa oraz Oscara za najlepszą drugoplanową rolę męską na ceremonii rozdania nagród Amerykańskiej Akademii Filmowej w 2012 roku. Christopher Plummer stał się niniejszym najstarszym aktorem w oscarowej historii, któremu przyznano to wyróżnienie.


          Centralną postacią Debiutantów jest jednak nie Hal Fields, lecz jego syn Oliver (Ewan McGregor). Oliver jest jednocześnie narratorem historii, splatając ze sobą w filmie trzy różne, ale ściśle ze sobą powiązane opowieści. W formie krótkich retrospekcji Oliver opowiada nam o niedobranym związku swoich rodziców, sięgając daleko do przeszłości, aż po pruderyjne lata 50-te. Drugą narrację stanowi historia coming out’u ojca po śmierci matki, Georgii, na raka. Oliver snuje swoją opowieść w 2003 roku, krótko po śmierci ojca, którego ostatnie lata życia wspomina z mieszaniną czułości i niedowierzania. Jest to też moment, kiedy poznaje on na przyjęciu interesującą dziewczynę Annę (Mélanie Laurent), aktorkę francuskiego pochodzenia. Nasz narrator powoli zakochuje się w dziewczynie, a historia tej relacji stanowi trzecią, kluczową w filmie opowieść.


          Wątek coming out’u 75-letniego ojca głównego bohatera filmu może wydawać się dość ekscentryczny i czysto fikcyjny. Historia ta jednakże ma oparcie w rzeczywistości: Mike Mills stworzył postać Hala Fields’a wzorując się na życiu i doświadczeniach własnego ojca, który również przyznał się do swojego homoseksualizmu po 70-tce, niedługo po zgonie matki reżysera. Debiutanci są więc w znacznej mierze filmem na motywach autobiograficznych, a postać protagonisty obrazu, Olivera Fields’a, możemy traktować po troszę jako porte-parole samego reżysera. Filmowy Oliver jest z zawodu grafikiem, rysującym w filmie ‘historię smutku’, jest to też zajęcie, którym para się na co dzień sam Mike Mills.


          Debiutanci stanowią niezwykle interesującą próbę opisania oraz porównania ze sobą dwóch różnych pokoleń w historii: generacji sprzed rewolucji seksualnej (kreacja Christophera Plummera), oraz tej, która przyszła już po przełomowych latach 60-tych (postać grana przez Ewana McGregora). Historia Hala Fields’a ma odzwierciedlenie w powszechnej praktyce zakładania rodzin przez homoseksualistów, obecnej zresztą po dzień dzisiejszy. Różnica pomiędzy czasami współczesnymi, a latami 50-tymi XX wieku polega na zarzuconym obecnie przekonaniu (przynajmniej w bardziej oświeconych kręgach), że homoseksualizm jest dewiacją, którą można wyleczyć, a najlepszą formą jej kuracji jest naturalnie wejście w małżeńskie stadło. Tysiące mężczyzn takich jak Hal zakładało więc rodziny, prowadząc często podwójne życie i unieszczęśliwiając tym skutecznie siebie oraz swoje połowice. Hal Fields jest reprezentantem pokolenia latami tłumiącego swoją prawdziwą seksualność, realizującego się lepiej w życiu zawodowym niż osobistym. Hal, w odróżnieniu od innych mężczyzn, pozostał wierny swojej żonie Georgii (Mary Page Keller), a z szafy wyszedł dopiero po jej śmierci. Aby nadrobić stracony czas, Hal znajduje sobie dużo młodszego od siebie partnera, Andy’ego (Goran Visnjic), i celebruje towarzysko swoją orientację przy dźwiękach muzyki techno. Postawa to bardziej budująca, czy może raczej komiczna? W założeniu, przypuszczam, chodziło o jedno i drugie.


          Oliver Fields (McGregor) z kolei to głos pokolenia współczesnych 30-sto i 40-stolatków, osób bardzo późno lub zgoła wcale nie dojrzewających. Oliver jest naturalnie skonfundowany deklaracją swojego ojca, ale akceptuje jego decyzję, troskliwie się nim opiekując w jego ostatnich latach życia, naznaczonych walką z postępującym rakiem płuc. Wygląda na to, że szeroka wolność wyboru, jaką mają obecne pokolenia, prowadzi do poważnych problemów z dokonaniem jakiegokolwiek życiowego wyboru. Dominujący sceptycyzm, przekonanie o nietrwałości i przejściowości wszelkich więzi, czy wreszcie lęk przed emocjami oraz zaufaniem drugiej osobie, to najważniejsze przeszkody stojące na drodze powodzenia romantycznej przygody Olivera i Anny. Niewątpliwie mamy obecnie wiele wyobrażeń na temat tego, jak powinna wyglądać idealna relacja, stąd każda rzeczywistość musi zblednąć w obliczu wymagań naszej imaginacji. A może jest tak, jak utrzymuje sam Oliver: nasz dobrobyt pozwala nam na pogrążanie się w smutku, na co nasi rodzice nie mieli po prostu nigdy czasu. Nie od rzeczy więc najmądrzejszą postacią w Debiutantach wydaje się być pupil głównego bohatera Arthur (grany przez świetnie wytresowanego psa rasy Jack Russell o imieniu Cosmo). Arthur w filozoficzny sposób przygląda się perypetiom swojego pana, komentując jego decyzje i zachowania, a także zastanawiając się, czy Oliver zadowoli się żyrafą, czy raczej będzie dalej czekał na lwa.


Cytat z filmu:

Hal: Well, let's say that since you were little, you always dreamed of getting a lion. And you wait, and you wait, and you wait, and you wait but the lion doesn't come. And along comes a giraffe. You can be alone, or you can be with the giraffe.

Oliver: I'd wait for the lion.

Hal: That's why I worry about you.

Hal: Powiedzmy, że odkąd byłeś mały, zawsze marzyłeś o dostaniu lwa. I czekasz, czekasz, czekasz, ale lew się nie pojawia. Ale pojawia się żyrafa. Możesz być sam, lub być z żyrafą.

Oliver: Czekałbym dalej na lwa.

Hal: Właśnie dlatego się o Ciebie martwię.

31 stycznia 2015

Little Miss Sunshine (Mała miss). Zwycięzcy i przegrani.

          Sny, marzenia, iluzje... Tradycyjne amerykańskie wartości, kultura współzawodnictwa, indywidualizm, kino drogi... Kalifornia, Nowy Meksyk, konkursy piękności dla małych dziewczynek... Mała miss kondensuje w sobie wszystko to, co zwyczajowo i konwencjonalnie kojarzymy z Ameryką. W tym kraju, jak wszyscy dobrze wiemy, istnieją tylko dwie kategorie ludzi: zwycięzcy i przegrani, winners and losers. Little Miss Sunshine szalenie błyskotliwie ośmiesza ten uproszczony oraz bezduszny podział, czyniąc to w tak lekki i zabawny sposób, że ból niespełnienia oraz gorycz straconych złudzeń bohaterów filmu staje się dla widzów źródłem perwersyjnej uciechy pierwszego rzędu.


         Komediodramat Mała miss jest wspólnym dziełem reżyserskiego tandemu (i małżeńskiej pary jednocześnie): Jonathana Daytona oraz Valerie Faris. Genialny scenariusz obrazu napisał Michael Arndt, dla którego (i doprawdy trudno w to uwierzyć) był  to scenopisarski debiut. Relatywnie tanio nakręcony film okazał się prawdziwym niezależnym hitem, generując ogromne zainteresowanie potencjalnych dystrybutorów już w dniu swojej premiery na Sundance Film Festival w styczniu 2006 roku. Little Miss Sunshine odniósł nie tylko komercyjny sukces w kinach w USA i zagranicą, ale uhonorowany został ponadto aż 4 nominacjami do Oscara, w tym dla najlepszego filmu. Ostatecznie Małej miss przypadły 2 statuetki: za najlepszy scenariusz oryginalny dla Michaela Arndt’a oraz dla Alana Arkina w kategorii najlepsza drugoplanowa rola męska.


          Fabuła Małej miss koncentruje się wokół rodziny Hoover’ów i ich wyprawy z Albuquerque w Nowym Meksyku do Redondo Beach w południowej Kalifornii na konkurs piękności dla małych dziewczynek, w którym udział bierze najmłodsza latorośl rodu, czyli 7-letnia Olive (świetna, nominowana także do Oscara Abigail Breslin). W tej liczącej sobie 700 mil podróży starym żółtym busem marki Volkswagen towarzyszy małej finalistce właściwie cała najbliższa rodzina: ojciec Richard Hoover (Greg Kinnear), kierowca mikrobusa oraz personalny motywator z zawodu, matka Sheryl (Toni Collette, nominowana za tę rolę do Złotego Globu), starająca się utrzymać całą rodzinę we względnej harmonii, starszy brat Dwayne (Paul Dano), uparcie milczący aspirant szkoły lotniczej, poza tym nienawidzący wszystkich zbuntowany nastolatek, następnie mamy dziadka Edwina Hoover’a o niewyparzonej gębie (Alan Arkin), odpowiedzialnego za artystyczny występ wnuczki na konkursie. Wesołą kompanię dopełnia wujek Frank (znakomity Steve Carell), brat Sheryl, gej i akademik specjalizujący się w twórczości Marcela Prousta, świeżo po swojej samobójczej próbie spowodowanej m.in. zawiedzioną miłością. Zgromadzenie całej rodziny na tak niewielkiej przestrzeni familijnego busa staje się nieuniknionym źródłem napięć i tryskających naturalnym komizmem sytuacji.


          Satyryczne kino drogi, jakim niewątpliwie jest Mała miss, stanowi jednocześnie kolejny słodko-gorzki rozrachunek z tzw. amerykańskim snem. Film nie jest tylko celną parodią żałosnych konkursów piękności wśród nieletnich, ale sięga znacznie głębiej, ośmieszając amerykańską kulturę rywalizacji i współzawodnictwa, wyrażającą się najbardziej prostacko w podziale społeczeństwa na wygranych oraz przegranych. W kulturze tej ćwiczone są już małe dzieci, karmione przez rodziców i otoczenie iluzjami wczesnej sławy oraz popularności. Dobrym przykładem takiej postawy jest ojciec małej Olive, Richard Hoover. Jego zawodowy projekt polega właśnie na wkładaniu ludziom do głowy teorii o tym, że każdy może osiągnąć sukces, wystarczy tylko postępować według sprawdzonej receptury, niezawodnego planu kariery, który zaprowadzi nas na sam szczyt, o ile oczywiście nie zabraknie nam po drodze wystarczającej dozy determinacji i uporu w dążeniu do wyznaczonego celu.


          Little Miss Sunshine jest wreszcie wnikliwie podpatrzoną farsą na współczesną amerykańską rodzinę. Hoover’owie są bowiem familią daleką od ideału. Wystarczy tylko rzut oka na nestora rodu, dziadka Edwina, non stop prawiącego sprośności i wciągającego na stronie heroinę, aby mieć wyobrażenie, co nas czeka w trakcie 700 mil podróży z Hoover’ami... Mamy też w filmie do czynienia z dużą dawką indywidualizmu oraz odmienności. Starszy brat Olive, Dwayne jest w końcu tykająca bombą zegarową ze swoją pogardą i nienawiścią do ludzi oraz świata, a także wyglądem skrzywdzonego emo chłopca. Wujek Frank, jak każdy zresztą gej w większości współczesnych produkcji, tak filmowych, jak i telewizyjnych, jest wdzięcznym tematem do niewinnych żartów, od komizmu sytuacyjnego na stacji benzynowej począwszy, a na finałowym truchciku w Redondo Beach skończywszy. Hoover’owie wyglądają nie bez powodu na rodzinę w fazie postępującego rozkładu, a podróż do Kalifornii może być ich ostatnią prostą na drodze do całkowitej degrengolady... Na szczęście dla nas, widzów Mała miss jest filmem, w którym dramat i komedia są umiejętnie wyważone.


Cytat z filmu:

Grandpa: A real loser is someone who's so afraid of not winning he doesn't even try.

Dziadek Edwin Hoover: Prawdziwy ‘loser’ to ktoś, kto tak bardzo boi się przegranej, że nawet nie próbuje.

18 stycznia 2015

Everything Is Illuminated (Wszystko jest iluminacją). Ukraińska odyseja.

          Wszystko jest iluminacją zaczyna się niczym groteskowa farsa. Film wygląda przez pierwszą godzinę seansu jak niepoważny żart na skądinąd bardzo poważny temat. Protagonista obrazu Jonathan (Elijah Wood) przyjeżdża na współczesną Ukrainę, aby dowiedzieć się czegoś więcej o korzeniach swojej żydowskiej rodziny. Jako przewodników po nieznanym sobie kraju dostaje uważającego się za niewidomego dziadka i jego wygadanego wnuka Alex’a, który służy jako tłumacz. Trzej panowie i pies ruszają trabantem w podróż po ukraińskich rozstajach, próbując odnaleźć rodzinną wioskę przodków Jonathana. Niewyparzony język Alex’a, mówiącego dość specyficzną angielszczyzną, oraz ogólne zderzenie kulturowe, powstałe z konfrontacji zdystansowanego amerykańskiego Żyda i dwóch hałaśliwych Ukraińców z Odessy, czynią z filmu dość absurdalną komedię. Wszystko jednak zmierza do finału, w którym to tytułowa iluminacja całkowicie odwróci wymowę całego filmu.


          Everything Is Illuminated (2005) jest reżyserskim debiutem aktora Liev’a Schreiber’a. Scenariusz filmu reżyser napisał na podstawie powieści Jonathana Safrana Foer’a pod tym samym tytułem. Sam Liev Schreiber od strony matki posiada żydowskie korzenie sięgające Europy Wschodniej, stąd zapewne zainteresowanie fabułą powieści Foer’a. Jedyny jak dotychczas wyreżyserowany przez Schreiber’a film poniósł finansową klapę w rodzimych Stanach Zjednoczonych, został jednak zauważony i doceniony na kilku międzynarodowych festiwalach filmowych z Wenecją, São Paulo i Bratysławą na czele.


          Główny bohater obrazu Jonathan, grany przez noszącego w filmie okulary niczym denka od butelki Elijah’a Wood’a, to dość nietypowy młody człowiek. Wśród rodziny i znajomych cieszy się sławą ‘kolekcjonera’, jako że skrupulatnie gromadzi wszelkie drobiazgi oraz gadżety związane z bliskimi, pakując je wszystkie do foliowych torebek, niczym dowody w kryminalnej sprawie. Jego zafiksowanie na punkcie historii rodziny każe mu wyruszyć w daleką podróż z USA na Ukrainę, skąd przed laty do Ameryki przyjechał jego dziadek Safran. Głównym celem odysei Jonathana jest odnalezienie kobiety o imieniu Augustine, która w czasie drugiej wojny światowej uratowała życie jego dziadkowi. Na miejscu Jonathan korzysta z usług Alex’a (Eugene Hütz bez charakterystycznych wąsów) oraz jego cholerycznego dziadka (Boris Leskin). Cała trójka wraz z ukochaną suczką dziadka wyrusza z Odessy trabantem na poszukiwanie zaginionej wioski przodków Jonathana.


          Najbardziej zaskakującym elementem filmu Schreiber’a jest dość niespodziewane przejście w połowie obrazu z absurdalnych i farsowych klimatów w pełnokrwisty dramat. Przejście to dokonuje się jednak bez najmniejszego zgrzytu, w czym ogromna zasługa wyczucia oraz wrażliwości reżysera. Wszystko jest iluminacją bardzo dobrze imituje naturalną kolej rzeczy, w życiu bowiem komedia i dramat przeplatają się nieustannie. Źródłem humoru w filmie jest w pierwszym rzędzie postać nieokrzesanego oraz wprost kipiącego energią Alex’a, w świetnej interpretacji Eugene Hütz’a. Ten młody Ukrainiec, wielbiciel amerykańskiej popkultury z rapem i Michaelem Jacksonem na czele, jest chodzącą parodią swojego pokolenia, a jego operowanie angielskim wprawia w ciągłe osłupienie. Sam Eugene Hütz, frontman punk-rockowej kapeli Gogol Bordello o silnych inspiracjach folkowych, jest z pochodzenia Ukraińcem o romskich korzeniach, stąd wydaje się być do roli Alex’a wręcz stworzony.


           Najważniejszym celem Everything Is Illuminated nie jest jednak obśmianie różnic pomiędzy z lekka zdziwaczałym młodym amerykańskim Żydem, a jego ukraińskimi, dość zahukanymi, kompanami. Nie jest nim też pokazanie zacofania i zaściankowości Europy Wschodniej, w której starzy żyją zakonserwowani we wspomnieniach przeszłości oraz swoich uświęconych tradycjach i rytuałach, podczas gdy młodzi pokroju Alex’a ślepo naśladują zachodnią popkulturę oraz tamtejszy sposób bycia. Przesłaniem Wszystko jest iluminacją wydaje się być końcowa w filmie konstatacja, według której teraźniejszość może zostać oświetlona światłem przeszłości, a podróż w celu odkrycia własnych korzeni może pomóc nam wyjaśnić wiele nierozwikłanych zagadek z tu i teraz. Nic tak w końcu nie pomaga w odnalezieniu tożsamości jak podróż do źródeł własnego czasu.