Kolejny świetny amerykański film niezależny o (wątpliwych niejednokrotnie) urokach amerykańskiej prowincji. W Możesz na mnie liczyć przenosimy się tym razem do północno-wschodniej części kraju, by podziwiać spokojne i malownicze pejzaże Scottsville w stanie Nowy Jork. Fabuła reżyserskiego debiutu Kennetha Lonergana jest prosta i nieskomplikowana, skupia się w zasadzie na dość trudnych relacjach dwojga rodzeństwa, z których każde ma zupełnie inny stosunek do rodzinnej miejscowości, a co nawet istotniejsze, dzieli ich kompletnie różny tryb życia oraz sposób rozwiązywania życiowych problemów. W bardzo kameralnym You Can Count on Me stajemy się cichymi świadkami małego familijnego dramatu, w którym pod postacią rodzinnego konfliktu brata i siostry obserwujemy zderzenie się tego, co zewnętrzne, światowe i kosmopolityczne, z tym, co prowincjonalne, tradycyjne i oswojone.
Pierwszy pełnometrażowy film reżysera i scenarzysty Kennetha Lonergana bardzo szybko zdobył niekwestionowane uznanie w filmowym środowisku. Wszystko zaczęło się oczywiście od Sundance Film Festival A. D. 2000, na którym obraz zdobył główną nagrodę jury konkursu, a sam Kenneth Lonergan otrzymał również Waldo Salt Screenwriting Award za najlepszy scenariusz. Twórca Możesz na mnie liczyć doceniony został także na dwóch najbardziej prominentnych galach filmowych w Ameryce, otrzymując nominację w kategorii najlepszy scenariusz oryginalny zarówno do Złotego Globu, jak i do Oscara. Amerykańska Akademia Filmowa wyróżniła również grę Laury Linney, nominując ją w kategorii najlepsza aktorka pierwszego planu. O walorach świetnego performance'u aktorki takie samo zdanie miało stowarzyszenie zagranicznych dziennikarzy akredytowanych w Hollywood, co oczywiście nie mogło się skończyć inaczej jak nominacją do Złotego Globu w kategorii najlepsza aktorka w dramacie w 2001 roku.
You Can Count on Me koncentruje się na historii dwojga rodzeństwa, siostry Samanthy (rewelacyjna Laura Linney) oraz brata Terry’ego (Mark Ruffalo) Prescott’ów. W dzieciństwie tracą oni w wypadku samochodowym oboje rodziców, przez co przez znaczną część życia zdani są głównie na siebie. Po osiągnięciu dojrzałości ich życiowe drogi podążają w dwóch różnych kierunkach, a film rozpoczyna się w momencie, gdy po latach dochodzi do ich ponownego spotkania. Terry obrał sobie żywot włóczęgi oraz obieżyświata, przemierzając Stany Zjednoczone od Florydy po Alaskę w poszukiwaniu przygód i okazjonalnego zarobku. Samantha (Sammy) natomiast pozostała w rodzinnym, małym Scottsville (stan Nowy York), gdzie pracuje w lokalnym oddziale banku oraz samotnie wychowuje 8-letniego syna Rudy’ego (Rory Culkin). Terry przybywa po dłuższej nieobecności głównie w celu wyciągnięcia od siostry pieniędzy, zostaje jednak na dłużej, dając się wciągnąć w miejscowy rytm życia oraz zawikłane osobiste sprawy Sammy.
Możesz na mnie liczyć udowadnia nam jak amerykańska niezależna kinematografia potrafi z prostej, ‘niefilmowej’ historii zrobić kawał znakomitego kina. Duża zasługa w tym dwójki głównych aktorów, którzy ze swoich postaci uczynili na ekranie dwa ścierające się ze sobą żywioły ognia i wody. Grana przez Laurę Linney Sammy stara się dopasować do klimatu i mentalności małomiasteczkowego Scottsville, zbudowana jest jednak z nieco innej materii niż reszta ‘porządnych’ mieszkańców tego uroczego amerykańskiego zakątka, flirtuje bowiem jednocześnie z dwoma mężczyznami, z których jeden, Brian, jest jej przełożonym w banku. Grany przez Matthew Broderick’a Brian ma dodatkowo będącą w szóstym miesiącu ciąży żonę. Sammy wikła się w romans z żonatym szefem, jednocześnie nie może się zdecydować na trwały związek ze swoim wieloletnim kochankiem i przyjacielem, Bobem (Jon Tenney). Grany natomiast przez Marka Ruffalo Terry wyraźnie gardzi prowincjonalną mentalnością mieszkańców Scotsville i ma pretensje do siostry, że ta pomimo swojej odmienności stara się za wszelką cenę wyjść naprzeciw moralnym oczekiwaniom lokalnej społeczności oraz jej pastora (granego notabene przez samego reżysera filmu). Zderzenie postaw i oczekiwań rodzeństwa jest tym większe, że Sammy stara się zatrzymać brata w okolicy na dłużej, widząc jak dobry ma on kontakt z jej potrzebującym ojca synem Rudy’m.
To, co czyni z You Can Count on Me prawdziwe arcydzieło w swoim gatunku, to idealne połączenie świetnie zarysowanego rodzinnego konfliktu, znakomitych dialogów oraz bezbłędnie dobranego do historii tła. Poziom natężenia emocji między Sammy a Terry’m, ich bardzo specyficzna więź, nie pozwala ani na chwilę uśpić uwagi widza. W przypadku amerykańskich produkcji offowych ‘kameralne’ wcale nie jest synonimem epitetu ‘nudne’, a portretowi prowincji daleko jest do idylli. Skonfrontowanie poukładanego i religijnego trybu życia mieszkańców Scottsville z nonkonformistyczną, impulsywną oraz wolnomyślicielską naturą Terry’ego perfekcyjnie służy wyłuskaniu różnic między tym zakątkiem Stanów Zjednoczonych a tzw. ‘wielkim światem’, reprezentowanym przez wielomilionowe amerykańskie metropolie z Nowym Jorkiem na czele. Terry jest klasycznym ‘obcym’ w świecie Scottsville, stąd jego relacje z zanurzoną w tym uniwersum siostrą są tak napięte. Debiutancki obraz Lonergana mieści w sobie wiele dychotomii i sprzeczności, film uzmysławia nam ponadto, że te konflikty oraz opozycje są nie do uniknięcia. W końcu to na przeciwstawnych żywiołach właśnie zbudowany jest cały znany nam świat.
Opowieść sciencie fiction o paralelnym świecie,
podróżach w czasie, wizjach przyszłości. Młodzieżowy dramat o tragedii
dorastania, poszukiwaniu Boga, pierwszej miłości. Psychodrama o
apokaliptycznych snach, schizofrenii, hipnozie oraz skomplikowanych relacjach
ze światem zewnętrznym. Donnie Darko
jest właśnie tym wszystkim, intrygującym dziełem z pogranicza co najmniej kilku
różnych filmowych gatunków. Dla wielu widzów obraz ten na zawsze pozostanie
niepokojącą zagadką, dla innych obiektem kultu oraz pokoleniowym manifestem. Donnie Darko jest otwarty na mnogość
interpretacji, a przez swój heterogeniczny oraz transgatunkowy charakter
stanowi dzieło wieloznaczne i wciąż gotowe na nowe odczytania. Reasumując, Donnie Darko to kolejny niezależny film
amerykański, obok którego nie sposób przejść obojętnie.
Donnie Darko jest dziełem reżysera i
scenarzysty Richarda Kelly’ego. Obraz zadebiutował na festiwalu Sundance w 2001
roku, walcząc o główną nagrodę jury z takimi filmami jak wcześniej omawiany Fanatyk czy Cal do szczęścia. Z początku niedoceniony, film doczekał się
uznania dopiero po wydaniu na DVD w 2002 roku. Od tego czasu obraz stał się
prawdziwym hitem nocnych pokazów filmowych, generując oddaną mu rzeszę fanów.
To właśnie z myślą o nich twórca dzieła Richard Kelly wypuścił w 2004 roku
rozszerzoną wersję reżyserską filmu (Director’s Cut), z szeregiem rozlicznych
komentarzy od twórców oraz aktorów.
Tytuł obrazu to jednocześnie imię oraz nazwisko jego
protagonisty-nastolatka z poważnymi zaburzeniami psychicznymi, granego przez
bardzo młodego wówczas aktora Jake’a Gyllenhaal’a. Fabuła filmu rozpoczyna się
2 października 1988 roku, kiedy to głównemu bohaterowi o północy objawia się
demoniczny królik o imieniu Frank, który obwieszcza Donnie’mu nadejście końca świata
za nieco ponad 28 dni... Okazuje się, że swoim pojawieniem się Frank uratował
młodemu bohaterowi życie, jako że w czasie jego nieobecności na pokój Donnie’go
spada tajemniczy silnik samolotu. Reszta filmu to kronika tych 28 dni przed
zapowiedzianą apokalipsą, w czasie których Donnie Darko zmaga się z wizjami
pojawiającego się regularnie Franka w masce, będącej hybrydą królika z
insektem, chodzi regularnie do swojej psychoterapeutki, ściera się w domu z
dwiema siostrami (starszą Elizabeth Darko gra Maggie Gyllenhaal, rzeczywista
starsza siostra Jake’a Gyllenhaal’a) oraz zaniepokojonymi jego psychiczną kondycją
rodzicami (Holmes Osborne jako Eddie Darko i Mary McDonnell jako Rose Darko).
Ponadto Donnie uczęszcza również do szkoły, gdzie poza ciekawą galerią
nauczycieli oraz wychowawców poznajemy Gretchen (Jena Malone), dziewczynę,
której los nierozerwalnie splecie się z przeznaczeniem bohatera filmu.
Donnie Darko posiada bardzo złożoną
fabułę, która może być dla wielu widzów nie do ogarnięcia po zaledwie
jednorazowym obejrzeniu filmu. W centrum snutej przez Richarda Kelly’ego
opowieści znajduje się historia rodem z rasowego i ambitnego filmu sciencie
fiction. Wokół obrazu narosło przez ostatnie lata wiele alternatywnych
interpretacji, czy też prób wyjaśnienia przydarzających się protagoniście filmu
niecodziennych przypadków. Jedni widzą w opowiedzianej historii kreację umysłu
paranoidalnego schizofrenika, jakim jest w diagnozie swojej psychoterapeutki
Donnie Darko. Drudzy dostrzegają w scenach filmu sekwencje snu głównego bohatera,
wedle starej jak świat konstatacji Calderona de la Barki, że życie jest snem. Trzeci
wreszcie, i ci mają na poparcie swojej teorii najwięcej solidnych argumentów,
wywodzą swoje rozumienie filmu ze wskazówek zawartych w dziele przez samego
Richarda Kelly’ego. Chodzi mianowicie o pojawiającą się w filmie fikcyjną
książkę The Philosophy of Time Travel (Filozofia podróży w czasie), autorstwa
również występującej w filmie Roberty Sparrow (aka Grandma Death). Bazując na
przemyconych w filmie fragmentach tego dzieła okazuje się, że relacjonuje nam
on przebieg zdarzeń z innego świata, równoległego do naszego rzeczywistego
uniwersum i będącego zarazem idealną kopią tegoż. Całe 28 dni, w czasie których
rozgrywa się opowieść, jest więc historią krótkotrwałego trwania tego
alternatywnego świata, powstałego w momencie upadku zabłąkanego silnika
samolotu na pokój Donnie’go Darko, a unicestwionego w finale filmu.
Donnie Darko to jednak nie tylko
intrygująca opowieść sciencie fiction. Dzieło Kelly’go to także pierwszorzędny
dramat psychologiczny, a ponadto znakomita historia o dorastaniu/dojrzewaniu. Jak
na świetny independent movie przystało
obraz jest też jednocześnie bardzo adekwatny w portretowaniu małomiasteczkowego
środowiska Middlesex w Wirginii, gdzie rozgrywa się akcja filmu. Przede
wszystkim jednak Donnie Darko stanowi
zaskakująco pogłębiony wgląd w zakamarki psychiki nastoletniego protagonisty
obrazu. Nie jest to tylko portret buntu i kontestacji znudzonego życiem
małolata, ale też jego usilne poszukiwanie sensu, próba odnalezienia dla siebie Boga, nawiązania pierwszej wartościowej relacji z obcą osobą. W skali mikro opus magnum Richarda Kelly’ego to uważna
i cierpliwa obserwacja duchowego życia amerykańskiego nastolatka. W skali makro
Donnie Darko jest godną podziwu oraz
pełną rozmachu opowieścią o zagładzie świata, tak aby na jego gruzach mógł
zostać powołany nowy porządek.
Cytat z filmu:
Donnie: I hope
that when the world comes to an end, I can breathe a sigh of relief, because
there will be so much to look forward to.
Donnie: Mam nadzieję, że kiedy nastąpi koniec
świata, będę mógł odetchnąć z ulgą, ponieważ będzie tyle nowych rzeczy do
poznania.
I jeszcze jeden:
Roberta Sparrow:
[whispering into Donnie's ear] Every creature on this Earth dies alone.
Roberta Sparrow: [szepcząc Donnie’mu do ucha] Każde
żywe stworzenie na Ziemi umiera samotnie.
Fanatyk to
niezwykle mocny film o autodestrukcji. Na przykładzie głównego bohatera,
Żyda-antysemity, obserwujemy szczególny przypadek kryzysu tożsamości,
manifestującego się w aktach agresji i nienawiści przeciwko wszystkiemu, co
reprezentuje szeroko pojętą kulturę żydowską. Danny Balint, protagonista filmu,
ma poważny problem z tradycją religijną, z której się wywodzi. Wykorzystuje
zatem swoją lotną inteligencję do podważenia aksjomatów wiary swoich przodków,
jednocześnie nakręcana przez niego spirala przemocy przeciwko innym Żydom
prowadzi do frustracji i załamania. Kulminacją tej wewnętrznej wojny staje się
fakt bycia ujawnionym jako Żyd przez reportera New York Times’a. Moment ten musi oznaczać albo całkowite
oczyszczenie, albo totalne unicestwienie. A może jedno i drugie?
Reżyserem Fanatyka
i jednocześnie autorem scenariusza do filmu jest Henry Bean, znany w Ameryce
głównie jako scenarzysta. Bean oparł fabułę filmu na autentycznej historii
Daniela Burrosa, amerykańskiego Żyda oraz członka Amerykańskiej Partii
Nazistowskiej (American Nazi Party), a także nowojorskiej gałęzi organizacji Ku
Klux Klan’u (United Klans of America). Daniel Burros popełnił samobójstwo w
1965 roku po tym, jak został zdemaskowany jako Żyd przez reportera New York Times’a. Fanatyk otrzymał główną nagrodę jury na festiwalu Sundance w 2001
roku, szczególne pochwały natomiast zebrał młodziutki wtedy Ryan Gosling za
swoją bardzo przekonującą kreację głównego bohatera, neonazisty Daniela Balint’a.
Protagonista Fanatyka Danny
Balint jest postacią szalenie złożoną: piekielnie inteligentny, niezwykle
wygadany, o niezaprzeczalnych talentach pierwszorzędnego oratora. Już jako
chłopiec z bystrością obserwacji kwestionował w żydowskiej szkole podstawy
wiary judaizmu, za co naturalnie zostałz niej wydalony. Jako dorosły młody człowiek miota się w silnym poczuciu
krzywdy i żalu wobec religijnej tradycji swoich przodków. Naturalnym
następstwem tych emocji jest wzrastająca nienawiść i przejawiana wobec
pozostałych Żydów agresja. Danny przystępuje nawet do organizacji zrzeszającej
amerykańskich faszystów, prowadzonej przez Curtisa Zampf’a (w tej roli Billy
Zane) oraz Linę Moebius (Theresa Russell). Wikła się także w romans z córką
Liny, Carlą (Summer Phoenix), zafascynowaną jego pokręconą osobowością oraz
odrzucaną przez niego religią. Całe życie Danny’ego skupia się na pragnieniu
fizycznego unicestwienia żydostwa, ergo na dążeniu do autodestrukcji.
Obraz Beana’a urzeka przede wszystkim głębią spojrzenia na silnie
skonfliktowaną wewnętrznie jednostkę, jaką jest protagonista filmu Danny
Balint. Z jednej strony obserwujemy człowieka mającego za złe Żydom ich
bierną postawę w trakcie Holocaustu (scena spotkania z ocalałymi po II wojnie
światowej). Z drugiej strony widzimy jego głęboką znajomość religii oraz
tradycji judaistycznej, połączoną z silnie kamuflowaną wobec niej rewerencją
(scena bezczeszczenia synagogi wraz z innymi neonazistami). Daniel Balint nie
może wybaczyć swoim pobratymcom słabości i bierności w czasach hitlerowskiej
próby, chce ich niejako nauczyć walki oraz oporu poprzez inicjowanie własnych postaw
agresywnych. Najważniejsza rada jaką ma dla ocalałych z Holocaustu brzmi: zabij
swojego wroga. Wreszcie Danny Balint szuka oczyszczenia, szuka kary za swoje
odstępstwo od judaizmu, stosując przemoc wobec innych Żydów domaga się agresji
względem siebie, odpowiedzi siłą na siłę (początkowa scena napastowania
żydowskiego studenta).
Bohater
Fanatyka nie tyle jest nawet faszystą
czy neonazistą, co żywym przykładem wyznawcy filozofii nadczłowieka, a swoją Nietzscheańską
teorię testuje na amerykańskich Żydach według zasady: oko za oko, ząb za ząb.
Daniel Balint wypiera się swojej żydowskości, bo utożsamia ją ze słabością,
podległością, ślepym posłuszeństwem i konformizmem. Pierwowzór takich postaw
widzi wyraźnie w sferze religijnej: w opowieści o Abrahamie poświęcającym swego
syna Isaaka na górze na rozkaz Boga, Danny widzi matrycę ślepego i
bezwarunkowego poddaństwa swojego narodu wobec okrutnego boskiego despoty. Fanatyk doskonale wygrywa wciąż żywe
oraz aktualne spory i kontrowersje narosłe wokół setek lat prześladowań Żydów,
kwestii asymilacji, Holocaustu, a także ideologii syjonizmu. Uniwersalizmu
filmowi dodaje wciąż powracający w historii oraz światowej polityce dylemat:
czy na przemoc i agresję należy odpowiadać bezwzględną siłą, czy raczej szukać
pokojowych rozwiązań w nadziei na złagodzenie napięć? Dzieło Henry’ego Bean’a
nie daje nam jednoznacznej odpowiedzi na tak postawione pytanie, wiemy jednak
aż za dobrze do czego prowadzi nakręcona spirala przemocy.
Musical Cal do
szczęścia okrzyknięty został godnym następcą filmowego hitu The Rocky Horror Picture Show z 1975 roku.
Tak samo jak tamten kampowy przebój epoki disco Hedwig and the Angry Inch stawia na show, seks i dobrą muzyczną
zabawę. Pod płaszczykiem jednak transgenderowej fiesty dzieło Johna Camerona
Mitchell’a przemyca niebanalne rozważania na temat tożsamości seksualnej,
istoty miłości czy artystycznej kreacji jako formy ekspresji wewnętrzych lęków
i niepewności. Trzymający wartkie tempo, skrzący się wyrafinowanym poczuciem
humoru oraz pełen świetnej rockowej muzyki Cal
do szczęścia jest dziełem spełnionym, posiadającym już w pełni zasłużony
status filmu kultowego.
Hedwig and the Angry Inch rozpoczął swą
karierę tam gdzie większość niezależnych amerykańskich produkcji, czyli na
Sundance Film Festival w 2001 roku. Podczas tej imprezy filmowi Camerona udało
się zdobyć dwa prestiżowe laury: nagrodę publiczności dla najlepszego filmu na
festiwalu oraz trofeum najlepszego reżysera dla Johna Camerona Mitchell’a.
Twórca obrazu wyróżniony został ponadto jako odtwórca głównej roli w swym
filmie, co miało miejsce podczas gali rozdania Złotych Globów w 2002 roku,
kiedy to Cameron otrzymał nominację w kategorii najlepszy aktor pierwszego
planu w komedii/musicalu. Warto nadmienić, że Cal do szczęścia jest filmową adaptacją sztuki teatralnej
Off-Broadway pod tym samym tytułem, której autorami są John Cameron Mitchell
oraz Stephen Trask. Sztuka miała swoją premierę w 1997 roku, odnosząc
artystyczny sukces i umożliwiając tym samym jej szybkie przeniesienie na duży
ekran. Cameron napisał przy tym zarówno tekst scenariusza sztuki jak i filmu,
Stephen Trask natomiast jest autorem piosenek do musicalu.
Bohaterką/bohaterem obrazu jest Hedwig (świetny w tej roli sam reżyser
dzieła) osoba transgenderowa ze wschodniego Berlina. Przed zmianą płci Hedwig
była Hanselem i mieszkała z matką po gorszej stronie muru berlińskiego. Pok
koniec lat 80-tych młody homoseksualny Hansel wpada w oko czarnoskórego
sierżanta armii amerykańskiej i dla ułatwienia sobie ucieczki z komunistycznych
Niemiec oraz poślubienia Amerykanina poddaje się nie do końca udanej operacji
zmiany płci (stąd też pochodzi sam tytuł filmu). Wkrótce po przyjeździe do
Stanów Hedwig zostaje jednak porzucona przez swojego partnera i musi jakoś
przeżyć w obcym kraju. W tym celu ima się różnych zajęć, zakładając między
innymi własny zespół rockowy. Hedwig nawiązuje także bliską relację z synem
jednego ze swoich przelotnych pracodawców Tommy’m Gnosis (w tej roli Michael
Pitt). Ta początkowo oparta na wzajemnej fascynacji więź staje się ostatecznie
przekleństwem dla Hedwig, jako że Tommy Gnosis kradnie jej piosenki, po czym
odnosi za ich pośrednictwem ogromny komercyjny sukces jako solowy wokalista.
Doprowadzona takim obrotem spraw do wściekłości nasza bohaterka rusza we własną
trasę koncertową z towarzyszącym jej zespołem, z zamiarem przewrócenia do góry
nogami niesprzyjającego jej fatum…
Cal
do szczęścia oferując świetną zabawę oraz dużą porcję poczucia humoru jest
jednocześnie filmem na bardzo poważny temat. Jak przystało na obraz z kręgu
Off-Hollywood podejmuje on mniejszościową i wciąż dość marginalizowaną
tematykę. Transseksualizm jest bowiem nadal w debacie publicznej pretekstem do
oskarżeń o degenerację i wynaturzenie. Często też pierwszymi reakcjami
heteroseksualnej większości w stosunku do tego zjawiska jest szyderczy śmiech
lub wręcz agresja. Film Camerona podchodzi do tematu z podziwu godną lekkością
i bez moralizatorskiego zadęcia. W efekcie nie dostajemy wcale lekcji o
tolerancji, równouprawnieniu oraz poszanowaniu praw mniejszości seksualnych,
lecz prostą i wzruszającą historię utalentowanej muzycznie dziewczyny o imieniu
Hedwig, która była niegdyś homoseksualnym niemieckim chłopcem o imieniu Hansel.
Dzieło Camerona w dialogach i tekstach wykonywanych w nim piosenek traktuje
ponadto szerzej o zawiłościach oraz niejednoznaczości tożsamości seksualnej.
Mamy tu do czynienia ze znakomitym filmem, który udowadnia że przyrodzona płeć
nie determinuje całości psychiki człowieka, co więcej, tożsamość seksualna jest
zjawiskiem płynnym przy coraz bardziej zacierających się współcześnie różnicach
w postrzeganiu opozycyjnych płci.
Hedwig and the Angry Inch wpisuje się do
klasyki musicalu z gender w centrum
zainteresowania. W ten oto sposób film Camerona można postawić na półce obok
takich wybitnych dzieł na podobny temat jak Priscilla,
królowa pustyni (The Adventures of
Priscilla, Queen of the Desert) Stephan’a Elliotta z 1994 roku czy Idol (Velvet Goldmine) Todd’a Haynes’a z 1998 roku. W tym towarzystwie Cal do szczęścia stanowi nieprzeciętny
wkład do problematyki ze strony amerykańskiego kina niezależnego.
Cytat z filmu:
Hansel's Mom: To
be free, one must give up a part of oneself.
Matka Hansela: Aby być wolnym, człowiek musi poświęcić cząstkę siebie.
Buffalo ’66 to film z gatunku tych, które w jednym dziele mieszczą wszystko to, co ważne w
życiu każdego człowieka. Debiutancki obraz Vincenta Gallo idąc
autobiograficznym tropem jest jednocześnie opowieścią o
spełnionej/niespełnionej miłości, kroniką braku komunikacji z rodzicami,
historią niesprawiedliwości i zemsty, czy wreszcie portretem człowieka, który
chce stanąć na nogi oraz udowodnić sobie i innym, że potrafi. Bohater tego komediodramatu, Billy Brown, to trudny przypadek. Tak jak w przypadku porwanej przez niego w
filmie dziewczyny o imieniu Layla, odczuwamy wobec niego na wstępie awersję
wymieszaną z irytacją, z czasem jednak magnetyczna siła jego osobowości
przeważa, tak że zaczynamy ulegać jego urokowi, trzymać za niego kciuki, czy
wreszcie rodzi się w nas współczucie i troska o jego dalszy los. Tak właśnie Buffalo ’66 sprytnie oraz podstępnie
uwodzi nas, wciągając zarazem w opowiadaną historię.
Buffalo ’66 (polski tytuł to Oko w oko z życiem) jest pierwszym reżyserskim dziełem aktora, muzyka, producenta oraz filmowego
autora Vincenta Gallo. Film miał swoją pierwszą odsłonę na Sundance Film
Festival w 1998 roku, gdzie walczył w głównym konkursie dramatycznym.
Oryginalny wizualny styl, ciekawa historia, a przede wszystkim
charyzmatyczna główna rola samego
Vincenta Gallo zapewniły obrazowi niesłabnącą wśród widzów popularność. Bez cienia przesady można określić autorski debiut
Gallo mianem filmu kultowego.
Centralną postacią obrazu jest Billy
Brown (Vincent Gallo), noszący wyraźne ślady odniesień do dzieciństwa i
młodości samego reżysera filmu oraz jednocześnie odtwórcy głównej roli. Tak
samo bowiem jak sam reżyser obrazu, Billy Brown urodził się i wychował w Buffalo
(stan Nowy Jork). Jego relacje z rodzicami były mocno problematyczne, brakowało
podstawowej komunikacji. Fabuła filmu zaczyna się w momencie, kiedy Billy
wychodzi z więzienia po odsiedzeniu 5 lat kary za przestępstwa popełnione przez
kogoś innego. Przez cały ten okres czasu Billy zataił przed rodzicami fakt
swojego uwięzienia, wmawiając im w listach i telefonicznie, że wiedzie mu się
świetnie na rządowej posadzie wraz z piękną oraz całkowicie mu oddaną żoną. Po
wyjściu z więzienia nasz protagonista postanawia odwiedzić rodzicieli w
Buffalo, podtrzymując jednocześnie swoje kłamstwo. Do tego celu potrzebna jest
mu żona, którą porywa w miejscowej szkole tańca. Layla (w tej roli rewelacyjna
Christina Ricci) jest początkowo przerażona i zastraszona, jednak godzi się
ostatecznie odegrać przed rodzicami Billy’ego jego partnerkę. Po wizycie w rodzinnym
domu Layla towarzyszy Billy’emu już dobrowolnie. Podczas gdy nasz bohater
wciela w życie swój plan zemsty za stracone w zamknięciu lata, Layla zakochuje
się błyskawicznie w swym nieprzystępnym i socjopatycznym towarzyszu.
Vincent Gallo uchodzi w środowisku filmowym za osobę trudną i
konfliktową. Taki też jest Billy Brown w Buffalo
’66. Lepiej jednak rozumiemy protagonistę filmu po obejrzeniu sekwencji
spotkania Billy’ego z rodzicami. W postać matki bohatera, Jan Brown, wcieliła się
perfekcyjna w tej roli Anjelica Huston, ojca interpretuje natomiast równie
dobry Ben Gazzara (jako Jimmy Brown). Scena ta jest kluczowa dla zrozumienia
pokręconej osobowości Billy’ego, a także pokazuje szerokie spektrum filmowych
ambicji/inspiracji samego Vincenta Gallo. Nie wdając się tutaj w
warsztatowo-montażowe detale, wystarczy nadmienić, że Gallo w scenie tej oddaje
hołd stylowi klasycznego już japońskiego reżysera Yasujirô Ozu (1903–1963).
Kamera zasiada wraz z czwórką głównych bohaterów (Billy, Layla, Jimmy i Jan
Brown) przy kwadratowym stole. Miejsc jest tylko cztery, więc przy każdym
ujęciu widzimy tylko trójkę aktorów, kamera zajmuje więc miejsce tego w danej
chwili "nieobecnego". Po kolei więc patrzymy na całą scenę oczami każdej z
czwórki głównych postaci. Ten ciekawy operatorski zabieg przez ciągłą zmianę
perspektywy uwypukla konflikty oraz zachowania względem siebie
poszczególnychprotagonistów. Jak na
dłoni też obserwujemy okiem kamery poważny brak komunikacji między Billy’m a
jego rodzicielami. Zdają się oni być pochłonięci albo meczem w telewizji
(matka), albo osobą rzekomej synowej Layli (ojciec), Billy traktowany jest
natomiast z dużym lekceważeniem, jeśli nie jest całkowicie ignorowany.
Debiut Gallo został w całości nakręcony na materiale odwracalnym
(diapozytyw), a nie na powszechnie stosowanym negatywie. To również skutek
zamysłu i uporu reżysera obrazu. Dzięki tej technice zdjęcia do filmu wyglądają
jak nieco wyblakłe stare fotografie, zrobione oryginalnie w kolorze. Ten efekt
monochromatyczności przy jednoczesnej wielobarwności obrazu sprawia wrażenie, jakbyśmy zamiast filmu oglądali stary album ze zdjęciami lub obserwowali pokaz
slajdów. Takie niekonwencjonalne rozwiązania warsztatowe znakomicie korelują z treścią
opowieści w Buffalo ’66. Film ten
bowiem jest ambitną i stylistycznie dopracowaną historią skrzywdzonego przez
życie oraz innych ludzi outsidera, którego właśni rodzice uważają za
nieudacznika, a który głodny jest przełomu w swoim losie. I tak jak na pokazie
slajdów z jego życia, siedzimy zauroczeni wizjami/możliwościami/kolejami jego
losu, a każde zdjęcie jest jak odwrócenie karty w tarocie.
Znakomity film American
Splendor udowadnia, że można prowadzić nudne, przeciętne życie i jednocześnie
osiągnąć twórcze spełnienie w parze z artystycznym sukcesem. Każde
doświadczenie życiowe, nawet to najbardziej powszechne, elementarne i dostępne
wszystkim zjadaczom chleba, można przekuć w sztukę. Bohater Amerykańskiego splendoru Harvey Pekar
jest żywym przykładem everymana,
który zmagając się codziennie z tak przyziemnymi problemami jak utrzymanie
pracy, znalezienie pary czy walka z chorobą, zamienia całe swoje życie w komiks,
stając się tym samym jednocześnie fikcyjną postacią na kartach własnej powieści
graficznej.
American Splendor to prawdziwa perła w
dorobku amerykańskiego kina niezależnego. Właściwie nie ma takiego drugiego
filmu, nie było żadnego pierwowzoru i z pewnością trudno będzie nakręcić
kolejny obraz o tak niepowtarzalnej wartości. Film łączy bowiem w sobie
dokument o życiu Harvey’a Pekar’a, zwykłego szpitalnego urzędnika
administracyjnego i zarazem autora serii komiksów pod tytułem American Splendor, z biograficznym
komediodramatem odtwarzającym przełomowe momenty w jego życiu z udziałem
aktorów, wśród których Paul Giamatti odgrywa samego Pekar’a, a Hope Davis
kreuje postać Joyce Brabner, żony protagonisty. Autorami tej szalenie ciekawej
fuzji gatunkowej jest para dokumentalistów: Shari Springer Berman oraz Robert
Pulcini, którzy oprócz reżyserii adaptowali również sam scenariusz filmu na
podstawie serii komiksów autorstwa Harvey’a Pekar’a i jego żony Joyce.
Amerykański splendor tryumfował na
Sundance Film Festival w 2003 roku, kiedy to wygrał konkurs otrzymując główną
nagrodę jury festiwalu. Obraz doceniono również w Cannes (nagroda FIPRESCI), a
także na ceremonii wręczenia nagród Amerykańskiej Akademii Filmowej, gdzie
twórcy filmu otrzymali w 2004 roku nominację w kategorii najlepszy scenariusz
adaptowany.
Protagonista filmu Harvey Pekar pojawia się w nim w aż trzech różnych
odsłonach. W pierwszej jest po prostu sobą, opowiada o swoim życiu i swych
aspiracjach w towarzystwie życiowej partnerki Joyce, wszystko to w konwencji
rasowego dokumentu biograficznego. W drugiej odsłonie jest częścią fikcyjnego
świata przedstawionego, odtwarzającego w tragikomiczny sposób najważniejsze
wydarzenia z jego życia. W tym drugim wymiarze jego postać interpretuje
bezbłędnie Paul Giamatti, tak samo bez fałszywej nuty Hope Davis odgrywa rolę
jego żony Joyce. Wreszcie w trzeciej odsłonie widzimy fragmenty tworzonych
przez Pekar’a komiksów, w których on sam jawi się nam znów jako główny bohater.
Tym razem jest już tylko komiksową figurą. Maestria Amerykańskiego splendoru polega właśnie na perfekcyjnym zgraniu
tych trzech różnych wcieleń protagonisty filmu. Wzajemne przenikanie się trzech
odrębnych wymiarów tworzy skończony i zarazem spełniony wizerunek Pekar’a jako
zwykłego urzędnika, artysty oraz bohatera powieści graficznej.
Doskonała
i oryginalna forma nie jest jedynym atutem tego filmu. Nawet najbardziej
wysublimowana forma bez odpowiedniej treści jest tylko martwym szkieletem.
Treścią American Splendor jest
niebanalna historia Harvey’a Pekar’a. Opowieść o jego życiu jest spełnieniem
amerykańskiego snu à rebours, co jest
jednocześnie i kpiną z niego, i zakwestionowaniem jego zasadniczej wartości.
Nasz protagonista bowiem osiąga artystyczny sukces i uznanie, wielokrotnie jest
gościem telewizyjnego show Davida Lettermana, a tymczasem jednak nie może
finansowo pozwolić sobie na rzucenie marnej urzędniczej posady, mieszka w
nędznej dzielnicy w Cleveland w Ohio i, co najbardziej tragiczne, musi się przy
tym wszystkim zmagać z wyniszczającym go rakiem. American Splendor kreuje na naszych oczach postać nowego
amerykańskiego superbohatera, będącego zaprzeczeniem dotychczasowych
powszechnych wyobrażeń rodem z popkultury. Tak jak wcześniej komiks, na którym się
opiera, tak teraz sam film wynosi na piedestał zwyczajną jednostkę, z everymana tworzy supermana, tyle że bez żadnych nadnaturalnych mocy, za to z
wyjątkowo krytycznym i zjadliwym umysłem, atakującym bez litości najbardziej
codzienne oraz przyziemne przejawy ludzkiej natury.
Amerykański splendor jest bez wątpienia
kamieniem milowym w historii amerykańskiego kina niezależnego. Niewiele jest
offowych filmów, które w tak oryginalnej formie niosą tak wywrotowe w stosunku
do popkultury przesłanie. Treść tego przesłania może być prosta i
nieskomplikowana, tak jak prostym w zasadzie człowiekiem był sam Harvey Pekar,
jednak siła tego przekazu każe nam na nowo zdefiniować granicę pomiędzy fikcją
a rzeczywistością.
Cytat z filmu:
Harvey Pekar:
You don't have any problems with moving to Cleveland?
Joyce Brabner:
Not really. I find most American cities to be depressing in the same way.
Harvey Pekar: Nie masz nic przeciwko przeprowadzce do Cleveland?
Joyce Brabner: Niespecjalnie. Większość amerykańskich miast jest depresyjna w taki sam sposób.
Szkolny chwyt rzuca światło na dość
nietypową relację między młodym nauczycielem historii w szkole średniej a jego
czarnoskórą uczennicą. Obie strony wiedzą coś na temat życia osobistego tej
drugiej, i nie są to bynajmniej niewinne detale. Pomimo, a nawet wbrew istnieniu
tych ciemnych aspektów we wzajemnej znajomości para głównych bohaterów rozwija
i pogłębia niespodziewaną więź, pomagając sobie nawzajem w próbie wyjścia z
życiowego zakleszczenia. Intymne oraz pełne zrozumienia spojrzenie twórców na
centralny wątek w filmie zdobyło mu szerokie grono zwolenników i wielbicieli,
czyniąc zeń jeden z najpopularniejszych, a także najwyżej ocenianych
niezależnych obrazów ostatnich lat.
Half Nelson to debiutancki
pełnometrażowy film reżysera Ryan’a Fleck’a, do którego scenariusz napisali
wspólnie Ryan Fleck i Anna Boden. Obraz wziął udział w głównym konkursie
Festiwalu Filmowego Sundance w 2006 roku, otrzymał po tym wiele nagród oraz
wyróżnień, na nominacji do Oscara w kategorii najlepszy aktor pierwszoplanowy
dla Ryan’a Goslinga kończąc.
Protagonistą Szkolnego chwytu
jest nauczyciel historii w amerykańskiej szkole średniej Dan Dunne (świetny
Ryan Gosling w tej roli). Dan lubi swoją pracę, traktuje ją trochę jak hobby,
świadczy o tym chociażby pasja oraz oryginalność z jaką wykłada swoim
nastoletnim wychowankom mechanizmy działania historii. Dan ma jednak też ciemną
stronę. Jest nią wieloletnie uzależnienie od narkotyków, konkretnie od cracku.
Pewnego dnia w szkolnej toalecie upalonego Dana znajduje po zajęciach jego
uczennica Drey (Shareeka Epps). Sekret dzielony przez tych dwoje staje się
początkiem ciekawej i niekonwencjonalnej relacji, w której Dan staje się dla
Drey kimś w rodzaju opiekuna, starszego brata, a może nawet figury ciągle
nieobecnego w jej życiu ojca. Z drugiej strony Drey hamuje autodestrukcyjne
zapędy swojego nauczyciela, w jakiś tajemniczy sposób przywracając
niepostrzeżenie egzystencję Dana do pionu. I kto w tym tandemie jest mentorem,
a kto uczniem? Nieistotne. Istotne natomiast jest to, że przez cały film
śledzimy ewoluującą między tym dwojgiem bohaterów więź z zaangażowaniem i
narastającą fascynacją.
Oryginalny tytuł filmu Half Nelson
zapewne większości widzów nic nie mówi. Jest to bowiem wyrażenie wzięte z
terminologii zapaśniczej, gdzie oznacza ono po prostu rodzaj chwytu krępującego
przeciwnika. W polskiej wersji zachowano więc jak widać sens znaczenia
oryginału. Istotą tego znaczenia jest fakt utraty części kontroli nad swoim
działaniem, niemożność swobodnego decydowania i nieskrępowanego podejmowania
akcji przez jednostkę. Protagonista Szkolnego
chwytu jest właśnie przykładem takiej częściowej utraty kontroli nad
własnym życiem, a uzależnienie od narkotyków jest właśnie tym krępującym go
tytułowym chwytem. Dan wykonuje swoją pracę z pasją i zaangażowaniem, jednak
istnieje w nim coś, co ściąga go w dół, uniemożliwiając mu normalną
egzystencję. Czy jest jakaś droga wyjścia z tego klinczu?
Film Ryan’a Fleck’a nie oferuje nam ani łatwych rozwiązań, ani taniego
pocieszenia. Podopieczna Dana, Drey nie aspiruje wcale do roli jego
wybawicielki, tym bardziej jeszcze Dan nie zamierza wchodzić w rolę jej ojca i
anioła stróża. Pomimo tego jednak widzimy jak obojgu zaczyna na sobie nawzajem
zależeć, wszystko to za pośrednictwem prostych gestów, niewymuszonej wymiany
zdań, drobnych przysług. W bardzo subtelny i nieoczywisty sposób Half Nelson przemyca na ekranie pewną
powszechną prawdę o tym, że najczęściej ocalają nas drobne, niepozorne rzeczy.
W codziennym, szarym życiu zwyczajnych ludzi największy deficyt dotyczy nie
wielkich spraw jak przebaczenie, odkupienie czy nawet miłość, tego czego
brakuje najbardziej to prostych, szczerych gestów, zainteresowania, uwagi,
odrobiny troski. Projekt takiej nieoczywistej i nienarzucającej się więzi jest
teraz możliwy do zrealizowania tylko na gruncie produkcji offowej, której
wyłączną domeną stają się historie przeciętnych, zwyczajnych ludzi z dość
marginalnych środowisk, z prowincji, z przedmieścia, ze slumsu. I ci właśnie
ludzie borykają się ze swoimi codziennymi, dosyć powszechnymi oraz
przewidywalnymi problemami. To co czyni niezależne filmy o nich wartymi obejrzenia
to oryginalność formy, świeżość spojrzenia, dystans a zarazem intymność
perspektywy oraz przede wszystkim niebanalna umiejętność czytania między
słowami.
Para głównych bohaterów Rodziny Savage boryka się z problemem, który prędzej czy później
dopadnie każdego z nas. Wygląda na to, że pomimo nieustannego obcowania ze
starszymi ludźmi oraz ciągłego oswajania się, wraz z upływem czasu, z
wyzwaniami jakie niesie ze sobą starość, gdy musimy się zmierzyć z chorobą i niesprawnością
własnych rodziców nigdy nie jesteśmy na to w pełni przygotowani. Częściej za
to jesteśmy zdziwieni, poirytowani, spanikowani, wściekli. Tacy właśnie są
protagoniści The Savages: zachowują
się trochę jak dzicy, nie do końca wiedzą jak radzić sobie z otaczającą ich
naturą i jej procesami, rzeczywistość ich przerasta, próbują ją zrozumieć,
błądzą, dorastają, dojrzewają...
Autorką scenariusza oraz reżyserką komediodramatu Rodzina Savage (2007) jest Tamara Jenkins. Jest to ewidentnie
najwybitniejsze dzieło w jej dorobku, w 2008 roku docenione przez Amerykańską
Akademię Filmową nominacją do Oscara w kategorii najlepszy scenariusz
oryginalny. Deszcz nagród i wyróżnień spadł również na parę pierwszoplanowych
aktorów: Laurę Linney oraz Philipa Seymour’a Hoffmana, pierwsza otrzymała
nominację do Oscara jako najlepsza aktorka pierwszego planu, drugi zdobył
nominację do Złotego Globu w kategorii najlepszy aktor w komedii/musicalu.
Wymieniony powyżej aktorski tandem odgrywa postaci rodzeństwa Wendy oraz
Jona Savage. Wendy (Laura Linney) jest aspirującą dramatopisarką, na razie bez
sukcesów zawodowych, za to uwikłaną w romans ze starszym od siebie, żonatym
mężczyzną. Jon (Philip Seymour Hoffman) jest teatrologiem specjalizującym się w
twórczości Bertolta Brechta, niezdolnym do stworzenia stałej relacji ze swoją
polską dziewczyną, która musi wracać do Krakowa po wygaśnięciu wizy. Wendy i
Jon zostają na samym początku filmu skonfrontowani z niełatwym zadaniem: muszą
zatroszczyć się o los swojego popadającego w starczą demencję ojca Lenny’ego (Philip
Bosco). Właściwie nieobecny dotąd w ich życiu rodziciel spada rodzeństwu z dnia
na dzień na głowę, czym wywołuje tylko całą lawinę sprzecznych uczuć, zakłóca
szarą monotonię ich egzystencji oraz zmusza do przeformułowania życiowych
wyborów.
Podejmowanie na gruncie amerykańskiej kultury tematyki starości, choroby
oraz śmierci to wciąż duże wyzwanie. W kinie głównego nurtu te problemy albo
nie istnieją, albo są spychane na margines, tudzież przedstawiane w dość
powierzchowny, podkolorowany sposób. Tamara Jenkins wykazała się dużą odwagą i
stanowczością kręcąc film z założenia niezdolny do wygenerowania powszechnego
zainteresowania publiczności oraz, co za tym idzie, zgromadzenia pokaźnych
zysków ze sprzedaży biletów. W Stanach Zjednoczonych bardziej niż gdziekolwiek
indziej łatwość, a czasami nawet w ogóle możliwość zrobienia kolejnego filmu
jest ściśle powiązana z wymiarem finansowego sukcesu poprzedniego. Dzieło Jenkins
wyszło jednak obronną ręką (także w sensie komercyjnym) z kinowego maratonu,
oswajając amerykańską widownię z najbardziej uniwersalnymi kwestiami, jakie
można sobie wyobrazić.
Obraz zawdzięcza swój artystyczny sukces pierwszorzędnemu scenariuszowi
autorstwa samej reżyserki filmu oraz oczywiście perfekcyjnemu aktorskiemu
wykonaniu z rewelacyjnymi rolami Laury Linney oraz Philipa Seymour’a Hoffmana.
Dzięki tej dwójce aktorów z najwyższej półki postaci Wendy oraz Jona Savage
zostały zinterpretowane bez jednej fałszywej nuty, obnażając w nich cały
bezlitośnie ludzki wymiar niedoskonałości, przeciętności, a czasami też zwykłej
małostkowości egzystencji człowieka, nawet jeśli ten człowiek ma szerokie
intelektualne przygotowanie oraz rozległe artystyczne pretensje. Film Rodzina Savage pokazuje nam, że
niezależnie od poziomu wykształcenia, refleksyjnego bądź bezrefleksyjnego
podejścia do życia, ilości posiadanych pieniędzy itd., wszyscy kończymy w
zasadzie w podobnym punkcie w naszym życiu, kiedy to w obliczu choroby oraz
nieuchronnej śmierci bliskich stajemy oko w oko z własnym sumieniem. To właśnie
jest moment, kiedy cała przeszłość, ewentualne wyrzuty sumienia, poczucie winy,
urazy, żale, pretensje i oczekiwania wymuszają na nas ocenę oraz gruntowne
przewartościowanie naszych relacji z tymi, którzy pośrednio uczynili nas takimi
jakimi jesteśmy.
Na
koniec drobny smaczek dla filmoznawców: producentem The Savages jest wywodzący się z kręgów niezależnego kina reżyser
Aleksander Payne. To właśnie on wyreżyserował w 2013 roku znany oraz wybitny
film na podobny co Rodzina Savage
temat. Chodzi oczywiście o obraz Nebraska,
w którym w roli głównej wystąpił Bruce Dern.