3 października 2015

Listen Up Philip (Do ciebie, Philipie). Był sobie dupek.

          Protagonista Do ciebie, Philipie konstatuje w pewnym momencie, że pomimo posiadania wszystkich tych rzeczy, które pragnął, i o które zabiegał latami, czuje się teraz po prostu nędznie. Trudno mu zrozumieć ten całkowity brak satysfakcji z tego, co udało mu się dotychczas osiągnąć. Gdy jednak obserwujemy relacje tytułowego Philipa z najbliższym mu otoczeniem, szybko rozumiemy to, czego nie może pojąć nasz bohater. Tajemnica jego nieszczęścia leży bowiem w jego narcystycznym podejściu i zaabsorbowaniu samym sobą. Philip Lewis Friedman konsekwentnie unicestwia wszystkie wartościowe relacje, które ma z kobietami swojego życia. Zdumiewający jest wręcz poziom mizantropii i arogancji głównego bohatera, który w sposób nieunikniony kładzie się cieniem na życiu jego i wszystkich tych, którzy pokochali go pomimo jego rozbuchanego ja.


          Reżyserem i scenarzystą Listen Up Philip jest Alex Ross Perry, młody niezależny filmowiec, dla którego jest to już trzeci pełnometrażowy film. Obraz został po raz pierwszy pokazany na Sundance Film Festival w styczniu 2014 roku, a nieco później w tym samym roku zdobył Nagrodę Specjalną Jury na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Locarno. Do ciebie, Philipie w bardzo obiecujący sposób zapowiada karierę Perry’go, który ma szansę pójść w ślady takich niezależnych reżyserów jak Noah Baumbach czy Wes Anderson.


          Protagonistą tego offowego obrazu jest Philip Lewis Friedman (Jason Schwartzman), młody pisarz oczekujący właśnie w Nowym Jorku na ukazanie się swojej drugiej powieści. W Philipie z dnia na dzień rośnie irytacja i podenerwowanie, które on sam przypisuje negatywnemu wpływowi na siebie wielkiej metropolii i jej dzikich tłumów. Wraz z samopoczuciem pogarsza się również stan jego relacji z aktualną partnerką Ashley (Elizabeth Moss). Kiedy więc jego idol i dobry znajomy Ike Zimmerman (Jonathan Pryce) proponuje mu pobyt w swoim wiejskim domku, Philip poważnie rozważa tę możliwość. Czynnikiem decydującym okazuje się tu fakt, że Ike jest również pisarzem, i to pisarzem znanym oraz o wiele bardziej doświadczonym. Nie bez znaczenia jest również to, że uznany autor (Ike) oraz jego młody akolita (Philip) dzielą wiele wspólnych cech charakteru, a jedną z nich jest z całą pewnością narcyzm…


          Do ciebie, Philipie jest niczym więcej jak prostą przypowieścią o pewnym aroganckim pisarzu i mizantropie, który do perfekcji opanował technikę zrażania do siebie ludzi oraz doprowadzania do depresji kochających go kobiet. Nie dziwi więc w filmie fakt, że dobrym przyjacielem, a co więcej literackim guru Philipa jest Ike (świetny Jonathan Pryce), dojrzały już i uznany autor, wzorowany skądinąd na postaci wybitnego amerykańskiego pisarza Philipa Rotha. Ike jest uosobieniem zgorzknienia i pogardy do innych ludzi. Nienawidzi swojej eks-żony, źle traktuje przywiązaną do niego córkę Melanie (rewelacyjna Krysten Ritter) i złorzeczy urbi et orbi. Jasne jest więc, że Ike i Philip nadają na tych samych falach, a ich rosnąca przyjaźń jest niejako dwuosobowym sojuszem przeciwko nierozumiejącemu ich światu.


          Listen Up Philip jest bardzo dobrym studium narcyzmu i fobii społecznej. Obraz ukazuje jak skądinąd zabawny oraz interesujący młody człowiek przez swój całkowity brak empatii zmierza nieuchronnie w kierunku kompletnej autoalienacji. Współczujemy wszystkim kobiecym postaciom w filmie, które miały wątpliwą przyjemność emocjonalnego związania się z głównym bohaterem. Najlepiej rozbudowany jest wątek Ashley (bardzo dobra Elizabeth Moss), która na naszych oczach przezwycięża toksyczne przywiązanie do Philipa. Poruszająca jest również historia Melanie (Krysten Ritter), ofiary egocentrycznych skłonności własnego ojca, nieubłaganego w swojej urazie do świata i ludzi Ike’a. Skazani na w pełni zasłużoną samotność, Philip i Ike zwracają się ku literaturze, ich jedynej ucieczce oraz pocieszycielce. To w literaturze szukają sensu, ale też upragnionego odwetu. Czy takie jest właśnie przeznaczenie większości artystów?...



26 września 2015

Love Is Strange (Miłość jest zagadką). A rytm jest kluczem.

          Najbardziej wzruszającą w filmie sceną jest ta, w której jeden z bohaterów, George (Alfred Molina), prowadzi lekcję gry na fortepianie. Jego mała uczennica gra Preludium 'Deszczowe' Fryderyka Chopina. George udziela jej kluczowych wskazówek, między innymi podkreślając, że nie można stworzyć własnego rytmu przy interpretacji Chopina, należy raczej podążać za tym naznaczonym przez samego kompozytora. Za drugim podejściem dziewczynka radzi sobie na tyle znakomicie, że swą grą wyzwala w nauczycielu skrajne emocje. George musi odwrócić się plecami do fortepianu, żeby ukryć łzy. Preludium 'Deszczowe' idealnie współgra z sytuacją życiową George’a, wybitnie akcentując stan niepokoju i zawieszenia, w jakim się znalazł. Love Is Strange jest filmem, który podąża za odpowiednim rytmem we właściwym tempie. Dawno nie widziałem obrazu, w którym historia miłosna wybrzmiałaby w tak doskonałej interpretacji.


          Autorem Love Is Strange jest Ira Sachs, znakomity amerykański reżyser niezależny, regularnie prezentujący swoje filmy na festiwalu Sundance. W 2005 roku, czyli równo przed dekadą, Ira Sachs wygrał nawet ten kultowy festiwal z obrazem Forty Shades of Blue. Również Miłość jest zagadką został pokazany (poza konkursem) w Park City z początkiem 2014 roku, budząc powszechny i w pełni zasłużony zachwyt krytyków oraz publiczności.


         W Love Is Strange George (Alfred Molina) oraz Ben (John Lithgow) są gejowską parą, która po 39 latach bycia razem postanawia wziąć ślub. Wkrótce po ceremonii George traci pracę jako nauczyciel chóru w katolickiej szkole. Zostaje w ten sposób ukarany przez kościelną hierarchię za oficjalne przyznanie się do swojego homoseksualizmu. Od tego momentu sprawy się komplikują, jako że bez głównego źródła dochodu Ben i George nie mogą dalej utrzymać się w swoim apartamencie na Manhattanie w Nowym Jorku. Dopóki George nie znajdzie nowej pracy muszą mieszkać osobno. Ben, emerytowany już malarz, zamieszkuje tymczasowo u rodziny swojego bratanka Elliota (Darren E. Burrows), natomiast George śpi na kanapie u wspólnych znajomych. Bardzo szybko taka sytuacja nastręcza wielu problemów i napięć, zarówno dla rozdzielonej pary, jak i dla ich gospodarzy. Ben musi bowiem spać w pokoju nastoletniego Joey’a (Charlie Tahan), syna Elliota, który bardzo nerwowo reaguje na nową sytuację. Żona Elliota, Kate (Marisa Tomei), jest powieściopisarką zmagającą się z kolejną książką, a obecność w mieszkaniu dodatkowej osoby nie pozwala jej skupić się na pracy. Z kolei gospodarze George’a, para nowojorskich policjantów, to wieczni imprezowicze, a przez mieszkanie wciąż przewijają się nowi goście… 


          Streszczenie fabuły Love Is Strange może wywołać fałszywe wrażenie, że mamy do czynienia z filmem nudnym i ospałym. Nic bardziej mylnego. Moc obrazu Iry Sachsa nie tkwi bowiem w wartkiej oraz upstrzonej rozlicznymi komplikacjami akcji, ale w sposobie opowiedzenia tej prostej, ale jakże poruszającej historii gejowskiej pary z 39-letnim stażem. Obaj partnerzy, równorzędni protagoniści filmu, to dwie bardzo różne, pełnokrwiste i świetnie zagrane postaci. Zarówno George, jak i Ben mają swój własny, indywidualny rytm życia, zakłócony niespodziewanie przez konieczność nagłej wyprowadzki i (w konsekwencji) przymusowego rozstania. Ich rodzina i znajomi, którzy postanawiają im pomóc, przyjmując rozbitków tymczasowo pod swój dach, także mają już ustaloną przestrzeń oraz przewidziany rytm pracy. To wszystko zostaje zachwiane jedną komplikacją i w rezultacie obserwujemy w Miłości grupkę ludzi wybitych ze swojego naturalnego rytmu, nerwowych, sfrustrowanych, ale także łaknących prywatności i poszanowania własnej intymnej sfery. W obrazie Sachsa szczególnie rozbrajające jest to, z jakim spokojem, cierpliwością oraz harmonią kamera przygląda się ludziom, którzy zatracili swój wewnętrzny rytm. W filmie jest czas na płacz i wzruszenie, ale także na złość oraz frustrację.


          Nieprzypadkowo na ścieżce dźwiękowej do Miłości dominuje niepodzielnie muzyka Fryderyka Chopina. Tak jak utwory tego kompozytora, tak również Love Is Strange ma bardzo przemyślaną strukturę i kompozycję, a nade wszystko swój własny, niepowtarzalny rytm. U swej podstawy bowiem Love Is Strange jest filmem o fenomenie dostrajania się do siebie dwojga kochających się osób. Dzieło Iry Sachsa stara się dociec, jak to się stało, że dwa tak różne charaktery, jak George’a i Bena, połączyło tak głębokie uczucie i to na blisko cztery dekady. W niespieszny i lekko kontemplacyjny sposób odkrywamy razem z bohaterami filmu, że tajemnicą miłości jest m.in. nadążanie za rytmem życia ukochanej osoby, wzajemne uzgadnianie sprzecznych często osobowości i upodobań. I tak jak w przypadku interpretacji muzyki Fryderyka Chopina, tak będąc z drugą osobą, winniśmy raczej starać się podążać za jej rytmem, niż narzucać jej swój własny.


13 września 2015

Ain't Them Bodies Saints (Wydarzyło się w Teksasie). Film niczym folkowa pieśń.

          Ain't Them Bodies Saints jest celebracją starej szkoły filmowej, zarówno w warstwie fabularnej, jak i wizualnej. Film Davida Lowery’ego bogato czerpie z amerykańskich archetypów, tradycji westernu, kryminalnego kina akcji, a przede wszystkim z arcydzieł kina lat 60-tych i 70-tych. Pomimo oczywistych inspiracji, niezależne dzieło tego młodego reżysera tworzy unikalny świat z niepowtarzalnym klimatem oraz poruszającą historią. Ain't Them Bodies Saints jest znakomitym przykładem niezależnej produkcji, która skromnym nakładem środków oddaje godny hołd niezapomnianym klasykom Hollywood.


          Obraz Lowery’ego po raz pierwszy pokazany został na Sundance Film Festival na początku 2013 roku i z miejsca doceniono go za stronę wizualną: specjalną nagrodę za zdjęcia do filmu odebrał na imprezie jego operator, Bradford Young. Pisząc scenariusz do filmu, David Lowery inspirował się archetypiczną już historią pary amerykańskich przestępców: Bonnie i Clyde’a. W tym przypadku archetyp zadziałał bezbłędnie, po raz kolejny tworząc chwytającą za serce opowieść.


          W Ain't Them Bodies Saints Bob (Casey Affleck) ucieka na początku lat 70-tych z więzienia i zmierza w  swej długiej wędrówce do Teksasu, gdzie wraz z ich czteroletnią córką przebywa jego żona Ruth (Rooney Mara). Jego tropem podążają łowcy głów, a lokalna policja w Teksasie również przygotowuje się na jego spodziewane przybycie. Bob za wszelką cenę chce połączyć się z ukochaną żoną i nigdy nie widzianą córką, jednak ma przeciwko sobie właściwie wszystkich, od prawa i policji począwszy, a na stanowczym opiekunie żony i córki, Skerritt’ie (znakomity Keith Carradine), skończywszy. Czy dokona niemożliwego?


          Obraz Davida Lowery’ego ma bardzo prostą, nieskomplikowaną fabułę, bazującą na popularnej  w amerykańskim kinie figurze będącego poza prawem uciekiniera, próbującego przełamać fatum i zawalczyć o jednostkowe szczęście. Grany przez Casey Afflecka Bob również ma marzenia: pragnie zabrać z Teksasu żonę i córkę, a następnie gdzieś daleko zbudować dom na farmie. Nie liczy się wyrok, nie liczy się pogoń, nie liczy się opór najwierniejszych mu osób. Nikt poza Bob’em nie wierzy w spełnienie jego planów, nawet oddana mu całym sercem Ruth (świetna Rooney Mara). Cztery lata samotnego wychowywania ich wspólnej córki Sylvie i nieustannego czekania na powrót męża wyczerpały ją doszczętnie, teraz chce wreszcie odpocząć. Pomoc Ruth oferuje policjant Patrick (Ben Foster), który stara się w pozbawionym mężczyzny domu wziąć na swoje barki figurę ojca. Opowiedziana w Ain't Them Bodies Saints historia równie dobrze mogłaby stanowić kanwę jakiejś klasycznej folkowej ballady, zaśpiewanej kiedyś przez Boba Dylana. Grana przez Keitha Carradine’a postać Skerritt’a, dość enigmatycznego sąsiada i anioła stróża Ruth, to kolejny archetyp rodem z westernu. Jego niejednoznaczna persona jest istnym ucieleśnieniem moralnych dylematów tego rodzaju kina.


          Ain't Them Bodies Saints zebrało najwięcej pochwał od krytyków za swoją stronę wizualną, a przede wszystkim za przepiękne zdjęcia autorstwa Bradforda Younga. Dzięki niemu film tonie w przyciemnionych, ‘brudnych’ kolorach, rewelacyjnie współgrających (razem z muzyką) ze zmierzchem i dekadencją jego głównych postaci. Protagoniści obrazu wyłaniają się często z mroku oświetleni światłem zachodzącego słońca, księżyca lub lampy naftowej, tak jakby życie w ciemności było ich naturalną formą egzystencji, a ucieczka przed jasnością dnia sposobem na przetrwanie. Miejsce akcji, fabuła oraz wyjątkowe zdjęcia budzą żywe skojarzenia z filmem Niebiańskie dni (Days of Heaven) Terrence’a Malicka z 1978 roku, a także z jego wcześniejszym Badlands z 1973 roku. Wszystkie trzy obrazy łączy z pewnością jedno: skontrastowanie piękna filmowanego świata z cierpieniem i tragicznym losem zamieszkujących go bohaterów.


6 września 2015

The Kids Are All Right (Wszystko w porządku). Niezbędność ojca?

          We Wszystko w porządku zbiorowym bohaterem jest niekonwencjonalna rodzina, która radzi sobie znacznie lepiej niż jej tradycyjne odpowiedniki. Nic (Annette Bening) oraz Jules (Julianne Moore) tworzą bardzo udany lesbijski związek, każda ma dziecko poczęte dzięki spermie tego samego dawcy. Do kryzysu dochodzi, gdy dzieci chcą poznać swojego biologicznego ojca. Kiedy w ich świecie pojawia się Paul (Mark Ruffalo),  małżeństwo Nic i Jules zostaje wystawione na ciężką próbę. Kto zyskuje, a kto traci z poznania dotychczas anonimowego ojca? Czy nowy model rodziny przetrwa swój kryzys wieku średniego? W The Kids Are All Right w niezwykle lekki oraz subtelny sposób dotyka się dylematów trawiących każdą rodzinę, tradycyjną czy nietradycyjną. W finale filmu liczy się przetrwanie jako całość, a nie rodzajowa etykietka.


          Wszystko w porządku jest najbardziej znanym fabularnym dziełem reżyserki Lisy Cholodenko, autorki debiutanckiej Sztuki wysublimowanej fotografii (High Art) z 1998 roku. Film miał premierę na Sundance Film Festival w 2010 roku, gdzie zrobił nie lada furorę, zapoczątkowując tym samym swój triumfalny pochód przez pozostałe filmowe imprezy tamtego roku. Obraz dostał w sumie aż cztery nominacje do Oscara (w tym dla najlepszego filmu roku i za najlepszy oryginalny scenariusz dla Lisy Cholodenko oraz Stuarta Blumberga). Komediodramat Cholodenko wyróżniony został także dwoma Złotymi Globami: dla najlepszej komedii/musicalu oraz za najlepszą pierwszoplanową rolę żeńską w komedii/musicalu dla Annette Bening. Znakomity scenariusz, a także pierwszorzędna aktorska obsada pozostają dwoma najważniejszymi atutami tej wyjątkowej produkcji.


          W The Kids Are All Right poza koncertowym tandemem dwóch matek-Nic (Annette Bening) oraz Jules (Julianne Moore)-mamy również dwójkę ich dorastających dzieci: córkę Joni (Mia Wasikowska) i syna Lasera (Josh Hutcherson). Joni jest biologiczną córką Nic, podczas gdy Lasera urodziła Jules. Joni i Laser są jednak przyrodnim rodzeństwem, ponieważ do ich spłodzenia posłużyła sperma tego samego dawcy. Po osiągnięciu przez Joni osiemnastu lat rodzeństwo decyduje się nawiązać kontakt ze swoim biologicznym ojcem Paul’em (Mark Ruffalo), a ten wyraża zgodę... Rozpoczyna się w ten sposób seria dość nieoczekiwanych i zaskakujących zawirowań w rodzinie, prowokująca przesilenie w dotychczas spokojnym oraz szczęśliwym domu.


          Dzieło Cholodenko uderza przede wszystkim swoją bezpośredniością i naturalnością. Fakt, że dwie lesbijki w średnim wieku tworzą satysfakcjonujący związek oraz mają dwójkę udanych dzieci nie jest tutaj gwoździem programu. Ten model rodziny w pewnych kręgach amerykańskiego społeczeństwa już dawno przestał być nowością. Lisa Cholodenko skupia się w swoim filmie na rodzinie jako takiej, i na jej typowych bolączkach, nie celebrując zanadto odejścia od konwencji, które zresztą szybko staje się w naszych oczach najnormalniejszą rzeczą na świecie. Scenariusz filmu został po części oparty na prywatnych doświadczeniach reżyserki, która również urodziła dziecko swojej partnerce. Cholodenko czuje się więc w temacie jak ryba w wodzie, co też doskonale przekłada się na jego jakość oraz wiarygodność.


          Nie byłoby ogromnego sukcesu Wszystko w porządku gdyby nie znakomity casting do filmu. To właśnie udział w projekcie prawdziwych gwiazd kina przyczynił się niepomiernie do zainteresowania szerszej publiczności tak niszową problematyką. Annette Bening i Mark Ruffalo dostali za swoje interpretacje nominacje do Oscara, Julianne Moore za swoją rolę z kolei została wyróżniona nominacją do Złotego Globu. Gra tychże aktorów (plus oczywiście Mii Wasikowskiej i Josha Hutchersona) nadaje filmowi lekkości oraz całkowitej bezpretensjonalności. Najlepsze okazują się być wspólne sceny przy posiłku, kiedy to powietrze wprost wibruje od chemii pomiędzy aktorami, a poszczególne postaci w ferworze konwersacji ujawniają raz po raz wszystkie swoje dziwactwa i słabości.


9 sierpnia 2015

The One I Love (Czworo do pary). Małżeńska metafizyka.

          Jak dobrze znamy osoby, z którymi pozostajemy w długotrwałym związku? Czy mogą one nas jeszcze czymś zaskoczyć? Jak radzić sobie z małżeńską rutyną i wypaleniem? I wreszcie najważniejsze: czy istnieje jeszcze ta siła, która dawno temu nas połączyła? Film The One I Love w bardzo nietypowy sposób przeprowadza analizę małżeńskiego pożycia Ethana i Sophie (Mark Duplass oraz Elizabeth Moss). Metoda to o tyle nietypowa, że z powodzeniem kwalifikująca się do środków rodem ze Strefy mroku (The Twilight Zone) czy Z archiwum X (The X Files). Para protagonistów Czworga do pary będzie musiała odpowiedzieć sobie na wszystkie powyższe pytania, i na o wiele więcej. Na niektóre z nich jednak nie będzie logiczej odpowiedzi, a publiczność po zakończonym seansie będzie-tak samo zresztą jak Sophie i Ethan-bez końca zadawać sobie jedno pytanie: co właściwie się wydarzyło?


          The One I Love jest małżeńskim komediodramatem nakręconym przez Charlie’go McDowella, syna znanego aktora Malcolma McDowella (Mechaniczna pomarańcza). Scenarzystą debiutanckiego obrazu McDowella jest Justin Lader, chociaż mógłby być nim z powodzeniem Charlie Kaufman, a reżyserem Spike Jonze. Warto jednak zaznaczyć, że większość występujących w filmie dialogów jest czystą improwizacją autorstwa  pary znakomitych aktorów, czyli Elizabeth Moss i Marka Duplass. Obraz pokazany został po raz pierwszy na Sundance Film Festival w 2014 roku i jest w zasadzie aktorskim popisem pary protagonistów, właściwie jedynych postaci w filmie (nie licząc oczywiście ich terapeuty, granego przez Teda Dansona).


           W Czworo do pary małżeństwo Ethana i Sophie przeżywa poważny kryzys. On ją zdradził, ona nie może mu tego wybaczyć. Chodzą więc na terapię dla par, a ich terapeuta (Ted Danson) widzi przed sobą dość patową sytuację. Nie znajdując innego wyjścia z ciężkiej sytuacji, poleca naszej parze wycieczkę na weekend poza miasto. W tym wypadku liczy się nie tyle sam wyjazd, co raczej miejsce, do którego Sophie i Ethan wyruszają. Według bowiem słów terapeuty, wszystkie pary przez niego tam wysłane powróciły szczęśliwe i z nowymi siłami do budowania wzajemnej relacji. Nasza para ewidentnie nie ma nic do stracenia, więc przyjmuje zaproszenie do zacisznej i pozbawionej stałych lokatorów posiadłości.


          Punktem zwrotnym w filmie jest to, co dzieje się już po dotarciu Ethana i Sophie do rzeczonej posiadłości, położonej w malowniczej okolicy w północnej Kalifornii. A dzieją się tam rzeczy, z którymi każdy racjonalny oraz logiczny umysł miałby nie lada problem. Początkowo nasi zdumieni bohaterowie uciekają z posesji w wielkim popłochu. Po chwili namysłu jednak wracają, aby zbadać bliżej sprawę. I tak dla Ethana ciąg zdarzeń, w których uczestniczy, jest dobrym pretekstem do prywatnego śledztwa. Jego racjonalny, zdroworozsądkowy umysł nie może pogodzić się z tak radykalnym zakłóceniem reguł rzeczywistości. W swoim dochodzeniu jest podejrzliwy, skrupulatny i dociekliwy. Dla odmiany Sophie wykorzystuje niecodzienną sytuację jako zachętę do eksploracji, spróbowania czegoś nowego i przeżycia zupełnie innego doświadczenia. W ten oto sposób na samym wstępie dochodzi do zasadniczego pęknięcia w postawach naszych protagonistów, co tylko dalej podważa i tak już sypiący się związek.


          W końcówce filmu razem z jego bohaterami pozostajemy z dwoma kluczowymi pytaniami: ‘co się stało?’ versus ‘co to wszystko znaczy?’ Nasza satysfakcja zależy od tego, na której z tych dwóch niewiadomych się skupimy. Jeśli interesować nas będzie przede wszystkim znalezienie odpowiedzi na pierwsze z tych pytań, możemy zagubić się w mroku i kręcić w kółko, tak jak Ethan. Jeśli natomiast naszą ambicją będzie rozwikłanie drugiego zagadnienia, to mamy szansę na wyciągnięcie daleko posuniętych wniosków na temat istoty małżeństwa i wzajemnych oczekiwań dwojga kochających się osób. The One I Love jest bowiem inteligentnie zrobioną komedią romantyczną, z lekką domieszką dramatu i thrillera,  która w przemyślny sposób opowiada o małżeńskich problemach dwojga zwykłych ludzi. I choć sytuacji, wobec której zostają postawieni, daleko do normalności, to dylematy Ethana i Sophie są jak najbardziej realne oraz namacalne. W takim sensie Czworo do pary to niezapomniana lekcja sztuki przetrwania we dwoje.


26 lipca 2015

Obvious Child (Półsłodki ciężar). Komediantka przy nadziei.

          Donna Stern uwielbia opowiadać o swoim życiu prywatnym podczas występów w klubie jako stand-up’owa artystka. Nie ma to jak czerpać materiał z własnych tragikomicznych doświadczeń życiowych. Komediantka szybko jednak przekonuje się, że dzielenie się swoimi łóżkowymi sekretami z publicznością może mieć też niepożądane skutki uboczne. W filmie Obvious Child poznajemy perypetie dziewczyny z Brooklyn’u, która ma niewyparzony język i prawdziwy talent do stand-up comedy. Tak poza tym, to zostaje porzucona przez wieloletniego partnera, przeżywa poważny kryzys emocjonalny i zachodzi w niechcianą ciążę z przypadkowo poznanym w klubie chłopakiem. A cały ten dopust boży służy jako niezawodna trampolina do skoku w tzw. dorosłość i odpowiedzialność.


          Obvious Child to debiutancka komedia reżyserki Gillian Robespierre, pokazana po raz pierwszy na niezawodnym Sundance Film Festival w styczniu 2014 roku. Reżyserka i zarazem autorka scenariusza filmu została wyróżniona przez amerykańską National Board of Review nagrodą za najlepszy reżyserski debiut 2014 roku. Wiele pochwał i odznaczeń zebrała również aktorka Jenny Slate, odtwarzająca w filmie postać głównej bohaterki, Donny Stern. To przede wszystkim jej zjawiskowy performance uczynił z Obvious Child jedną z najlepszych i najśmieszniejszych komedii roku.


          Donna Stern (Jenny Slate) mieszka w nowojorskim Brooklynie, gdzie udziela się w lokalnym klubie jako obiecująca artystka komediowa. Poznajemy ją na tzw. życiowym zakręcie, kiedy to zrywa z nią długoletni partner, a ona, pod wpływem emocjonalnego kryzysu, idzie do łóżka z dopiero co poznanym Max’em (Jake Lacy). Rezultaty tego one night-stand’u nie dają długo na siebie czekać: wkrótce Donna zdaje sobie sprawę, że jest przy nadziei. Wspierana przez swoją najlepszą przyjaciółkę, Nellie (znakomita Gaby Hoffmann), decyduje się na aborcję. Sytuacja się jednak komplikuje, gdy sprawca niechcianej ciąży chce kontynuować znajomość z Donną...


          Obvious Child skonstruowany jest podług sprawdzonej formuły komedii romantycznej, jednak debiut Gillian Robespierre zdecydowanie przerasta i przekracza ten mocno już zdyskredytowany gatunek filmowy. W Stanach Zjednoczonych obraz otrzymał etykietkę ‘abortion movie’, co działa po troszę jak stygmat. Komedia romantyczna o aborcji brzmi cokolwiek ryzykownie, temat więc zarezerwowany jest ekskluzywnie dla kina niezależnego. I jak to na gruncie independent movies bywa, udało się zrobić świetny, niesamowicie zabawny film z aborcją w tle... Rzecz nie do pomyślenia w amerykańskim kinie mainstreamowym, trzymającym się starych i niewzruszonych zasad, które nakazują łączyć aborcję z ciężkim dramatem, na dodatek nie pozostawiając wątpliwości co do negatywnej oceny moralnej tego aktu. Nie należy jednak przy tym wyciągać wniosku, że dla wysilonego śmiechu autorka filmu przedstawiła poważny temat w wersji uproszczonej i zinfantylizowanej. Nic dalszego od prawdy. W Obvious Child aborcja wciąż pozostaje dramatem dla głównej bohaterki, jedną z najcięższych życiowych decyzji do podjęcia. Jest to jednak życiowy wybór, a nie koniec świata, można więc ubrać ciężki temat w lekką formę.


          Przewodnim tematem w reżyserskim debiucie Robespierre wydaje się jednak być nie aborcja, ale dojrzewanie głównej bohaterki. Donna Stern zbliża się nieubłaganie do 30-stki, a wciąż jest rozpieszczana przez rozwiedzionych ze sobą rodziców, nadal balansuje na granicy finansowej wypłacalności. Potrafi wszystko, nawet największą traumę, obrócić w opowiedziany na scenie klubu żart, wewnątrz jednak jest przerażona i niepewna siebie. Jenny Slate dokonała nie lada sztuki w kreacji postaci Donny. Stworzyła bohaterkę zarazem ciepłą i wzruszającą, jak i dziecinną oraz wkurzającą. Poczucie humoru Donny jest wyrazem jej samoświadomości, sposobem na radzenie sobie z poważnymi problemami w życiu, ale jest też równolegle biczem wymierzonym w najbliższych, pancerzem przeciwko wyzwaniom dorosłego życia. Donna Stern w interpretacji Jenny Slate to bohaterka impulsywna, nie dająca się łatwo okiełznać, pełna energii oraz sprzecznych emocji. Co dla nas jednak najważniejsze, to postać, której nie da się nie polubić.


19 lipca 2015

The Skeleton Twins (Między nami bliźniętami). Rodzina bywa okrutnym żartem.

          „To film o radzeniu sobie z ciemnymi sprawami z poczuciem humoru”, tak swój obraz Między nami bliźniętami podsumował w jednej ze swoich wypowiedzi jego autor, Craig Johnson. I trafił w sedno. Komediodramat The Skeleton Twins eksploruje wstydliwe sekrety oraz samobójcze tendencje bliźniaków Milo i Maggie Dean, ale robi to w taki sposób, że ani przez chwilę nie czujemy się przytłoczeni depresyjną aurą rozlicznych problemów dwójki rodzeństwa. Być może sekret tkwi w obsadzie filmu, główne bowiem role pary zwichrowanych bliźniaków grają Kristen Wiig oraz Bill Hader, znani ze swoich komediowych ról oraz przede wszystkim ze współpracy przy tworzeniu Saturday Night Live, najbardziej znanego amerykańskiego programu satyrycznego. Rzadko kiedy temat samobójstwa i kiepskich wyborów życiowych zapodany jest w takiej formule, która, zamiast pogrążać w beznadziei, inspiruje do walki oraz przezwyciężania przeszkód wbrew wszystkiemu i wszystkim. Ale to już zapewne zasługa magii amerykańskiego kina niezależnego.


          Między nami bliźniętami miał swój premierowy pokaz na Sundance Film Festival w styczniu 2014 roku. Obraz wyjechał z imprezy z w pełni zasłużoną nagrodą za najlepszy scenariusz  (Waldo Salt Screenwriting Award). Reżyser filmu, Craig Johnson, napisał scenariusz do spółki z Mark’iem Heyman’em, znakomicie łącząc w nim dramat z humorem. Autorzy filmu mieli też bardzo dobrą intuicję przy obsadzie pary głównych ról, przez co ich dzieło zyskało na wiarygodności, czyniąc z jego bohaterów postaci z krwi i kości.


          The Skeleton Twins rozpoczyna się od sceny, w której Maggie Dean (Kristen Wiig) przymierza się do połknięcia w łazience dużej liczby tabletek nasennych. Nie robi tego tylko dlatego, że odbiera telefon i zostaje poinformowana, że jej brat bliźniak Milo (Bill Hader) właśnie targnął się na swoje życie i przebywa w szpitalu w Los Angeles. Maggie jedzie do kliniki, a następnie przywozi brata z powrotem do ich rodzinnego Nowego Jorku. Sytuacja jest o tyle bardziej niezręczna, że rodzeństwo nie utrzymywało ze sobą żadnego kontaktu przez ostatnie 10 lat. Milo jest gejem, który wyjechał do Kalifornii z pragnieniem zostania aktorem. Teraz jest kelnerem. Maggie pozostała w Nowym Jorku, gdzie pracuje jako higienistka. Ma kochającego i wyrozumiałego męża Lance’a (Luke Wilson). Właśnie starają się o dziecko...


          Zamieszkanie Milo w domu z Maggie i Lance’m zupełnie odmienia postać rzeczy. Rodzeństwo zna się doskonale, szybko na wierzch wychodzą więc wstydliwe tajemnice oraz traumy z przeszłości. Maggie chce pomóc bratu, sama jednak potrzebuje natychmiastowej pomocy. Przed mężem udaje, że chce mieć z nim dziecko, na boku zażywa pigułki antykoncepcyjne i zdradza go z instruktorem nurkowania. Milo próbuje nawiązać kontakt ze swoim dawnym kochankiem Rich’em (Ty Burrell), który przez romans z nieletnim wtedy Milo stracił pracę w szkole. Cieniem na życiu bliźniaków kładzie się ponadto samobójcza śmierć ukochanego ojca oraz praktyczna nieobecność w ich życiu egoistycznej matki. Z takim życiowym bagażem trudno wyobrazić sobie szczęśliwe zakończenie dla pary protagonistów... A jednak The Skeleton Twins dryfuje na pograniczu gatunków z pełnym przekonaniem jego autorów, że życie nie jest tylko dramatem, bądź tylko komedią.


          Między nami bliźniętami promowany był w Ameryce za pośrednictwem sloganu „rodzina jest okrutnym żartem” (family is a cruel joke). Okrutny, owszem, ale jednak wciąż żart. Tacy też względem siebie bywają Maggie i Milo. Nawet jeśli jednak ich wzajemne oskarżenia wobec siebie potrafią być skrajne i bestialskie, to zawsze z sekundy na sekundę mogą zostać przełamane zgrywą i porozumiewawczym rechotem. To pewnie zasługa chemii między rodzeństwem, tego niepisanego i trudnego do wytłumaczenia porozumienia między bliźniętami. Tę chemię obserwujemy na ekranie w trakcie wspólnego wykonania popowego Nothing’s Gonna Stop Us Now zespołu Starship, czy podczas przebieranki oraz wspólnego wyjścia w noc Halloween. W takich chwilach widma samobójczych prób oraz życiowych niepowodzeń pryskają niczym bańki mydlane, ustępując miejsca eksplozjom radosnego żywiołu i nieposkromionej witalności. Wtedy na powrót przypominamy sobie, że życie może też być celebracją wyjątkowych momentów.


28 czerwca 2015

Damsels in Distress (Pannice w opałach). Cynizmem w elity.

          Postaci zupełnie nieprzystosowane do swoich czasów, innych ludzi, lub po prostu własnego środowiska zawsze były i nigdy nie przestaną być źródłem popularnych żartów. Pannice w opałach są właśnie taką komedią o grupce dziewczyn z trochę innej bajki. A z jakiej? Na pewno nie z tej o współczesnych nastolatkach, liberalnych i mających wszystko oraz wszystkich w nosie. Bohaterki Damsels in Distress to mieszkające na uniwersyteckim kampusie studentki z bardzo przejrzystą koncepcją świata. Jeszcze jaśniejsza wydaje się być ich percepcja najbliższego, studenckiego otoczenia. Tytułowe Pannice w opałach chcą zbawiać świat, który ani nie chce, ani nie potrzebuje żadnego odkupienia. Rezultatem tego zderzenia dwóch nieprzystających do siebie postaw jest przezabawna komedia o iście cynicznym humorze.


          Reżyserem i autorem scenariusza do Damsels in Distress jest Whit Stillman, jeden z najbardziej hołubionych twórców amerykańskiego kina niezależnego. Zrealizowane w 2011 roku Pannice w opałach są dopiero czwartym filmem Stillmana, który zasłynął swoim reżyserskim debiutem z 1990 roku, czyli obrazem Metropolitan, za który otrzymał nominację do Oscara w kategorii najlepszy scenariusz oryginalny. Dwa kolejne filmy Stillmana, stanowiące część swoistej trylogii autora, to Barcelona z 1994 roku oraz Rytmy nocy (The Last Days of Disco) z 1998 roku. Warto było czekać aż 13 lat na najnowszy film tego twórcy, którego wszystkie dzieła noszą niepodrabialny znak wysoce wysublimowanego poczucia humoru.


          Centralną postacią Pannic w opałach jest Violet (fenomenalna Greta Gerwig), która na uniwersyteckim kampusie w jednym z college’ów na Wschodnim Wybrzeżu tworzy jedno z tak zwanych kółek wzajemnej adoracji. Do jej ekskluzywnego grona wchodzą też: Rose (Megalyn Echikunwoke) oraz Heather (Carrie MacLemore). Dziewczyny postanawiają przygarnąć pod swoje opiekuńcze skrzydła nowoprzybyłą do college’u Lily (Analeigh Tipton). Wraz ze świeżo zwerbowaną adeptką tytułowe Pannice kontynuują swoje dzieło naprawy świata w formie prowadzonego przez siebie uniwersyteckiego centrum zapobiegania samobójstwom. Dziewczyny mają też bardzo sztywne zasady umawiania się z męską połową kampusowej populacji, oczywiście wszystko to w służbie higieny, moralności oraz szczytnej idei samodoskonalenia się, tudzież rozwijania potencjału u mniej zaradnych. Nasze bohaterki poddane jednak zostaną ciężkim próbom, na które skazany jest każdy idealistycznie nastawiony reformator tego świata.


          Kluczem do filmowego świata Whita Stillmana jest jego ‘arystokratyczne’ poczucie humoru, będące prawdziwą siłą napędową dialogów do jego obrazów. Stillman uwielbia portretować specyficzne mniejszości towarzyskie, przynależące w znacznej mierze do odchodzącego już w zapomnienie świata. Twórca ten jest kronikarzem dekadencji i anachronizmu, lubującym się w infiltracji zamkniętych, ekskluzywnych grup lub towarzyskich koterii. Tak właśnie było w przypadku jego klasycznych obrazów w rodzaju Metropolitan i The Last Days of Disco, nie inaczej sprawy się mają w odniesieniu do najnowszych Pannic w opałach. Przedmiotem bystrej obserwacji Stillmana jest w jego ostatnim dziele dość nietypowy krąg konserwatywnie nastawionych studentek jednego z renomowanych amerykańskich uniwersytetów na Wschodnim Wybrzeżu. Rewelacyjnie odtwarzająca postać Violet Greta Gerwig jest mózgiem i siłą sprawczą tej zadziwiającej grupki. To, co odróżnia Violet, Rose i Heather od reszty uniwersyteckiej braci, to elitaryzm oraz hołdowanie ideałom w rodzaju krzewienia moralności i higieny. Dziewczyny uskuteczniają prawdziwą pracę u podstaw, walcząc na kampusie z depresją oraz niskimi standardami wszelkiego pokroju, od ordynarnych przyzwyczajeń począwszy, a na brakach w elementarnej edukacji skończywszy. Dodatkowo ubierają się i zachowują jak żywcem wyjęte z lat 50-tych XX wieku, co tylko dodaje im jeszcze prawdziwie anachronicznej aury. Nie ma co, szalenie wdzięczny temat do żartów.


          Whit Stillman wyciska humorystyczny potencjał scenariusza do ostatniej kropli, zaprawiając powstały w ten sposób wywar odrobiną goryczy i szczyptą cynizmu. Obśmiane i zdemaskowane zostają obłudne oraz oparte na poczuciu wyższości praktyki idealistycznych uzdrowicielek, jednocześnie jednak największej dyskredytacji podlegają w filmie zachowania liberalnej, studenckiej większości. Można bowiem z łatwością naśmiewać się ze sztywnych, pewnych siebie i swojej wyższości elitarnych paniusi, nic jednak nie przebije głupoty oraz rozwydrzenia masowego ogółu. Domeną reżysera Damsels in Distress jest bowiem elitarny humor intelektualny, w rodzaju Woody’ego Allena, a ten może kpić bezlitośnie z zamkniętych w swoim światku i nieprzystosowanych do życia intelektualistów, największe jednak baty wymierza egalitarnie nastawionemu motłochowi na dole. Kino Whita Stillmana można więc postrzegać jako jednoczesną apoteozę i demistyfikację intelektualnych oraz towarzyskich wyższych sfer; czuć w jego filmach zafascynowanie nimi, ale też palące pragnienie ich dekonstrukcji.


14 czerwca 2015

In a World… (Własnym głosem). Seksizm z offu.

          Własnym głosem to komedia rozgrywająca się w bardzo specyficznym światku. Jej głównym przedmiotem jest rywalizacja w środowisku osób pracujących głosem. Bohaterka filmu, Carol, jest trenerem poprawnej wymowy, ale ma ambicje podkładania głosu do komercyjnych filmowych trailerów, tak jak robi to jej ojciec. Problem w tym, że rodziciel Carol ma już swojego protegowanego i następcę w tym biznesie, a mocno zmaskulinizowany świat filmowych lektorów nie kwapi się w dopuszczeniu kobiety do swojego ekskluzywnego grona. Carol będzie więc musiała stawić czoła twardej, męskiej konkurencji w walce o spełnienie swojego marzenia. I choć rywalizacja to bezpardonowa, jej główną pochodną jest niepohamowany śmiech.


          Reżyserką i jednocześnie autorką scenariusza In a World… jest Lake Bell, która w swoim pełnometrażowym debiucie zagrała również główną rolę. Będąc utalentowaną aktorką, Lake Bell jest również znakomitą scenarzystką. Własnym głosem wystartowało w konkursie głównym Sundance Film Festival w 2013 roku i zdobyło prestiżową nagrodę za najlepszy scenariusz (Waldo Salt Screenwriting Award). In a World… to dzieło prawdziwie feministyczne: Lake Bell występuje tutaj w poczwórnej roli, jako reżyserka, scenarzystka, producentka i odtwórczyni głównej roli. Efektem jest niezwykle celna satyra na oparty na uprzedzeniach i dominacji typowo męski świat. In a World… to intrygujący kobiecy głos w filmowym uniwersum.


          Grana przez Lake Bell Carol zmaga się w swoim życiu nie tylko ze stricte zawodowymi problemami. W jej przypadku profesjonalna kariera i rodzina wchodzą ze sobą w ciągłe interakcje. Dzieje się tak głównie dlatego, że Carol poszła w ślady swojego ojca Sama (Fred Melamed), starając się zaistnieć w ciasnym światku ekspertów od podkładania głosu. Sam nie widzi w córce materiału na dobrą lektorkę, dlatego pomaga w karierze swemu podopiecznemu Gustav’owi (Ken Marino). Jakby tego było mało, ojciec Carol to silnie apodyktyczny typ, który protekcjonalnie traktuje obie swoje córki, angażując się w nowy związek z kobietą będącą w wieku jego latorośli. W filmie mamy bardzo bogatą paletę ciekawych drugoplanowych postaci, wspierających Carol w jej dążeniu do celu. Na ich czele stoi jej starsza siostra Dani (Michaela Watkins), u której wyrzucona z domu przez ojca główna bohaterka pomieszkuje. Wybija się szczególnie pozytywnie świetny Demetri Martin jako Louis, potajemnie zakochany w Carol jej przyjaciel ze studia nagraniowego. Nasycony znakomitą obsadą Własnym głosem z maestrią wygrywa także wszystkie (rozliczne) poboczne wątki komediowe.


          Debiutancki obraz Lake Bell urzeka swoją bezpretensjonalnością i lekkością w potraktowaniu wszystkich swoich wątków. Film odkrywa ponadto przed nami jak bardzo głęboko zakorzenione są w nas stereotypy na temat płci, i to nawet w środowiskach uznawanych powszechnie za postępowe oraz liberalne. Lake Bell zadaje nam proste pytanie: dlaczego jest tak mało kobiet podkładających głos w filmowych trailerach? Czy może dlatego, że męski głos posiada więcej autorytetu i siły perswazji? A może dlatego, że męski głos postrzegany jest jako wyraz rozsądku oraz powagi? A może po prostu budzi więcej zaufania i tym samym lepiej się sprzedaje? Jeśli tak jest w istocie, to jakie są nasze podświadome reakcje na głos kobiety-lektorki? Z czym wiążą się nasze uprzedzenia, które nie dotyczą bynajmniej tylko rynku amerykańskiego? Choć wysilam pamięć nie potrafię zidentyfikować ani jednej lektorki, podkładającej głos w puszczanych w polskiej telewizji zagranicznych filmach... Problem jest więc ogólnoświatowy i obnaża kruchość współczesnych przemian w zachodniej cywilizacji idących w kierunku walki o równouprawnienie płci. Kobiecy głos jest dyskryminowany tylko dlatego, że jest kobiecy i nie budzi tak ‘pozytywnych’ reakcji jak głos męski. Przez pryzmat głosu właśnie widać wyraźnie jak wiele jeszcze pozostało do zmiany w zbiorowej świadomości, tak aby płeć piękna przestała być postrzegana jako ta pozbawiona autorytetu i przez to mniej wiarygodna.


          Lake Bell nakręciła bardzo dobrą, autentycznie zabawną komedię, a to już nie byle sztuka. Jako punkt wyjścia jednak posłużyła reżyserce interesująca obserwacja, dotycząca bardzo wąskiej grupy związanej z niezwykle rozbudowanym przemysłem filmowym w amerykańskim Los Angeles. To, co jednak jest prawdą w odniesieniu do środowiska osób podkładających głos w filmach, okazuje się też sprawdzać w szeroko pojętej sferze publicznej, w tym przede wszystkim w świecie reklamy, gdzie głos mężczyzny nadal ma dużo większy ciężar niż głos kobiety. Oczywiście, należy z tego wyłączyć jedynie marketing typowo kobiecych produktów, co jest też w pełni zrozumiałe. Własnym głosem jest swego rodzaju feministycznym manifestem, i to nie tylko dlatego, że jago reżyserką, autorką scenariusza, producentką i wreszcie protagonistką jest kobieta. W In a World... wychodzi się od skromnej obserwacji, a dochodzi do bardzo daleko idących wniosków. Prawdziwym osiągnięciem w tym wypadku jest przemycenie tak nieoczywistej prawidłowości w tak bezbłędnie zrealizowanej komedii.